Jerzy Łukaszewski: Opłacani przez Kreml fundamentaliści

02.08.2020

Strelicja

Ponieważ sąd zakazał mówienia, że Ordo Iuris to opłacani przez Kreml fundamentaliści, nie złamię tego zakazu i nie posunę się do twierdzenia, że Ordo Iuris to opłacani przez Kreml fundamentaliści. Oczywiście, byłbym ciekaw argumentów tych osób, które twierdzą, że Ordo Iuris to opłacani przez Kreml … itd.

Ledwie skończyła się jedna internetowa zabawa, a już szykuje się druga. Tym razem Ordo Iuris żąda zaprzestania nazywania tej organizacji sektą.

Ta zabawa jest o tyle ciekawsza, że ew. zakaz musiałby się oprzeć na względnie ścisłej i precyzyjnej definicji sekty, a z tym może być problem.

Groźby pod adresem wojowniczej torunianki Scheuring-Wielgus, jeśli dotrą do sądu mogą pomóc w rozwiązaniu problemu. Okaże się wówczas, że sekta to wcale nie to, co dotychczas myśleliśmy, a już na pewno nie zasługuje na tę nazwę organizacja pomawiana o to, że jej członkowie to opłacani przez Kreml fundamentaliści.

Nawiasem mówiąc, z tym Kremlem sprawa nie jest taka oczywista jak uważają obrońcy Ordo Iuris. Kreml już dość dawno stosował metodę wspierania ruchów teoretycznie odległych mu ideowo na terenie Europy i nie tylko w celu wprowadzenia zamieszania politycznego, a tym samym wewnętrznego osłabiania państw mu nieprzychylnych. Taktyka sprawdziła się wielokrotnie, nie ma więc powodów do przypuszczeń, iż ją zarzucono.

Ponieważ rzecz zwykle jest „pod przykryciem” nigdy nie wiemy na pewno czy coś takiego akurat zachodzi w konkretnym przypadku. Stąd tak liczne obrzucanie się podejrzeniami niemające podstaw rzeczowych, a prowadzone jedynie na podstawie efektów działalności politycznego przeciwnika. Tyle że na dobrą sprawę każdego wówczas możemy oskarżać o to, że jest opłacanym przez … itd.

Co innego sekta. Tu już nie chodzi o zależności finansowo organizacyjne, a o cechy, jakie ktoś/coś wykazuje.

W kilkunastu definicjach sekty wspólne wydaje się jedno – sztywność poglądów, niedopuszczająca możliwości dyskusji.

Proszę pozwolić sobie na małą dygresję. Całkiem niedawno Kościół Toruńskokatolicki dał dowód, że nazywanie go sektą jest całkowicie błędne. O jakiej sztywności wykazywanej (przynajmniej w początkach istnienia) przez organizację religijną może być mowa, kiedy ta zaprzestaje stosowania własnych prawd wiary (dekalog jest już tylko sympatycznym, acz zmurszałym zabytkiem), kiedy ochoczo łamie głoszone przez siebie zasady, choćby w przypadku nienaruszalności małżeństwa i to wcale nie dla gorliwego katolika Kurskiego, ale innej gwiazdy, której unieważniono już ślub kościelny dwa razy. Taką organizację z pewnością trudno nazwać sektą.

Co do Ordo Iuris mam tylko obawy, że sąd nie znajdzie czasu, by przeanalizować dokładnie cała działalność tej organizacji, zanim wyda wyrok stwierdzający, że nie wolno nazywać jej sektą. I tu paradoks – jeśli takowy wyrok ukazałby się bez głębszej i wyczerpującej analizy, mielibyśmy do czynienia właśnie z działaniem sekciarskim. Tyle że w tym wypadku taką cechę wykazałby sąd, zmuszający nas do przyjęcia jego orzeczenia „na wiarę”.

Poczekajmy więc może spokojnie, zanim bezkarnie lub z narażeniem się na karę zaczniemy głosić wszem wobec, że Ordo Iuris to sekta.

Oczywiście, powyższe można traktować mniej lub bardziej poważnie, ale poza wszystkim jest to jeden z wielu przykładów na ewolucję języka polskiego w ostatnich latach. Człowiek ma swoje lata, przyzwyczaił się rozumieć co mówią i piszą, aż tu nagle okazuje się, że słowa zaczynają znaczyć co innego niż znaczyły dotąd.

Z obowiązku zawodowego przypomnę tylko, że to występowało zawsze, a w ostatnich latach nabrało tylko wyjątkowego przyspieszenia.

Jeszcze 200 lat temu słowo „kobieta” było uznawane za nieprzyzwoite. Za to słowo „polityczny” – wielu nie uwierzy – oznaczało – „elegancki, przyzwoity, w dobrym guście”. „Zachował się politycznie” – to był komplement.

