27.08.2020

Marksizm wraca i chociaż może się to wydawać dziwne, kusi swoimi nowymi szatami cesarza. Po trzydziestu latach od upadku muru berlińskiego pojawił się ponownie na zachodnich uniwersytetach i w redakcjach, w parlamentach i w rządowych gabinetach. Po upadku ZSRR, po odejściu Chin od centralnie sterowanej gospodarki i państwowej własności wszystkiego, wielu miało wrażenie, że są świadkami ostatecznego zwycięstwa liberalizmu. To zwycięstwo okazało się krótkotrwałe, a marksizm wraca nie na bagnetach zwycięskich armii, ale jako młodzieńcza romantyczna tęsknota do utopii świata bez wad, świata absolutnej wolności i absolutnej sprawiedliwości.
Izraelski badacz, Yoram Hazony, w obszernym eseju pod tytułem The Challenge of Marxism analizuje mechanikę tego zjawiska, twierdząc, że liberalizm jest obecnie na przegranej pozycji, a wielu tradycyjnych liberałów składa broń i przechodzi do szeregów wroga.
Wyłania się nowa rzeczywistość, o której wiemy zaledwie tyle, że zamierza zburzyć stary świat. Co właściwie charakteryzuje ten nowy marksizm? Nie ma jednolitej teorii, nie stworzył własnej partii politycznej, przechwytuje stare ruchy, instytucje i organizacje. Posługuje się mętnym językiem i słabo zdefiniowanymi nazwami takimi jak „lewica”, „postępowość”, „społeczna sprawiedliwość”, „antyrasizm”, „antyfaszyzm”,„Black Life Matter”, „Critical Race Theory””, „Identity Politics”, „Political Correctness”, „Wokeness” i tym podobne. Czy rzeczywiście jest tak, jak twierdzi Yoram Hazony, że za tym wszystkim kryje się po prostu unowocześniona wersja marksizmu? Wersja odarta ze starego słownictwa, w której nie ma burżuazji, proletariatu, walki klas, fetyszyzmu towarowego. Ich żargon jest dopasowany do dzisiejszej rzeczywistości, ale cel jest ten sam — krytyka i dążenie do obalenia systemu kapitalistycznego.
Karol Marks sprowadzał całą historię do walki klas, do konfliktu między wyzyskującymi i wyzyskiwanymi, między uciskanymi i uciskającymi. Prosta dychotomia, w której państwo i jego prawa stoją na straży wyzyskiwaczy. System wyzysku podtrzymuje fałszywa świadomość, która zamazuje rzeczywistość podziału na wyzyskujących i wyzyskiwanych. Postęp, złagodzenie położenia wyzyskiwanych dokonuje się zawsze na drodze rewolucyjnej, aż w końcu uciskani i wyzyskiwani przejmują władzę nad państwem.
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby dostrzec naiwność założenia, że obalenie władzy wyzyskiwaczy zakończy wszelką opresję i przyniesie powszechne braterstwo i uczciwość we wzajemnych relacjach. Na etapie mobilizowania sił rewolucyjnych ważna jest prosta dychotomia i przekonanie, że trzeba obalić władzę uprzywilejowanych wyzyskiwaczy.
Atrakcyjność marksizmu wynika z faktu, że w każdym społeczeństwie ludzie mają poczucie krzywdy, bezradności i wyzysku, więc ten uproszczony obraz zarówno historii, jak i obecnej rzeczywistości trafia na podatny grunt.
Liberalizm z jego centralnymi wartościami takimi jak wolność, równość wobec prawa, kompromis i dążenie do społecznego konsensusu okazuje się niewystarczający.
Marksowska obserwacja jest o tyle prawdziwa, że w każdym społeczeństwie istnieją wyzyskujący, którzy organizują się, zabiegają o powiększenie swoich wpływów i dominacji na scenie politycznej. Hazony zauważa również, iż Marks miał rację twierdząc, że dominujące grupy nie tylko wpływają na kształt praw i politykę rządów, ale starają się przekonywać, że te prawa i ta polityka jest racjonalna, sprawiedliwa i gwarantująca wolność. Różne formy ograniczenia wolności i wyzysku są zamazywane.
