02.07.2020

Uff, jak gorąco, nie tyle w przyrodzie, ile w politycznej publicystyce. Przeczytałem wszystkich najważniejszych analityków i politycznych komentatorów i nie będę wchodził w te tematy – kto ma i jakie szanse, kogo uda się przekonać do swoich racji, ile głosów potrzebuje Andrzej Duda a ile Rafał Trzaskowski.
Powiem to co mówiłem wiele tygodni temu – wybory prezydenckie w Polsce odbędą się tylko wtedy, gdy Jarosław Kaczyński będzie miał pewność sukcesu. Tego, że jego człowiek w Pałacu Prezydenckim zapewni mu możliwość dokończenia budowy polskiej satrapii. W innym przypadku nie; wybory zostaną przesunięte z powodów zagrożeń pandemią albo dowolnie inną przyczyną. Mając cały aparat państwa można wymyśleć dowolną hucpę – patrz „wybory” majowe organizowane przez wybitnego organizatora – Jacka Sasina.
To, że wybory czerwcowe odbywają się jest dla mnie materialnym dowodem pewności obozu władzy na sukces, na wygraną Andrzeja Dudy w drugiej turze. Przypomnę, że Prezes Polski postawił zadanie przed prezydentem wygrania w pierwszej turze. I temu celowi podporządkowane były majowe „wybory” Jacka Sasina. Wybory się nie odbyły tylko dlatego, że zapiekliło wewnątrz obozu władzy, Jarosław Gowin stanął okoniem i prezes musiał ustalić wraz z buntownikiem nowy termin, łamiąc tym samym wszelkie zasady prawa. Ale co tam, Prezes może wszystko.
Nie będę, zgodnie z deklaracją formułowaną we wstępie do tego tekstu wchodził w rozważania nad tym, co na politycznej scenie. Takich rozważań jest multum, każdy może znaleźć sobie najbliższą. Tym, czym chciałbym się zająć, jest sam mechanizm wyłaniania prezydenta – wyborami powszechnymi, w których każdy obywatel niepozbawiony praw publicznych, spełniający kryterium wieku, po zebraniu 100 tysięcy podpisów poparcia staje do wyścigu. To demokracja w działaniu i niech tak zostanie.
Możliwość startu w wyborach na najważniejszy urząd w państwie dla praktycznie każdego obywatela to dowód na to, że kraj jest demokratyczny, że demokracja działa. Wiem dobrze jak dalece jest to niewystarczający dowód, jakie są mechanizmy politycznego teatru, ile potrzeba pieniędzy, by taki start miał szanse na sukces. Polski teatr polityczny to przecież „mały pikuś” w stosunku do takich tam Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej; tam sam start w kampanii wymaga wielomilionowego majątku kandydata, równość startu to oczywista fikcja.
W Polsce jeszcze nie osiągnęliśmy tego pułapu, ale trend jest wyraźny: nie ma szans na sukces bez dużych (jak na polskie pułapy) pieniędzy.
Zostawmy ten etap politycznego teatru, to jak przebiega kampania wyborcza poszczególnych kandydatów, ten objazd Polski — czy to „Dudabusem”, czy „Belwederem na kółkach”. To nieustane wiecowanie, te tysiące uściśniętych rąk, wspólnych zdjęć, to głaskanie po główce miłych i uśmiechniętych dzieci i składanie wyrazów szacunku dla kobiet z zespołów regionalnych. To wszystko, co dzieje się w sferze emocji, gorących uczuć do „naszego” kandydata i agresji wobec jego konkurenta.
Na etapie walki o miejsce w drugiej turze są to oczywiste i naturalne zachowania. Tak jest wszędzie, na całym świecie, gdzie wybory to święto demokracji.
Przy całym ogromnym i naprawdę poważnym krytycyzmie wobec tych „pustych” form, jakimi są praktycznie wszystkie wymyślane przez sztaby „fachowców od wyborów” budujących na podstawie wyników stale prowadzonych badań główne tezy i formy przekazu, określających słowa-klucze, a nawet gesty i miny kandydatów w danym miejscu i czasie – wiem jedno, tak będzie! Niech to „święto” demokracji, jakim są podobno wybory powszechne trwa, niech obywatele, raz na pięć lat mają poczucie, że ich głos ma znaczenie, że to oni dokonują wartościowania zgłoszonych kandydatów i to oni wskażą zwycięzcę.
