Zdanie odrębne
24.05.2020

Demokracja, czyli rządy ludu ma wiele odmian.
Za najstarszą w naszym kręgu cywilizacyjnym uznaje się demokrację ateńską. Miała ona charakter bezpośredni; Grek szedł na rynek, czyli agorę i uczestniczył w zebraniu, na którym rozstrzygano sprawy ważnie i mniej ważne dla miasta-państwa, jakim były Ateny. W głosowaniu przez podniesienie rąk albo przejście na stronę prawą/lewą brali udział tylko wolni obywatele, czyli dorośli mężczyźni (w życiu publicznym nie uczestniczyły kobiety oraz niewolnicy). Kiedy sprawa była błaha, głosy liczono „na oko”; w przypadku poważnych robiono to skrupulatnie. Aby zachęcić obywateli do decydowania o własnym losie, za udział w takim zgromadzeniu wypłacano niewielkie pieniądze; wszak każdy gdzieś pracował i chociaż częściowo trzeba mu było wynagrodzić stracony czas.
*
Ale po co przywoływać starą demokrację ateńską, skoro mamy nowszą, rodzimą, szlachecką, do której z nostalgią odwołują się przedstawiciele nowej elity. Demokracja szlachecka jest dla nich jak wzorzec metra z Sevres pod Paryżem, choć nazwa tego ustroju pojawiła się dopiero w XIX wieku. Nie trudno się zorientować, że dotyczyła ona jednej grupy społecznej (Marks by powiedział – klasy), liczącej 8 do 10% populacji. To dużo, jeśli porównać ze szlachtą angielską czy francuską. W dawnej Polsce tylko stan szlachecki miał prawo decydowania o losach państwa. Nie trudno zauważyć, że był to ustrój ekskluzywny, który wykluczał dwa inne stany – liczny chłopski oraz nieliczny mieszczański. Ten dopiero pod koniec XVIII wieku zaczął się upominać o swoje prawa. Czarna procesja stu czterdziestu miast królewskich (były też magnackie!) zakończyła się sukcesem; dwa lata później Sejm Czteroletni przyjął ustawę o miastach. Chłop nadal żył jak niewolnik; musiał czekać, zanim został uwłaszczony przez Aleksandra II, po zdławieniu powstania 1863 roku. W podzięce imperatorowi polscy chłopi złożyli się na pomnik Cara-Wyzwoliciela, który stanął w Częstochowie…
Wśród szlachty powszechne było przekonanie. „że Bóg, specjalnie opiekując się Polską, dał jej wszystkie bogactwa i hojniej od innych wyposażył narodów” – pisze Jan Stanisław Bystroń w Dziejach obyczajów w dawnej Polsce, wiek XVI – XVIII[1]. Próżniacza, skłonna do wypitki i do wybitki grupa społeczna ubzdurała sobie, że jest narodem wybranym. Główny ideolog kontrreformacji kanonik Stanisław Orzechowski pisał: „królestwo polskie, z ludu wybranego sprawą boską zbudowane jest”. Ówcześni celebryci, poeci, pisarze tudzież duchowni stworzyli narrację o swoim pochodzeniu od synów Noego! Rozpoczęło się gwałtowne poszukiwanie mitycznych przodków – „tron świata z Libanu do Korony Polskiej przeniesiono, wskutek czego Polacy-Scytowie, jako najdawniejszy naród świata, w prostej linii dziedziczą władzę polityczną nad całym światem”. W oparach absurdu, czyli sarmatyzmu „wyrasta Polska jako centralne, najlepsze, najdoskonalsze państwo”, które zaczęto porównywać z antycznym Rzymem.
