Stanisław Obirek: Dobry człowiek uwikłany w system16 min czytania

()

Dwuznaczności arcybiskupa Grzegorza Rysia

29.08.2020

Fot. Adam Walarus, Wikipedia

Należę do fanów abpa Grzegorza Rysia. Ciągle trudno mi użyć czasu przeszłego. Tak więc z ciężkim sercem napisałem felieton dla „Newsweeka” (tu link dla chętnych no i mających dostęp do wydania internetowego). na temat niechęci płacenia odszkodowań ofiarom nadużyć seksualnych, które media odnotowały również ze strony tego hierarchy. Tygodnik rządzi się własnymi prawami, więc nie mogłem się na ten temat zbytnio rozpisywać. Mogę to zrobić tutaj.

Zapewne nie tylko mnie jest ciężko, ale mój rodzaj trudności ma swoje szczególne powody. Otóż Grzegorza Rysia znam go od dziesiątków lat. Właściwie od czasu, gdy był uczniem i potem młodszym kolegą księdza profesora Jana Kracika, jednego z najciekawszych historyków Kościoła katolickiego. Kracik był jednym z tych, którzy nie mijali szerokim łukiem niewygodnych, a nawet ciemnych kart historii tej instytucji. Ryś był podobny. Pisał, idąc za wskazaniami niemieckiego historyka von Randke, tak, jak naprawdę było. Zwłaszcza o średniowieczu, na którym się zna. Na łamach Studia Opinii odnotowałem to życzliwie w listopadzie 2017, gdy został ordynariuszem łódzkim i swój felieton zatytułowałem: „Abp Grzegorz Ryś mówi głosem papieża Franciszka”. W lutym roku następnego odnotowałem jego rozmowę z rabinem Abrahamem Skórką i pisałem o niej, że „To jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza w ogóle, sytuacja, w której widziałem polskiego biskupa, który słucha, co mówi druga osoba. To długa rozmowa, ponad dwie godziny. Ale warto posłuchać, jeśli chce się zrozumieć na czym polega katolicyzm po Soborze Watykańskim II i judaizm, który pod wpływem takiego katolicyzmu wyraźnie się zmienia.”

Takich okazji było więcej, nie wszystkie odnotowywałem, ale każdą z nich się szczerze cieszyłem, bo wiedziałem, że w polskim katolicyzmie nie wszystko stracone.

Gdy został biskupem pomocniczym kardynała Dziwisza w Krakowie trzymał się na uboczu i nie zbiskupiał, tzn. zachował dystans do siebie i do kościelnych zaszczytów. Tak w każdym razie był postrzegany, sam za wzór obrał kardynała Macharskiego. Tak jak wielu innych byłem zaskoczony, że nie został następcą Dziwisza tylko wylądował w Łodzi. Do dziś się zastanawiam, dlaczego papież Franciszek pokarał Krakusów abpem Markiem Jędraszewskim zamiast ich obdarzyć abpem Grzegorzem Rysiem. Temu drugiemu to w ogóle nie przeszkadzało, robił swoje. Tzn. sprzątał po Jędraszewskim, choć niektóre decyzje, zwłaszcza związane z finansami nieco dziwiły.

Kasa najważniejsza

Chodzi o wyjątkowo wysokie ceny za usługi pogrzebowe. Pisała o tym 20 sierpnia „Więź” opisując ze szczegółami te opłaty. Robią wrażenie i dlatego je przywołam. Nie tylko ze względu na wysokość tych opłat, również ze względu na fakt, że dla wielu ludzi są powodem zgorszenia:

Sławomir Pawlik, ratownik medyczny, pochował niedawno ojca. – Na dzień dobry usłyszałem cenę 4780 zł – mówi. Za co? Jest to dokładnie rozpisane na pokwitowaniu z Cmentarza Rzymskokatolickiego w Brzezinach w województwie łódzkim. 2 tys. zł – wykopanie grobu, 2 tys. zł – opłata za plac, 400 zł – dochowanie do piwnicy (czyli włożenie trumny do grobu), 380 zł – wynajęcie kaplicy. Oprócz tego 500 zł dla księdza za mszę pogrzebową, 120 zł za przekroczenie bramy cmentarza przez kamieniarza, który miałby postawić pomnik. I oczywiście od 3 tys. wzwyż dla zakładu pogrzebowego. W sumie Pawlik zapłacił za pogrzeb ojca 11 tys. zł. Tylko część tej kwoty pokrywa ZUS. W tym roku zasiłek pogrzebowy wynosi maksymalnie 4 tys. zł.