W każdym społeczeństwie są duże grupy ludzi mających poczucie, że są wyzyskiwani i że ich prawa są ograniczane. Co więcej, to poczucie zazwyczaj nie jest całkiem bezpodstawne. Niezależnie jednak od tego, jak uzasadnione są te odczucia, powodują one, że ludzie są podatni na marksistowską wizję świata.
Nie znaczy to oczywiście, że liberałowie nie reagują na krytykę społeczną. Nieustannie podejmuje się różne działania mające rozwiązać lub złagodzić różne problemy. Na przykład w Stanach Zjednoczonych US Civil Rights Act z 1964 r., zakazywał dyskryminacji rasowej, religijnej, etnicznej i płciowej. To był ogromny postęp, ale życie ma tendencję do wracania cichcem w stare koleiny, podobnie jest z akcją afirmatywną, która nie przyniosła spodziewanych rezultatów (a niektórzy dowodzą, że miała więcej skutków negatywnych niż pozytywnych). Te wysiłki nie stworzyły i nie mogły stworzyć społeczeństwa bezklasowego, w którym zanika walka o dominację.
Po stu pięćdziesięciu latach liberalizm nadal nie znalazł metody pozwalającej na stawienie czoła marksizmowi.
Przypominanie o tym, że ta wizja hierarchicznego, dwubiegunowego podziału jest uproszczeniem graniczącym z absurdem, zwolenników rewolucji nie przekonuje. W dowolnym społeczeństwie bez trudu możemy wskazać na wyzysk i ograniczającą dominację, ale relacje są złożone, zależności wielostronne, a wzajemne zyski z tych relacji mogą być bardzo istotne dla obu (czy raczej wielu) stron.
Marksizm nie bierze pod uwagę kosztów rewolucji – towarzyszącej jej zazwyczaj wojny domowej, ofiar w ludziach, zniszczenia możliwości produkcyjnych, chaosu i prawdopodobieństwa obcej interwencji (a wreszcie wyłonienia się nowej klasy dominującej z mniejszą zdolnością organizacji życia społecznego). Nacisk na redukowanie możliwości wyzysku wydaje się po stokroć rozsądniejszy, ale jest zdecydowanie mniej romantyczny.
Marksistowska wizja świata nie obejmuje wizji tego, co dalej po zdobyciu władzy. Wydaje się jej towarzyszyć proste założenie, że po obaleniu klasy wyzyskiwaczy wszelki wyzysk zaniknie. Nikt nie pyta, jak też marksiści zamierzają zlikwidować wszelkie antagonizmy. Tu widzimy sam fundament utopii – nie będzie (dotychczasowych) wyzyskiwaczy, nie będzie ucisku ani wyzysku. Rewolucyjne masy są mobilizowane do zniszczenia tego, co mają, pustymi obietnicami. Na temat tego, jak osiągnąć to całkowite zniesienie wyzysku i ucisku, nie ma odpowiedzi ani w dziełach Marksa, ani w dziełach jego następców, ani (tym bardziej) w praktyce dotychczasowych rewolucji marksistowskich. Po zwycięstwie rewolucji pojawia się natychmiast nowa klasa lub grupa dominująca w aparacie władzy i wyzyskująca inne grupy społeczne. Mieszkańcom Rosji, Chin, Kuby czy Wenezueli nie trzeba tego nawet tłumaczyć.
Yoram Hazony zastanawia się nad pytaniem, czy liberalizm i marksizm to przeciwieństwa, czy też liberalizm przeciera drogę marksizmowi? Zdaniem izraelskiego autora liberalizm uwalnia jednostkę od zniewolenia przez państwo, zaś marksizm dąży do powszechnego zniewolenia próbując zmienić naturę życia społecznego, liberalizm może być jednak pomostem dla marksizmu. Hazony jest zdecydowanym klasycznym konserwatystą i ku mojemu zdumieniu przywołuje w tym miejscu książkę Ryszarda Legutki — The Demon in Democracy: Totalitarian Temptations in Free Societies (2016). Jest to wydana w Polsce cztery lata wcześniej książka, której polski tytuł brzmiał: Triumf człowieka pospolitego.