I tu moja obrazoburcza uwaga – dla dobra większego niż poczucie władzy, jakie może mieć każdy obywatel, nawet ten, który nie interesuje się sprawami szerszymi niż jego najbliższe środowisko, rodzina, grupa koleżeńska, lokalne sprawy jego miejscowości. Niech arytmetyka liczby oddanych głosów porządkuje zbiór kandydatów na skali od najwyższego do najniższego, niech to będzie wynik demokratycznych wyborów.
Tam tak, na poziomie ostatecznego wskazania kto obejmuje urząd Prezydenta RP – nie!
Wybór z dwóch, wskazanie osoby lepiej przygotowanej, mającej większy potencjał, lepsze cechy osobowe, dającej większe gwarancje na podejmowanie decyzji zwiększającej bezpieczeństwo Polski w złożonym i coraz bardziej skomplikowanej sytuacji międzynarodowej, osoby lepiej przygotowanej do wyzwań, jakie niesie zmieniający się klimat i wynikające stąd zagrożenia — wybór tej osoby musi być wolny zmiennych nastrojów rozemocjonowanych ludzi.
Sądzę, że prędzej czy później dojdziemy do tego, aby powierzyć taką decyzję AI, sztucznej inteligencji, która na zimno przeanalizuje potencjały dwóch osób wyłonionych w „święcie demokracji” i wskaże tego, kto jest lepszym, kto lepiej zabezpieczy realizację najważniejszych celów społecznych i politycznych na najbliższy czas.
Wiem, że to naiwne. Ale gdyby tak było, to każdy myślący człowiek przyzna, że w Stanach Zjednoczonych AP, w ostatnich wyborach prezydenckim Donald Tramp nie uzyskałby aprobaty żadnej „myślącej maszyny”. Że nie byłoby też szansy sukcesu dla kogoś kto znalazł uznanie większości gorzej zorientowanych w publicznych sprawach, która została kupiona rozdawnictwem pieniędzy publicznych, dawanych tak, jakby to były pieniądze sprawującego aktualnie urząd głowy państwa.
To nie jest program na teraz, to program na kiedyś, ale myśleć o takich rozwiązaniach trzeba już dziś. Choćby po to, aby nie zobaczyć, jak demokracja zmienia się w ochlokrację.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Przeczytałem i publikuję ten tekst z rozczuleniem. Wiara Autora w przyszłe (bo nie wierzę, że to propozycja na dziś, jutro lub pojutrze) możliwości AI jest bardzo sympatyczna, ale dla mnie zupełnie bez pokrycia w rzeczywistości. I to nie za względu na ograniczenia techniczne, bo te zapewne w ciągu najbliższych 20 lat zostaną pokonane, ale z uwagi na psychologię społeczeństwa i samą istotę polityki. Nie widzę możliwości, by jakakolwiek partia lub grupa polityczna zgodziła się na powierzenie tak kluczowych decyzji technice. Ma być nasze na wierzchu, jak trzeba kłamstwem, jak trzeba — brute force.. A jak maszyna wskaże inaczej (bo może eksperymentalnie się to dopuści, licząc na przyznanie przez nią racji właśnie nam…), to cholerę rozwalimy, a szczątki pokropimy wodą święconą.
Oburącz przyznaję słuszność. M. in. dlatego że „garbage in, garbage out”. Polityka zgwałci też każdą nieopancerzoną aparaturę, aby dawała tylko alibi, a nie prawdziwy odczyt rzeczywistości.
A w programie Trzaskowskiego brak mi postulatu likwidacji naszej „Izby
Niepamięci”, czyli senatu, i zastąpienia jej Izbą Regionów (w Niemczech -Bundesrat).