Fundamentem tak wydumanej Rzeczypospolitej stała się niczym nieograniczona wolność, brak dyscypliny, rozpasanie, swoboda, samowola; w końcu warcholstwo i anarchia[2]… „Wolność jest żyć, jak kto chce” – wołał jeden z ówczesnych kaznodziejów. Pamiętnikarz tamtych czasów Jędrzej Kotowicz pisze o sejmikach „odprawianych tumultem, przemocą i po pijanemu”. Kiedy ktoś z sejmikujących próbował przeciwstawiać się zdaniu większości, był rozniesiony na szablach; w związku z tym „mało który sejmik obszedł się bez zwady, a nawet i bitki”. „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” – głoszono wzdłuż i wszerz. Wykorzystywali to magnaci, kupując głosy szlachty dla przeprowadzenia swoich interesów. Oto obrazek z tamtych czasów pióra Wacława Potockiego:
Jedzie na sejmik, kędy o wolności radzą,
Starosta. Wina za nim karawan prowadzą,
Żeby mógł swego dopiąć interesu winem
Z Warszawą posłem, sędzią witać się z Lublinem.
Albo inny, mocniejszy i bardziej wymowny:
Tyś królem, czemu nie ja? Mówiąc między nami,
Ja się nie będę chwalił, ale przymiotami
Niezłymi się zaszczycam. Jestem Polak rodem,
A do tego i szlachcic, a choćbym i miodem
Szynkował, tak jak niegdyś ów bartnik w Kruszwicy
Czemuż bym nie mógł osieść na twojej stolicy?
To biskup Ignacy Krasicki w wierszu Do króla sprzed ponad dwustu laty. (Dzisiejszy suweren mówi podobnie: „Andrzeju walcz! Wygraj! Uwielbiam cię” – to na straganie w Garwolinie…).
*
„Obrady sejmikowe odbywały się najczęściej w kościele; wynoszono sanctissimum do zakrystii, zamieniano kościół w dom obrad bardzo świecki, najczęściej burzliwy, często gorszący […], a kto się w kościele nie zmieścił, czekał przed kościołem […]. Pełno szlachty było na cmentarzu przedkościelnym, na placu, na ulicach miasteczka, w miarę odległości od kościoła coraz mniej zainteresowanych przebiegiem obrad, czekających tylko okazji, by móc krzyczeć, szablę wydobyć lub pójść na obiad”. „W miarę upadku życia politycznego o losach Rzeczypospolitej coraz częściej decydowali wybrani pod naciskiem wpływowych wielmożów młodzieńcy i nieucy […], których niestateczne myśli nie uźrzałymi dostojeństwy w pychę się podnoszą”.
Z sejmem warszawskim (albo grodzieńskim) było podobnie: „Obrady zaczynały się około dziesiątej rano i trwały bez przerwy do nocy. Stary zwyczaj nie dozwalał obradować przy świecach […] dopiero w początkach panowania Stanisława Augusta zniesiono te ograniczenia i posiedzenia zaczęły się przeciągać nocami”. Obradujący po kilkanaście godzin posłowie byli wściekli, bo głodni; „opuszczali więc izbę obrad, albo też kazali sobie przynosić jadło i trunki na posiedzenie. Za czasów saskich modne było angielskie piwo, które w butelkach roznosili hajducy. Zabawy i zgorszenia było z tym dosyć”. I jeszcze raz Kitowicz: „piwo w ręku niesprawnego służalca albo też filuta otworzone, z butelki musując, gdyby z sikawki po głowach i sukniach jakiego takiego, poruszyło bliskich do ucieczki, a stąd do zamieszania i śmiechu całej izby […], kiedy filut hajduk, trzymając w jednej ręce szklankę, w drugiej butelkę, jakoby nie mając sposobu zatkania, z rozmysłu tam z nią uciekał. gdzie było ciaśniej”.
Klejnotami demokracji szlacheckiej były: wolna elekcja, ograniczająca władzę króla oraz liberum veto, pozwalające każdemu posłowi zerwać sejm. Można o tym przeczytać u Niemcewicza (Powrót posła):
Przedtem bez żadnych intryg, bez najmniejszej zdrady
Jeden poseł mógł wstrzymać sejmowe obrady,
Jeden ojczyzny całej trzymał w ręku wagę,
Powiedział: „nie pozwalam” i uciekł na Pragę
Cóż mu kto zrobił: jeszcze, że tak przedni wniosek
Miał promocje i dostał czasem kilka wiosek.
(Na marginesie; dzisiaj nie ma potrzeby uciekać na Pragę. Wystarczy przenieść obrady sejmu do innej sali i nie wpuścić na nią opozycji).