W tym miejscu polski czytelnik może mieć problem, ponieważ Legutko to akurat odpychająca postać z odrażającymi poglądami. Przywoływanie w tym miejscu tego Lenina pisowskiej kleptokracji może zakłócać odbiór niezwykle ciekawego eseju, pamiętajmy jednak, że Hazony patrzy głównie na Stany Zjednoczone i Europę Zachodnia, a jego wiedza o Polsce jest prawdopodobnie zbyt słaba, żeby mógł zrozumieć przewrotną obronę totalitaryzmu przez polskiego filozofa-polityka. Nie wiem, czy ten cytat został usunięty z angielskiego wydania, ale w polskiej wersji Legutko nie ukrywa swojego stosunku do demokracji pisząc m.in.:
Tocqueville wprost porównał człowieka demokratycznego do dziecka, sto lat później zaś Ortega pisał o mentalności nieznośnego bachora, jaką wytworzyły nowe czasy. Jest paradoksem, że okres rozwoju cywilizacyjnego i technologicznego, w którym umysły ludzkie popisały się wielką sprawnością i odkrywczością, pchnął także wielką część rodzaju ludzkiego w stronę przeciwną, czyli ku zdziecinnieniu.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że ten wielbiciel Platona na wpół otwarcie zgadza się z powiedzeniem Gabriela Lauba, że „władza wychodzi z ludu i nigdy do niego nie wraca”. Legutko szanuje demokratyczne instytucje tylko i wyłącznie jako pożyteczny mechanizm pozwalający na ich zniszczenie.
Wróćmy jednak do argumentacji Yorama Hazony’ego, który stwierdza, że wartości liberalizmu są nazbyt abstrakcyjne i oparte na rozumie, który lubi wszystko dość dowolnie interpretować.
Te wartości to przede wszystkim wolność, równość i sprawiedliwość. Jeśli jednak wszyscy ludzie są wolni i równi, to dlaczego nie każdy, kto ma na to ochotę, może sobie zamieszkać w Stanach Zjednoczonych? Jeśli ludzie są wolni i równi, to dlaczego nie każdy, kto ma na to ochotę, może studiować na Princeton University? Jeśli ludzie są wolni i równi, to dlaczego nie każdy, kto czuje się kobietą, może startować w zawodach sportowych jako kobieta?
Te pytania mogą się wydawać absurdalne, gdyby nie fakt, że takie pytania nagle stały się gorącymi pytaniami w amerykańskiej i w europejskiej polityce.
Okazuje się, że rozum nie prowadzi wszystkich do tego samego wniosku na temat tego, co mamy rozumieć przez wolność i równość. Tu Hazony wchodzi w głęboką koleinę klasycznego konserwatyzmu i obwinia Oświecenie o odrzucenie wszelkiej tradycji, a ponieważ w każdym społeczeństwie będą ludzie czujący się w jakimś aspekcie zniewoleni, więc otwiera to drogę do zapotrzebowania na ideologię zburzenia wszystkiego.
To rozumowanie ma jednak zasadniczą wadę. Rewizja tradycji nie oznacza całkowitego odrzucenia wszelkiej tradycji, myśl prawna, myśl etyczna, nauka to dziedziny, które są i muszą być kontynuacją opartą na ustawicznej rewizji. Konserwatyści mają tendencję mylenia odrzucenia tradycjonalizmu jako ideologii i krytycznej kontynuacji będącej nierewolucyjną drogą postępu. (Wielu konserwatystów zgadza się z Wolterem, że religia jest bzdurą, ale jest potrzebna, bo inaczej służba będzie kradła srebra stołowe).
Hazony pisze o tańcu liberalizmu z marksizmem
– liberalizm zakłada, że rozumienie wolności i równości musi polegać na rozumie, a nie na tradycji i z abstrakcyjnej koncepcji wolności i równości wyprowadza prawa człowieka;
– marksiści opierają racje rozumu na pojęciach zniewolenia i nierówności w społeczeństwie i żądają nowych praw;
– liberałowie akceptują fakt, że różne formy zniewolenia i nierówności są faktem i akceptują żądania marksistów.
