Marek Jastrząb: Artystyczne usługi dla mas

02.06.2020

Twórczość stała się częścią przemysłu: stanowi jego główny PRODUKT. Twórca zaś dołączył do szczurzego stada szybkich zarobkowiczów i przekwalifikował się na fabrykanta lofiksu.

Ostatnio poczyna sobie śmielej: wysyła swoją garmażerkę na rozmaite konkursy, a że czyni to, co rusz, bywa nagradzany, wyróżniany pozłacanym bobkiem. Pojawia się na zjazdach, kongresach i kulturalnych sympozjach w roli laureata, rozjemcy, mediatora zżeranego dydaktyzmem, nieomal nauczyciela zawodu artysty.

Kiedy mam do czynienia z wygłaszanymi przez niego wystąpieniami, w których na wstępie zaznacza, że jest artystą, po czym, bez żenady piętnuje niski poziom cudzej twórczości, zaczynam się wstydzić. Nie za niego, gdyż byłoby stratą czasu żałować bufona, ale za tych, co mu nadskakują i tych, co utwierdzają go w mylnym przeświadczeniu, że coś sobą reprezentuje.

*

Nie zastanawia się, co by mogło być, gdyby nie poszedł z prądem. Gdyby nie dał się zwieść irracjonalnym nadziejom na lepsze. Nie umie też jasno i klarownie powiedzieć, co było kiedyś złe. Natomiast ryczałtem pochwala, aprobuje, z uznaniem cmokta i mlaszcze nad zachodzącymi zmianami.

Niektóre zmierzają ku lepszemu, inne nadal są albo nietrafne, albo takie sobie. Przeważnie jednak stwierdza, że aby żyć w obecnym świecie, trzeba się do niego dopasować, trzeba bez przerwy chwalić kulturalny brak kultury.

Zaczyna więc nie dostrzegać, czy proponowana przez niego twórczość jest żartem z czytelnika, czy należy traktować ją poważnie.

Wywija swoimi wyrobami nimi bez opamiętania, jak leci; tłucze je w ilościach przekraczających wszelkie pojęcie i rozsiewa, gdzie się da: tu wiersz na okoliczność, tam proza do poduchy, ówdzie malarskie cacuszka do podziwiania, rzuca te swoje perły przed partyjne wieprze, każdemu z nich daje, co kto chce i na co jest zapotrzebowanie, co schodzi jak ciepłe bułeczki, a co sprzedaje jak czerstwe chały: laurkowe, akademijne, benefisowe, a płodny w tym rozsiewaniu jest na kształt królika.

*

Artyści z prawdziwego zdarzenia tolerują go jak raka na bezrybiu. Piszą o nim źle, potępiają za własne grzechy, odsądzają od czci i wiary, wieszają na nim psy, mierzą swoją miarką, podają jako przykład pleniącego się grafomaństwa i nieudacznictwa, przy czym uprawiana przez niego twórczość ma być odstraszającym dowodem na rozprzestrzeniający się upadek tejże.

Snobi wyrażają się o nim bombastycznie, prawie że na klęczkach, w przesadnych superlatywach. Stawiają na pomniku, wielbią bez powodu i na wyrost: zamiast pokazać mu drogę, zachęcić do bycia niesztucznym, wyrządzają mu krzywdę: utwierdzają w przekonaniu, że już wszystko wie, że zjadł wszelkie rozumy, może więc usiąść na wawrzynach i nie musi swojej wiedzy poszerzać, konfrontować z tymi, którzy również piszą, porównywać swoich bździn z ich dokonaniami.

W ten sposób staje się intelektualnym terrorystą, samochwałem uwielbiającym narzucać swoje poglądy i zwracać na siebie uwagę, być w centrum artystycznego tumultu, uchodzić za skrybę, zabierać namaszczony głos w dyskusjach o czymkolwiek związanym z dziedzinami, o których ma zerowe pojęcie.

*

Zbigniew Wodecki, niezły przecież estradowiec, kompletnie wyczyszczony z zarozumiałości powiedział, że nie daje koncertów, tylko występy. Koncerty to dawał Paganini, a on doskonale zna swoje artystyczne parametry i nie robi za pyszałka. Podobnie można by rzec, że poetą był Herbert, pisarzem Faulkner, a rozrośnięte stado dzisiejszych wierszokletów i prozaików, to granda w biały dzień; napisze taki ze trzy cherlawe tomiki i już wije gniazdko na Parnasie, już kupuje na Allegro mało używaną aureolę i zmierza tam, gdzie są gwary, aplauzy i jupitery…

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com