Na prośbę Autora:
Z wielkim rozrzewnieniem przeczytałem wpis mojego redaktora. To sympatyczne, że potrafię wzbudzić takie uczucia, jak widać z wzajemnością.
Ale po tych uprzejmościach czas na konkrety. Mój tekst był ucieczką od „bieżączki”, od tego, co tu i teraz i czego już, mimo że mam wieloletnią zaprawę, słuchać nie mogę. Oczywiście ma pan, panie redaktorze rację – to nie jest propozycja na teraz, to jest propozycja na 2050. Myślę, że wtedy świat będzie w tak trudnym położeniu, klimatycznie, demograficznie, politycznie, że wszyscy, naprawdę wszyscy, zrozumieją – albo zimna racjonalna decyzja komu powierzyć takie ważne stanowisko, albo katastrofa. I pewnie takich katastrof kilka będzie, będzie ich pewnie wystarczająco dużo, aby do wszystkich dotarło – to nie na wiecu, nie w tumulcie, nie w emocjach należy wybierać z dwóch wyłonionych w kampanii wyborczej zwycięzcę To należy powierzyć zimnej AI. Cieszę się, że wyraża Pan przekonanie, że do tego czasu rozwój AI będzie wystarczający, by powierzyć jej takie zadanie. To, co pisze pan o polityce, o politycznej wojnie, w której tylko kłamstwo i brutalna siła to prawda na teraz. Myślę jednak, ze za 30 lat (jedno pokolenie) świat zmądrzeje. Zmądrzeje albo nie będzie go wcale. Tertium non datur.
Akurat tak się składa, że właśnie przeczytałem obszerny tekst o planach rozwoju AI w najważniejszych ośrodkach światowych. Nikt — o ile wiem — nawet nie myśli o jej zastosowaniach w podejmowaniu decyzji politycznych, pomijając zastosowania do celów inwigilacji przeciwników. Cały artykuł tutaj. Wybrane fragmenty cytuję poniżej.
Ale przecież to nie jest tak, że AI przejmie władzę w tych najbardziej rozwiniętych ośrodkach światowych. Te – dopóki są najbardziej rozwinięte nie mają powodów by zmieniać jakiekolwiek mechanizmy.
W pierwszej kolejności zmiana się dokona w jakimś kraju z drugiego/trzeciego szeregu. Kraju, peryferyjnego z aspiracjami.
Albo takiego, gdzie miejscowy satrapa prowadzący swój kraj ku „świetlanej przyszłości” straci kontrolę nad większością wewnętrznych procesów i grozić mu będzie obalenie w niesławie- taki mógłby poważyć się na desperacki krok i zawierzyć AI, by pomogła mu wyjść z kryzysu. Po pewnym czasie zamiast wykorzystywać AI do swoich celów, stałbyby się instytucją fasadową realizującą plany AI, których sam nie rozumie, a które pomogły mu zachować stanowisko.
Albo kraju z drugiego szeregu, który sam dojrzał do tego, by uznać, że w normalnych warunkach nie ma szans w wyścigu z rzeczonymi czołowymi, najbardziej rozwiniętymi ośrodkami światowymi i potrzebuje dodatkowy atut. Wsparcie AI.
.
Tak czy siak peryferyjny kraj rosnący nagle w potęgę dzięki wsparciu najbardziej rozwiniętej na Ziemi inteligencji wymusi reakcję na innych. Też peryferyjnych. A w końcu na liderach.
.
Jeśli rewolucja w zarządzaniu państwami miałaby się odbyć to raczej tę drogę sobie wyobrażam, niż oddanie pola „narzędziom, przez tych co im się wydaje, że tę narzędzia kontrolują.
Rewolucja się udaje, jak nie ma wyjścia, jak inne sposoby zawodzą.
Ze sztuczną inteligencją może być jednak jak w tym dowcipie o brodatym staruszku na chmurce: mówią mu, że się leją a On tylko: nie dzisiaj.
Cóż bowiem na przykład dziś wprowadzilibyśmy jako dane wejściowe: tęczę, pedofilię i stadion w Wałbrzychu, naciskasz pan guzik a tam tylko: nie dzisiaj.