Ta gra powtarza się w nieskończoność, aż dochodzi do absurdu.
Argumentacja zdeklarowanego konserwatysty, gloryfikującego tradycję jako wartość w sobie i dla siebie, może irytować, ale warto się jej uważnie przyjrzeć. Hazony uważa, że grzechem pierworodnym Oświecenia była nadmierna wiara w racjonalizm. Taniec liberalizmu z marksizmem jest tu zaledwie produktem ubocznym. Liberalizm czerpie z tradycji, ale przekonuje, że opiera się głównie, jeśli nie wyłącznie na rozumie. Dąży do zagwarantowania wolności i równości, ale jest ograniczony ludzką naturą, ustępuje wobec idących coraz dalej żądań marksizmu, ale te ustępstwa idą tylko w jedną stronę.
Nie jestem pewien, czy to luki w wiedzy, czy ideologiczny zapał, ale historia opowiada nam co innego. Już w samych początkach marksistowskich i niemarksistowskich ruchów socjalistycznych w Anglii widzimy konflikt między dążeniem do zmian na drodze parlamentarnej i na drodze rewolucyjnej. Spór Plechanow-Kautsky pokazuje reakcje rewolucyjnego ruchu na narodziny socjaldemokracji. Bliżej naszych czasów widzieliśmy jak brytyjska „nowa lewica” podjęła próbę pogodzenia myśli lewicowej z thatcheryzmem. Skandynawska socjaldemokracja długo żyła w symbiozie z systemem kapitalistycznym rezygnując z dążenia do całkowitego zburzenia systemu kapitalistycznego, szukając możliwości jego cywilizowania metodą prób i błędów i rozumiejąc, że środki na poprawę położenia pracowników najemnych wypracowuje głównie prywatny kapitał. Prawdą jest natomiast, że parlamentarna lewica istotnie jest zawsze pod naciskiem „rewolucyjnego skrzydła”, ale siła tego nacisku jest zmienna. Obecnie widzimy jego nasilenie się, co skłoniło Hazony’ego do nieuprawnionego skrótu myślowego.
Dlaczego liberalne społeczeństwa owocują gwałtownymi zwrotami w kierunku ruchów marksistowskich, a nie umacnianiem się wiary w liberalizm – pyta Hazony. Odpowiada na to pytanie stwierdzając, że liberałowie są przekonani, że ich wartości oparte są na rozumie i w związku z tym traktują je jako oczywiste, przy równoczesnym poszanowaniu odziedziczonych norm i realiów otaczającego nas świata. Marksiści natomiast są w pełni świadomi swojego celu, którym jest dążenie do zniszczenia intelektualnej i kulturowej tradycji podtrzymującej liberalizm.
Yoran Hazony przyznaje, że jeszcze niedawno większość mieszkańców wolnych społeczeństw była świadoma tego, że marksizm jest niekompatybilny z demokracją. Dziś jednak widzimy jak liberalne instytucje zachodu są przejmowane przez dziwnych „antyrasistów”, „przebudzonych”, obłąkanych postmodernistów.
Pod demokratycznymi rządami naznaczone przemocą starcia między rywalizującymi klasami i grupami zostały zatrzymane i zastąpione przez pokojową rywalizację między partiami politycznymi. Nie oznacza to, że walka o dominację między grupami dotarła do kresu. Nie oznacza to również, że skończyła się niesprawiedliwość i ucisk. Oznacza to tylko, że zamiast rozwiązywania sporów przez rozlew krwi, różne grupy, które składają się na społeczeństwo, tworzą partie polityczne, które próbują zdobyć władzę w procesie regularnie powtarzanych wyborów. W takim systemie partia otrzymuje władzę na określony czas, a jej rywale wiedzą, że będą mogli przejąć władzę, jeśli zdołają wygrać w kolejnych wyborach. Oznacza to możliwość przejęcia władzy i rządzenia krajem bez zabijania i destrukcji, co skłania wszystkie strony do odłożenia broni i wejścia w parlamentarną politykę.
