Marek Jastrząb: Jedenastu najlepszych

23.06.2020

Nareszcie stało się faktem, że prosty buc dorwał się do głosu. A jest to głos tubalny. Świadomy swoich racji. Głos wieloosobowy. Prawie powszechny i niemal – reprezentatywny. Niesłyszalny dotąd poza melinami, zaistniał totalnie; chuliganów, pyszałków, bezpodstawnych ważniaków mamy w polityce w bród. Ponieważ ów lokalny folklor prześliznął się przez obyczajowe sito, znalazł się w sejmie, opanował rząd i wdarł się do senatu.

A teraz odbędzie się następne rozdanie znaczonych kart. Pomimo realnego niebezpieczeństwa związanego z pandemią, pomimo lekceważonych ostrzeżeń wirusologów, organizuje się masowe juble pod wezwaniem głosujta na naszego!

*

Ale dyktatury motłochu nie trzeba było obalać. Wykańczać jak PRL-u. Starczyło przywrócić mu nieludzką twarz, by wielu wyznawców PiS-u poczuło się jak w policyjnym raju.

Jest to jednak raj niewygodny dla pozostałego sortu. Do przyjęcia jest ze względu na zapewnienie ludziom socjalnego bezpieczeństwa, natomiast niedopuszczalny, z uwagi na brzemię wyrzeczeń wolności. Na utratę już wywalczonych praw. Praw przez PiS podawanych w wątpliwość.

Ostatecznie okazało się, że trzyletnie rządy koalicyjnej zbieraniny nie wykonały zamierzonego dzieła zniszczenia Państwa: upadły nie dokończywszy mrzonki. 

Lecz była to dopiero przymiarka. Nieudana inauguracja długofalowego przedsięwzięcia. Kaleki początek następnej renowacji kraju. Kolejna próba mikrofonu. Przedwczesna odsłona tragedii. Lub, jak kto woli, pierwsza runda narodowej farsy. 

*

Po traumatycznej przerwie wypełnionej ośmioletnim rządzeniem PO, sfrustrowany PiS wyciągnął naukę ze swojej porażki. Znajdując się na niewdzięcznym miejscu opozycji mógł tylko bezradnie przypatrywać się krokom podejmowanym przez władzę. Poniewczasie zrozumiał więc, że wyłącznie wszechobecna sprawczość umożliwi powstanie ogólnej dyktatury polegającej na kontroli wszystkich obywateli.

Postanowił zatem, że gdy zrealizuje dyktatorskie marzenia, to znaczy do imentu nadwątli konstytucję,  poturbuje prawo i zniszczy  sądy, gdy podporządkuje i upolityczni wszystkie instytucje, nastanie odpowiedni klimat, by dalej nie dbać o losy narodu. I że uczyni wszystko, by tak się stało.

Za pomocą rządowego rozporządzenia odwołał trwogę przed śmiercią w samotności, zapomniał o maskach, dystansach i kwarantannach, odpuścił i ułaskawił konieczne zarabianie na tragediach, zaparł się zdrowego rozsądku, odmroził gospodarkę i pozwolił na tańce, hulanki, swawole. A  wszystko to zrobił w imię wyborczej miłości bliźniego.

*

Przed podzielonymi obywatelami otwiera się nowa szansa na kolejny  wybór mniejszego zła. Tym razem kandydatów na władcę długopisu jest za dużo, a co jeden, to najmądrzejszy. No a skoro wśród jedenastki mądrych trudno zagłosować  na właściwego, mam obawy co do wyniku.

Niemniej w dalszym ciągu trwają wyścigi w workach nazywane prezydenckimi wyborami.

Na kilka dni przed wyborami nowego prezydenta, jeden z folklorystów, kandydat na elekcyjną repetę, dodaje sobie animuszu. To kłaniając się swoim  elektorom, to grożąc i strasząc ich opozycją, przestrzega przed skutkami  jej nadejścia.

Roztacza katastrofalne wizje zepsucia dotychczasowych dokonań rządu. Rządu, którego naczelnym hasłem jest dbałość o rodzinę. Wszelako przestrzega i roztacza na próżno, bo troska o rodzinę jest fikcją podobną tej, że pandemia wygasa. Jest złudzeniem, gdy mówi, że władze pochylają się nad jej problemami. Szczególnie widać to, gdy ten sam rząd wprowadza aborcyjne przeszkody. Łącznie z karami więzienia przeznaczonymi dla wykonujących zabieg przerywania ciąży.

Zwolennicy pielęgnacji uszkodzonego płodu, zapowiedzi żywego człowieka, człowieka skazanego na szybką śmierć w męczarniach lub, w innym przypadku, na długoletnią i niesamodzielną egzystencję, są troskliwi tylko do momentu ich narodzin, a dalsza opieka nad nimi – nie istnieje.