Liberum veto, które nazywano źrenicą wolności szlacheckich, rozsławiło Polskę w Europie. Z niepokojem patrzyli na to władcy krajów ościennych; z równym mu podziwem – intelektualiści, którzy jak Rousseau, zazdrościli „pięknego prawa liberum veto”. Francuskojęzyczny genewczyk był przekonany, że prawo to „nie jest uprawnieniem wadliwym” i należy je stosować do wszystkich uchwał sejmowych, ponieważ gwarantuje ono cnotę i wolność. Chcąc się przypodobać szlachcie, porównywał Rzeczpospolitą do starożytnego Rzymu. (Gdyby żył dzisiaj, byłby z pewnością apologetą rządów dobrej zmiany, zwłaszcza że już wtedy krytykował Europę, widząc w niej siedlisko moralnego rozkładu. Nie przyszło mu do głowy, że owe piękne prawa w szybkim tempie doprowadzą Polskę do upadku politycznego).
Zachowania szlachty, która uważała się za nobiles, czyli znakomitych, znanych, sławnych… wcale nie przypominały obyczajów rzymskich patrycjuszy – ale ich przeciwieństwo, czyli warstwę plebejuszy, którym należało zapewnić dwie rzeczy: panem et circenses (chleb i igrzyska). Rodzimym plebsem wśród dobrze urodzonych była szlachta pozbawiona majątku tzw. gołota (z ruska – hołota). W pogoni za środkami do życia dawała się korumpować magnatom oraz świeckim i duchownym wielmożom, którzy na sejmikach i sejmach załatwiali swoje interesy. Gołota była przydatna do stosowania obstrukcji na szczeblu lokalnym (sejmiki) albo zrywania sejmów na centralnym (w Warszawie czy Grodnie). Z biegiem czasu stała się utrapieniem dla rządzących; w końcu uznano ją za element anarchizujący życie publiczne i na Sejmie Czteroletnim pozbawiono prawa głosu. Słowo plebejski przestało być terminem opisowym; bliższe mu okazały się treści pejoratywne: bezczelny, chamski, przaśny, prosty, prostacki, wsiowy… Jeśli ktoś ma wątpliwości w tej sprawie, a chce poznać, na co było stać polską szlachtę, niech sięgnie po Pamiętniki Jana Chryzostoma Paska, niewznawiane od półwiecza…
Zostawmy w pokoju hołotę; na większą uwagę zasługuje słowo szlachta. Romantyczny poeta Juliusz Słowacki w swojej fantazyjnej etymologii wyprowadzał je „z Lacha”. (Etymologia ludowa na podobnej zasadzie wywodzi nazwę miasta Sandomierz; wszak nieopodal San „domierza”, czyli wpada do Wisły!) Tymczasem – według poważnych badaczy (T. Czarnecki) – pojęcie „szlachta” pochodzi od niemieckiego słowa schlecht (znowu ci Niemcy!) i znaczy po polsku: biedny, prosty, przeciętny, pospolity, zwykły… W staropolszczyźnie wymawiano je miękko –„ślachta” i „ślachecki”. Polskie treści tego przymiotnika wcale nie wskazują, że szlachta to nobiles; raczej plebei. A co robić z przymiotnikiem „szlachetny”, który również pochodzi od schlecht…
*
Każdą demokrację można opatrzyć jakimś epitetem, a suweren przyjmie to bez mrugnięcia okiem. Tak było z demokracją ludową, której nazwa to pleonazm, czyli nadmiar, zbytek pojęć, znaczący tyle, co: ludowe rządy ludu. W czasach PRL sporo było takich wyrażeń: eksport wewnętrzny, wzajemna współpraca, czy – funkcjonujący nadal fakt autentyczny. Kiedy zbliżał się koniec tej formacji, pojawiło się wyrażenie demokracja socjalistyczna, dające się przełożyć na społeczne rządy ludu. Miała to być demokracja ludowa na wyższym szczeblu rozwoju… Rządzący prawdopodobnie wychodzili z założenia: im mniej realizmu, tym więcej nominalizmu, choć nie wiadomo, czy ich myślenie było wtedy aż tak sofisticated, czyli wyrafinowane …