Warunkiem tego systemu jest istnienie więcej niż jednej partii i powszechne uznaniem, że każda partia polityczna może starać się o zdobycie władzy i ma prawo rządzić po wygraniu wyborów.
To uznanie legalności dążenia do objęcia władzy przez politycznych konkurentów jest odrzucane przez marksizm, krytyka zmienia się w nagą żądzę zniszczenia. Tradycyjna koncepcja konstytucyjnego ładu jest odrzucana. Legitymacja do sprawowania władzy nie płynie już z wyborów, a z wyobrażeń o tym, kto jest uciśniony. Odmienne poglądy przestają być uprawnione.
Latem 2020 roku ten zwrot ujawniał się w całej pełni. W Stanach Zjednoczonych zyskał wystarczającą siłę, by zażądać od liberałów podporządkowania się. Instytucje, które dotychczas były liberalne, uznały, że liberalny punkt widzenia przestał być akceptowalny. W redakcjach takich jak „New York Times” zaczęły się zwolnienia i rezygnacje liberalnych dziennikarzy, nazwisko Woodrowa Wilsona zostało usunięte z budynków Princeton University. Te zwolnienia i zmiany nazw są ekwiwalentem podniesienia flagi marksizmu nad uniwersytetami, redakcjami, korporacjami, jako znak, że stary liberalizm został odwołany.
Zdaniem Hazony’ego, zaczęło się to wraz z wyborem prezydenta Donalda Trumpa. Jednak wielu ludzi w Ameryce jest dziś przekonanych, że ta odmowa uznania legalności nie jest skierowana przeciw Trumpowi osobiście, że przekonanie, iż odejście Trumpa będzie oznaczało powrót do normalności, jest dla jednych świadomym kłamstwem, a dla innych złudzeniem.
Wraz z przejęciem przez marksistów liberalnych instytucji rozpoczęła się nowa faza historii Ameryki, a w konsekwencji również historii pozostałych krajów demokratycznych.
Yoram Hazony jest przekonany, że nie ma już odwrotu i że rozpoczęła się walka o zmianę całego systemu politycznego. Wielu liberałów jest dziś rozdartych. Wielu jest przekonanych, że nadal jest alternatywa i że ta antyliberalna fala związana jest tylko z obecnym prezydentem. Hazony jest przekonany, że to nie jest prawdą, że Ameryka znalazła się w punkcie, w którym istniejące jeszcze kilka lat temu opcje przestały istnieć. Liberałowie mają już tylko dwie możliwości — pisze w ostatnich zdaniach swojego eseju Hazony — albo poddadzą się marksistowskiej fali pomagając w ostatecznym zniszczeniu amerykańskiej demokracji, albo wejdą w sojusz na rzecz demokracji z konserwatystami.
Wydaje się to zbyt proste, co do mnie obawiam się, że sojusz na rzecz liberalnej demokracji musi uwzględniać fakt, że radykalizm jest po obu stronach i wzajemnie się napędza. Dziś widzimy coraz więcej głosów ludzi ze świata akademickiego szukających drogi do tego, aby uniwersytet był ponownie miejscem nauczania, debaty i rozwijania nauki, a nie miejscem politycznej indoktrynacji i agitacji, widzimy również jak na scenie politycznej coraz częściej w obronie wartości liberalnych występują imigranci, którzy sami udzieli z dyktatur, widzimy czasem polityków z lewej i z prawej buntujących się przeciw niszczeniu konstytucyjnego ładu.
Czy można mieć nadzieję na powstanie silnego i skutecznego sojuszu umiarkowanych? Chwilowo sytuacja w krajach demokratycznych nie skłania do optymizmu. Trudno się czepiać pojedynczych głosów rozsądku. Warto je jednak zauważać. Ot, chociażby sprzed kilku dni wystąpienie demokratycznego reprezentanta z Tennessy, Johna Deberry:
Odzyskanie wiarygodności przez klasę polityczną nie będzie łatwe, w szczególności, że nawet jeśli będziemy świadkami prób budowania jakiegoś sojuszu umiarkowanych na rzecz demokracji, najmniej zainteresowane takim zwrotem będą media, które dziś pławią się w „dziennikarstwie zaangażowanym”, czyli mówiąc wprost w politycznej agitacji i dezinformacji.