*

Choć na wietrze historii trzęsą mu się portki, to z uporem puszcza do swoich wyborców perskie oko plus i nadal brnie w swoich nierealnych obietnicach. A wobec opozycji mężnie prowadzi grę w durnia: nadrabia miną, szpanuje wściekłością, toczy pianę i wymachuje  resztkami furii.  Nic mu to jednak nie daje, gdyż dokąd by sięgnął wzrokiem, na pierwszym planie kampanijnych spędów dostrzega tłumy ludzi wrogo nastawionych do niego. Dostrzega transparenty z katalogiem wytknięć, potknięć i pierdolnięć. Coraz częściej słyszy też skandowanie: MAMY DOŚĆ!

Ale czy tylko jego przestaliśmy trawić i czy tylko on zasługuje  na polityczną banicję? Czy nie jest tak, że oszust zarzuca oszustowi nieuczciwość? Potwierdza się, że prawo Kalego jest nadal aktualne i stosowane. Potwierdza się banał powiedzenia, że polityka jest pełnym brudu (moralnego, cokolwiek to znaczy), obrzydliwym zajęciem.

Trudno się dziwić, że pchają się do niej figury  o gumowym kręgosłupie lub nikczemnicy podejrzewani o niewielki rozumek, albowiem jedynie tacy lawiranci, tacy świętoszkowie z kalkulatorem zamiast miłosierdzia, skłonni są do zawierania przymusowych koalicji lub rezygnowania z własnych programów wyborczych kosztem wejścia w niechciane kompromisy. 

*

Wspominam początki nieszczęsnych ulepszeń naszego państwa. Rozpamiętuję   czasy  ozdrowieńczych pomysłów prezesa PiS-u. Chwile koalicji z Lepperem i jego brygadą obwiesi. Wracam pamięcią do trzyletnich rządów ludzi wkraczających na pokoje z obrokiem dla władz. Widzę, jak w pasiastych krawatach i, z buńczucznymi uśmiechami na wargach, zapowiadają przemianę dotychczasowej mody na językową subtelność i obwieszczają w sejmie radosny koniec wersalu.

*

Na dzień dobry poszły won dotychczasowe etykiety i uszanowania. Zaniechano polskiej mowy, a na podeście do wygłaszania sensownych zdań, pojawiły się nielogiczne oracje.  Wywody spotykające się z aplauzem. Wiwatami na cześć grabarzy intelektu.

Zgrana paczka kolesi (tudzież koleżanek) poczęła bzdurzyć w sobie tylko  znanym narzeczu; jęła posługiwać się swoistą grypserą.

Ludzie, którzy nie potrafili ułożyć byle złożonego zdania, w zaskakujący i osobliwy sposób zaczęli posługiwać się wsteczną logiką. Zmieniali co popadnie i co się da. A czego nie mogli, profilaktycznie obśmiewali. Naumieli się kłamania i nowego sensu wypowiadanych słów. Twierdzili, że nastała opłacalna moda na używanie nieszczerości, że od  idei pochodzących z opozycyjnych stron, należy uciekać. Mówić o nich językiem wulgarnym.

Uznano, że słów pochodzenia trudnego nie należy stosować. Ogłoszono zwycięski zmierzch sformułowań, których nie rozumieli. Styl nie mógł być skomplikowany: elokwencja rodem z krainy wykwintu, subtelna i obfita w niuanse,  wyposażona w słowne ekskluzywności, zanieczyszczona metaforami, bez gadania wędrowała na gilotynę.

Zadęto w zbrojne surmy tryumfalnie głosząc wieczny odpoczynek trudnym tekstom i długim zdaniom. Naraz poszczególny człowiek począł rozporządzać nieograniczonymi areałami rozsądku i dysponował swobodnym dostępem do własnej małostkowości, a jego zdezelowane sądy naraz dostały na zapęd: chwyciły dogodny wiatr w żagle; z nagła poczęły surfować po morzach i oceanach głupawych spekulacji.

*

Z powodu działalności językowych rzeczoznawców, którzy wtargnęli na arenę dziejów, postanowiono wyposażyć naród w stosowne przyobleczenia. I tak się stało. Wnet zaprojektowano stosowne mundurki, a towarzystwo — obywatelstwo prezentowało się w nich identycznie, co wyglądało jakby wyszło spod jednej sztancy; kto dał się wbić w to opakowanie, ten w niczym nie odstawał od chóru, ten mówił i biadał w tej samej konwencji: bliźniaczo głupio i, podobnie jak inni, powielał te same mniemania.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com