Od przełomu ustrojowego próbowano w Polsce zaszczepić demokrację liberalną, która od dziesięcioleci z powodzeniem funkcjonowała w zjednoczonej Europie. Po roku 1989 polskie elity na czele ze słowiańskim papieżem aspirowały do członkostwa w klubie pokoju, dobrobytu, rządów prawa, niezależnych mediów i wielu innych rozwiązań ustrojowych, jakich nie zaznały kraje należące wcześniej do „obozu pokoju i socjalizmu”. Weszliśmy więc w skład Unii Europejskiej i powoli zaczęli korzystać z jej dobrodziejstw; kryzysu finansowego lat 2007-2009 wyszliśmy bez szwanku. Ale od czego nasz gen destrukcji… Przecież „Polska (jest) w ruinie”, to „kondominium niemiecko-rosyjskie” (prezes); kraj w „stanie likwidacji i eksterminacji” (duchowny z Torunia); „wyimaginowana wspólnota” chce nam coś narzucić (prezydent); za unijne pieniądze zbudowaliśmy „tylko chodniki” (premier); unijna flaga to „szmata” (posłanka z cenzusem naukowym). Oto język „panów”; bo my „jesteśmy panami, dobrymi panami” (znowu prezes)… Taki plebejski, bo przecież nie „pański” język tudzież obyczaj nasi deputowani zanieśli ostatnio na europejskie salony, a świat znowu otworzył gębę ze zdumienia… Dotąd widział w Polakach rycerzy wolności i szermierzy solidarności, a myśmy się pokazali jak te panie na straganie (i panowie też).
*
Demokracja liberalna okazała się ustrojem zbyt skomplikowanym jak na możliwości narodu, który wydał dwu wielkich księży: astronoma i papieża. Jako twór importowany trzeba ją było zastąpić własnym pomysłem politycznym, odzwierciedlającym nasz prawdziwy charakter tudzież narodowego ducha – demokracją plebejską. Jest ona prosta, jak konstrukcja cepa, i wymaga zaspokojenia tylko dwu potrzeb suwerena – chleba i igrzysk. Znająca nasze (a więc i swoje) upodobania władza uruchomiła więc finansowy transfer na niespotykaną skalę, każdy z jego składników opatrując słowem/znakiem plus/+. Igrzyskami jest zarządzanie krajem przez nieustanny konflikt i destrukcję – zaczęło się od zniszczenia hodowli konia arabskiego; kończy – na pozornie niezależnej stacji publicznego radia … I to jest Tryumf człowieka pospolitego.
*
Niniejszy tekst można przyjąć na dwa sposoby – jako aluzję albo analogię… Aluzja była dobra w czasach PRL, kiedy nawet prości ludzie rozumieli to, co jest między wierszami. Dziś, wobec narracji mediów publicznych, mówienie aluzją jest bezużyteczne. Może więc analogia, czyli podobieństwo? Wszak to jeden z najprostszych sposobów rozumowania, choć wymaga namysłu. Tymczasem u nas liczy się uczucie – najczęściej negatywne, generujące: bezkarność, nienawiść, dyskredytację, insynuację, korupcje kpinę, pomówienie, potwarz, szyderstwo, zawiść i co tam jeszcze…
Jedna z niemieckich gazet („Frankfurter Allgemeine Zeitung”) napisała ostatnio, że my, Polacy jesteśmy „zainfekowani jeszcze duchem komunizmu i postkomunizmu, jak czeladnicy bez ojczyzny, pozbawieni przyzwoitości i świadomości tradycji”. Widocznie dziennikarz nie do końca poznał naszą tradycję. Nie wie, że mamy taki ustrój, jaki chcemy mieć w zgodzie z historią, i na jaki w pełni zasługujemy.