P.S. Obraz tego zagrożenia liberalnego porządku przez obóz rewolucyjny prezentują również często ludzie tradycyjnej lewicy. Niedawno ukazała się szalenie interesująca książka pary autorów – Helen Pluckrose i Jamesa Lindsay’a Cynical Theories: How Activist Scholarship Made Everything about Race, Gender, and Identity―and Why This Harms Everybody. Ta książka mówi więcej niż esej Yorama Hazony’ego, dostarcza również materiału, który wydaje się potwierdzać jego wnioski.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

@Dlaczego liberalne społeczeństwa owocują gwałtownymi zwrotami w kierunku ruchów marksistowskich, a nie umacnianiem się wiary w liberalizm ?
Odpowiedź na to pytanie pewnie jest bardzo skomplikowana. Wydaje się jednak, że w dużej mierze zwrot ów wynika z faktu, że liberalizm (zwłaszcza gospodarczy) zapomniał o wspomnianych przez Pana redaktora szczytnych hasłach takich jak wolność, równość i sprawiedliwość i skupił się zamiast tego tylko na jednym „własność”. Własność stała się wręcz święta.
A wolność, równość (wobec prawa, nie żeby jakaś inna) czy sprawiedliwość (rozumiana jako bezstronny sąd, a nie choćby socjalistyczna sprawiedliwość społeczna) stały się towarem na rynku. Towarem do kupienia i podlegającym wtedy świętemu prawu własności.
Ujał bym to nieco inaczej – niewidzialna ręka rynku jest zaledwie informacja, że handel ma pewne przewagi nad rabunkiem, ale nie jest prawdą, że łatwo to sobie uświadomić, Stąd rozumiem Balcerowicza, że na pytanie co by zrobił inaczej odpowiedział, że zwróciłby większą uwagę na strone prawną. Lech Kaczyński lubił rozprawiać o etosie. cudów jednak nie ma i gapowiczów trzeba ścigać. Nadal przekonywałbym do idei, że handel ma pewną przewagę nad rabunkiem (co idealiści traktują bardzo podejrzliwie). Tak więc, zapewne zgodzimy sie, że parlamentaryzm jest lepszy od rewolucji, ale wymaga nieufności wobec klasy politycznej, gospodarka rynkowa jest lepsza od gospodarki nakazowej, ale wymaga ciągłego pilnowania amatorów łatwego chleba. Wtórny podział dochodu narodowego jest w pewnym stopniu nieodzowny, ale nie tylko Słowianie są skonni do przesady. Lewa strona w parlamencie jest nieodzowna, pod warunkiem, że nie żąda by świat stał na jednej nodze. (W Polsce chwilowo mamy sytuację odwrotną, co też cieszy zdobywców stołków, ale nie rokuje niczego dobrego.) Wolność, równość i szalchetność to zacne hasła, ale nie likwiduja tragedii posiadacza hondy patrzącego na posiadacza mercedesa.
Jeżeli uważnie przeanalizujemy dzisiejszą rzeczywistość i rozpiszemy sobie na kartce papieru kto walczy z kim w dzisiejszym świecie, to po zredukowaniu do dwóch głównych obozów dostaniemy liberałów i konserwatystów. Albo innymi słowy postępowców i reakcjonistów. Pominę tutaj kwestię różnego miejsca w czasie różnych krajów (kraje rozwijające się wchodzą dopiero na etapy rozwoju, które są przeszłością dla krajów rozwiniętych i pojęcie liberał czy konserwatysta może opisywać tam kogoś innego) dla zachowania jasności mojej argumentacji. Obserwuję od jakiegoś czasu, że Autor sięga do autorów reprezentujących izraelską prawicę. Chwała mu za to, że przybliża nam sposób myślenia i teorie tego środowiska ale ja osobiście byłbym ostrożny z chęcią uogólnienia ich rozumowania i używanego przez nich aparatu pojęciowego. Owszem, podobnie myśli i mówi środowisko zwolenników Trumpa, a także, co nie jest niespodzianką, środowisko pisowskich „myślicieli”. Dobrze widać, że sam Autor ma problem z gładkim „przełknięciem” niektórych pomysłów Yorama Hazony’ego. Tak się dzieje kiedy racjonalny umysł zderza się z irracjonalnymi „chciejstwami” konserwatystów. Mam wielki szacunek dla Autora, że pomimo chęci przedstawienia wywodów Hazony’ego jako słusznych i odzwierciedlających faktyczne procesy, nie uchyla się przed ujawnieniem własnych zdziwień i zwątpienia w racjonalizm i logiczne myślenie Hazony’ego.