Jeszcze za naszych czasów znaliśmy określenie „wyraził się nieparlamentarnie”. Gdyby chcieć dziś je zastosować, trzeba by tak określić przemowę z użyciem języka wyszukanego i pozbawioną wulgaryzmów.

Co jest przyczyną zmian w języku? Podejrzewam, że językoznawcy potrafiliby przynajmniej po części odpowiedzieć na to pytanie. Po części, bowiem problem wykracza mocno poza bariery czysto lingwistyczne.

Jeśli ktoś np. zaczyna mówić z zamiarem obrażenie interlokutora o lewicowych przekonaniach per „ty lewaku”, to mamy tu przykład emocji zdradzających nieuctwo obrażającego. Nieznajomość historyczno-politycznej nomenklatury jest w tym przypadku najczęściej słyszana we współczesnym języku.

Na szczęście trochę pomagają obecnie rządzący i to dzięki nim inwektywa (w zamiarze) „ty bolszewiku” pomaga rozmówcom oswoić się z tym słowem po żmudnym dociekaniu jego znaczenia. Tu raczej nikt nie pomyli przynależności partyjnej ze stosowanymi metodami.

Niegdysiejsza zamiana słowa „kmieć” na „chłop” też nie była wolna od emocji, a nazywanie chłopów „chamami” nie miało na celu opisania ich kultury osobistej. Było wyrazem przekonań (podstawą była Biblia) o odmiennym pochodzeniu tego „gatunku” istot żyjących. Człowiek, czyli szlachcic pochodził w prostej linii od Jafeta, syna Noego. Chłop od Chama, jego brata, ale takiego gorszego.

Słowo „Murzyn” (wielką literą) nie było inwektywą, a prostym słowem oznaczającym człowieka o ciemnej skórze, pochodzącym od „Maur” aż do naszych czasów, kiedy to znaleźli się aktywiści, twierdzący, że słowo to ma negatywne konotacje. Szczególnie przypadła mi do gustu argumentacja tych osób upierających się, że ludzie o ciemnej karnacji „odbierają to słowo jako obelgę i przejaw rasizmu”. Przypadła mi do gustu, bo oznaczała, że ludzie w Afryce czy Azji po prostu rodzą się z dogłębną znajomością języka polskiego i doskonale rozumieją jego niuanse.

A tak serio jest to jeden z przykładów, iż można ludziom wmówić, że słowo „słodki” oznacza smak soli.

Słowa o tak – wydawałoby się – oczywistym znaczeniu jak „prawo” i „sprawiedliwość” na naszych oczach nabierają obcego im dotąd znaczenia i oznaczają „my możemy a tobie nie wolno”, „przepisy są po to, byś nas słuchał, a my nie musimy” itd.

To co mnie zawsze zdumiewa, to fakt, że nie słyszę znikąd protestów przeciw tym drastycznym zmianom językowym. Zdumiewa, ponieważ przez ich coraz większe nasilanie się przestajemy się powoli rozumieć. Jeśli więc głosimy potrzebę porozumienia się wewnątrz narodu (kolejne słowo rozmaicie rozumiane) to na początek umówmy się w jakim języku będziemy do tego porozumienia dążyć. Może się bowiem okazać, że nawet osiągnąwszy porozumienie każdy z nas będzie rozumiał przez nie co innego. Już to zresztą parę razy wyszło, kiedy partia rządząca proponowała przeciwnikom „kompromis”, czyli… przyjęcie jej punktu widzenia.

Wprowadzone do obiegu określenia jak „prawdziwy Polak” już nie śmieszą, stały się wręcz niebezpieczne.

W czasie ostatniej podróży pociągiem byłem zmuszony wysłuchiwać perory pasażera, który jadąc do Gdyni narzekał, że „tam same Szwaby, nie ma Polski”, by zacytować tylko te mniej drastyczne określenia. Naprawdę byłem zdumiony słysząc „na żywo” człowieka wypchanego propagandą jak cietrzew śliwkami, ponieważ czułem własną bezsiłę, gdybym np. chciał z nim wejść w dyskusję.

Co miałbym mu powiedzieć?

Nie wystarczy w takim przypadku znaleźć winnego tej sytuacji. Znajdowanie winnego zawsze jest najłatwiejsze i przebiega zgodnie ze schematem „nie ja”.

Trudniej znaleźć sposób na dotarcie do takich ludzi mimo całej niechęci, a bywa, że i obrzydzenia, jakie budzą.

Jeśli dziś wiążemy jakieś nadzieje z nowopowstającym ruchem obywatelskim, to może zacznijmy od ustalenia środków porozumiewania się, wśród których język odgrywa niebagatelną przecież rolę.

Oczywiście pod warunkiem, że liderzy tego ruchu zechcą nas wysłuchać i jeśli okaże się, że przez słowo „menda” nie rozumieją np. rozkwitającego akurat kwiatu strelicji królewskiej (obrazek na górze).

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com