J S
- 1 Warszawa, tom II, s. 265. Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z tego fundamentalnego dzieła. ↑
- Można się o tym przekonać w pouczającej antologii tekstów pt. Polska czyli anarchia? pod redakcją J. Kloczkowskiego, Kraków 2009. ↑
Zdania odrębne
6 ostatnich

Ten naród jest skazany na wymarcie …, z ujemnym przyrostem naturalnym.Może to i dobrze…
Zwróciłem uwagę, w Pana komentarzu, na słówko: może. Ono zmienia wszystko.
Zaiste, dziwnym narodem jesteśmy, budzącym śmiech albo/i politowanie, chciałoby się rzec, po lekturze felietonu Autora. Nie sądzę jednak, aby jego intencją i celem był jałowy sarkazm. Upatruję w tekście znaczeń kasandrycznych, wzywających do opamiętania, poruszenia sumień i bolesnej refleksji. Wszak chłosta była stosowana w celach wychowawczych. Jako kara i nauka kontroli, czyli powstrzymywania się od bezmyślnego folgowania instynktom. Na archetyp idealnego ojca, składa się również obraz karającego, który płacze pospołu z karanym.
Też na ten profetyczny czy prorocki aspekt namysłu JS zwracałem uwagę już przy poprzednim eseju. Tym razem moją uwagę przykuła dedykacja. Myślę, że nie przypadkowa. Jubilat na pewno odnalazłby się w tych przemyśleniach. Od lat zwraca uwagę na to, co istotne w życiu społecznym, zwłaszcza w demokracji. Niestety bezskutecznie. Co więcej przez tzw. główny nurt jest dość zgodnie przemilczany, choć bywają i tacy, którzy podejmuja (nieudane z oczywistych względów) próby opluwania jego dorobku. Andrzej Walicki od dzisięcioleci pozostaje najważniejszym teoretykiem demokracji i warto go przypominać i do niego sie przyznawać.
Przedstawiciele narodu, nie tylko z pierwszych stron gazet, ale również ci z dużych
i prowincjonalnych miejscowości, starzy i młodzi, bogaci i biedni lubią czuć
się kimś lepszym niż są. Brakuje im dystansu, głównie do siebie. Widzą za to
wady u pozostałych. Taka polska natura. Często bredzą; większość nie zwraca na
nich uwagi, jednak są tacy, dla których stają się ważni. I to jest niebezpieczne.
Ich kompleksy wpływają na innych, pomagają temu dzisiejsze czasy. Ich liczba
rośnie. Niszczą często to co udało się już pozytywnego stworzyć. Wszystko to
sprzyja demokracji plebejskiej, która – jak pisze JS – jest prosta i służy do
zaspokojenia dwu potrzeb – chleba i igrzysk. Igrzyska, również pomysł Greków,
na przestrzeni wieków ulegały zmianom. Ostatecznie przybrały kształt, mający niewiele
wspólnego z ich ideą (podobnie jak demokracja w polskim wydaniu). Nastąpiło to
po podboju Grecji przez Rzymian, którzy pomimo wielu osiągnięć, nie potrafili
zrozumieć greckiego sportu; oczekiwali bardziej siłowych i widowiskowych
zawodów. W konsekwencji szlachetne igrzyska upadły. Zastąpione zostały walką
gladiatorów. Wzajemny szacunek zastąpiono krwią przeciwnika.
Polacy nie zawracają sobie głowy zasadami demokracji. Również oczekują bardziej
siłowych i widowiskowych zawodów; jednak to wina polskiego „myślenia”, nie
„rzymskich korzeni”…. Wygląda na to, że nie dorośliśmy do oczekiwań
cywilizacyjnych. Polacy też pragną krwi zamiast wzajemnego szacunku. Z podobnym
problemem u progu XIX w. zmagał się Pierre de Coubertin orędownik odrodzenia
igrzysk (znowu te igrzyska). Na początku swej drogi zapytał wątpiących w jego
wizję: Jarmarku chcecie na nizinach waszej głupoty, czy świątyni na wyżynach mądrości? To samo
pytanie, pomimo upływu ponad wieku, w odniesieniu do szanowania i wizji demokracji
można zadać „potomkom Sarmatów”. Przywołany przez JS wizerunek Polaków w
Europie – pań i panów ze straganów – nie napawa optymizmem. Jarmark zwyciężył.