Konserwatyści odnoszą ostatnio sukcesy polityczne dlatego, że zdecydowali się odrzucić obowiązujące dotychczas reguły gry, czyli reguły racjonalnej argumentacji w dyskusji publicznej, która była chlebem powszednim demokracji liberalnej. Przegrywali na gruncie racjonalnego myślenia więc postanowili zaatakować i w ogóle obalić demokrację liberalną. Nie są oni zdolni do wypracowania jakiejkolwiek racjonalnej teorii więc użyli metody zamaskowania swojego celu w pojęciach dobrze znanych z racjonalnych teorii historycznych, ekonomicznych i socjologicznych. To naprawdę świetnie zadziałało. Większość ludzi nie ma podstawowej wiedzy żeby krytycznie ocenić poglądy i propagandę konserwatystów, która jest już tradycyjnie ubrana w znamiona naukowości. Stąd ostatni wysyp teorii na temat powrotu marksizmu, komunizmu itd itp. Powiedzmy to wprost – konserwatyści dążą do zniszczenia demokracji liberalnej i to właśnie liberałów zwalczają nazywając ich marksistami i komunistami. Nie ma żadnego powrotu marksizmu. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce obalić gospodarki kapitalistycznej. Warto zaufać własnemu zdrowemu rozsądkowi i własnemu, dobrze wypróbowanemu racjonalizmowi.
Wie Pan, uwielbiam poezję Zbigniewa Herberta, mam jednak do niego drobne pretensje, szególnie o wiersz o ucieczce Kropotkina z więzienia. Jest tam taka linijka: „a ty Waśka mikroba widział” (to o strażniku więzienym, którego uwage udało sie odwrócić). No cóż, poeta był zbyt inteligentny, żeby pozwalać sobie na takie wybryki. Ten strażnik był znawcą mikroskopów i dlatego łatwo go było wciągnąć w rozmowę o nowym modelu mikroskopu (wybrano specjalnie dzień ucieczki ze względu na tego właśnie strażnika). Poeta zrobił z siebie idiotę i to podwójnie – kompromitujac się intelektualnie wdepnał w amorolność.
Nie znam Pana motywów, bardzo szanuję Pana wiedzę i pracowitość, staram się oceniać treść, nie zabieram głosu w sprawach, w których nie mam wiele do powiedzenia i nie przyjmuję argumentów ad personam.
Ja się całkowicie zgadzam, z tym, że posiadacz hondy przestanie doświadczać tragedii patrząc na posiadacza mercedesa dopiero po utracie żony i dzieci. Cień optymizmu budzi się kiedy słucham Johna Deberry’ego, ale książka Pluckrose i Lindsaya pogarsza sprawę. Turbokapitalizm połączony z globalizmem nakarmił setki milionów, ale krzyk rozpaczy posiadających nie dość powinien to zatrzymać.
Istotnie spora różnica, troche mnie zdziwiła narodowa debata w Szwecji (chyba 1973 lub 74), kiedy uznano, że socjal ma dostarczać kolorowe telewizory ubogim, ponieważ pewna starsza pani popełniła samobójstwo, bo wszystkie jej koleżanki miały, a ona nie. Mam taka była uczennicę, która na pierwszy urlop pojechała dopiero po studiach, bo wcześniej podczas wszystkich wakacji pomagała a to przy zbiorze ogórków a to przy innych pracach, które pozwalały przetrwać. Może dlatego łatwiej mi z nią rozmawiać, że przeczytała mniej kolorowych magazynów o ubogich i posiada więcej wiedzy o życiu. Moim głównym akademickim polem była historia gospodarki, pewnie dlatego nie patrze tak ironicznie na stwierdzenie, że korporacje nakarmiły setki milionów ludzi, może dlatego dostaję gęsiej skórki na słowo konsumeryzm i może dlatego nie patrzę z obrzydzniem jak nawet bezrobotni mają pełne wózki w sklepie. Coś chyba jednak nie tak. (A ponieważ nadal mam gospodarstwo zdecydowanie wole produkty z Monsanto niż dyskusję o grzechach korporacji (które oczywiście są) ale nie daj buk, żeby zniknęły razem z tymi korporacjami, bo rewolucjoniści maja to do siebie, że na ogół maja problem z wkręceniem żarówki nie mówiąc o wyprodukowaniu komputera.
Doceniam poziom językowy, referencje w artykule autora. Rozumiem ułatwijającą przekaz potrzebę binarności, ale jej nie popieram (mam to m in po Leszku Kołakowskim). Z dorocznych sprawozdań: w Szwecjii w latach 70-80 ych dyrektorzy największych firm (prywatnych i nie prywatnych) zarabiali troche pona 9 razy średnie zarobki pracowników tych firm. Dzisiaj przekracza to 60 razy.
Rezultat ten i inne pogłębienia nierówności spowodował, że z dwuch największych państwowotwórczych partii, Socjaldemikratów i Moderatów (koserwatywna,prawicowa partia) odeszli tak liczni wyborcy do postnazistowskiej partii Sverige Demokraterna, że stała się ona trzecią partią w ośmioparyjnym Riksdagu. Powinno to niepokoić chyba bardziej niż cytowane w komentarzch Szwedzkie wydziwianie.
PS Elity, które utarciły włądzę na rzecz koalicji PISowskiej powinny przestać traktować 50+% wyborców jako zmnipulowanych czy zgłupiałych, którzy niezrozumieli ich zbawczego programu politycznego.
Tak też tłumaczyły Szwedzkie elity kolejne porażki, aż coraz więcej wyborców wybrało głosowanie na byle kogo byle nie polityczne elity. W Sejmie moze dojść do podobnego rezultatu; neoszowiniści z programem socjalnym zagospodarują desperackie niezadowolenie z rzadzacych elit… To powinno bardziej niepokoić niż rzekomy powrót marksizmu (dalej przecierz kompromitowanego przez dyktatury takie jak Chiny, Koreja Północna czy Kuba)
DS
>
Domyśla się Pan, że im więcej będzie obecnej polityki imigracyjnej, im bardziej miłościwie panujący będą podkreślali, że ich prawdziwą ojczyzną jest Palestyna, a jedynym prawdziwym proletariatem są Palestynczycy (ale tylko i wyłącznie ci, którym paskudni Izraelczycy utrudniają zabijanie Żydów), tym więcej szwedzkich wybroców będzie głosowało na Sveriedemokraterna. I rzeczywiście nie lekceważyłbym tych wyborców. (Nie sądzę jednak, żeby to głównie zróżnicowanie zarobków i zbyt niskie podatki decydowały o zmianach postaw wyborczych Szwedów. To jednak wymagałoby osobnego wykładu o owych latach 70/80, kiedy to nowyt byt wyprodukował nową fałszywa świadomość, z powodu tego, że pod trzecią droga zrobiły się rozpadliny.) https://uploads.disquscdn.com/images/24d1a8ee3526ca35c5c49395489783849e4a3d8906bbbfc22e302f7ec456e748.jpg
Jak się człowiek śpieszy, uproszczeniami grzeszy. Czułem, że artykuł warty ponownego czytania ale wrzuciłem pośpieszny komentarz… Po ponownym przeczytaniu artykułu doceniam pana komentarz i czuję potrzebę uzupełnienia swojego: uprościłem a powinienem zwrócić uwagę i na to, że artykuł wybiera dychotomię esju Yorama Hazony The Challenge of Marxism: leica-liberalizm; pomijając, bodaj bardziej adekeatną: lewica-neoliberalizm.
To miałem na myśli pisząc o binarności. Wybieramy czasem dwie z możliwych trzech opcji co prowadzi do… to osobny temat.