Trudno się dziwić, że wierni piszą listy do ordynariusza, bardziej przedsiębiorczy zaczynają myśleć o alternatywnych cmentarzach, by przełamać monopol Kurii Łódzkiej…

Ale poza tym, dialog ekumeniczny, międzyreligijny, a nawet dystans wobec politycznego uwikłania wielu biskupów mile zaskakiwały, podobnie jak i pełne empatii słowa pod adresem ofiar pedofilii drapieżców w sutannach. Ucieszyło mnie więc, że to właśnie abp Ryś został administratorem w Kaliszu na miejscu odsuniętego bpa Edwarda Janiaka. Wydawało się, że zło zostanie naprawione. No właśnie: wydawało się.

Administrator nic nie robi w Kaliszu

Sytuację w diecezji kaliskiej poznaliśmy nie tylko dzięki „Zabawie w chowanego”, drugiemu porażającemu filmu braci Sekielskich. Również seria artykułów prasowych, deklaracja prymasa Wojciecha Polaka, wreszcie odwołanie bpa Janiaka wskazywało na to, że w polskim Kościele naprawdę coś zaczyna się zmieniać, a krycie pedofilów i upokarzanie ofiar powoli przechodzi do historii. Jednak artykuł Piotra Żytnickiego w „Gazecie Wyborczej” z 24 sierpnia już swoim tytułem nie pozostawia złudzeń: „Kolejny biskup nie chce płacić ofiarom księdza pedofila. Pomaga mu adwokat związany z PiS”.

Tym biskupem jest właśnie Grzegorz Ryś. Co ciekawe w załatwieniu sprawy odwołuje się do pomocy mecenasa znanego z bliskich związków z PiS-em. Jak podaje Żytnicki:

Arcybiskup wynajął kancelarię Marka Markiewicza, adwokata, byłego członka Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i byłego posła Akcji Wyborczej Solidarność. Znany z prawicowych przekonań Markiewicz w ubiegłym roku bez powodzenia kandydował w Łodzi do Senatu z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Markiewicz pomaga premierowi Mateuszowi Morawieckiemu i jego żonie w zagadkowej sprawie działek zakupionych okazyjnie od Kościoła we Wrocławiu.

Może nie ma w tym nic dziwnego, bo chodzi o znalezienia rozwiązania konkretnej sprawy. Jednak zastanawia, dlaczego Ryś nie szuka porozumienia z ofiarami w bezpośrednim kontakcie. Argumenty mecenasa Markiewicza (sprawa przedawniona, przedstawienie sprawy molestowania przez braci Pankowskich przez księdza Hajdasza mało przekonująca) zdumiewają swoją prawniczą bezdusznością i brakiem zrozumienia dla tragizmu ofiar, które od lat spotykają się z podobną reakcją instytucji kościelnej. Wydawało się, że objęcie rządów w Kaliszu sprawę odmieni. Nie odmieniło.

Jednak to tylko jeden z wymiarów objęcia rządów przez Rysia w Kaliszu. Wszak nie tylko o nierozliczone przypadki pedofilii drapieżcy w sutannie chodzi. Równie istotne było stosowanie mobbingu (przypominającego podobne przypadki w Poznaniu za rządów abpa Paetza i w Gdańsku za rządów abpa Głódzia) wobec konkretnych księży. Czyż nie należy im się elementarne zadośćuczynienie za doznane upokorzenia i lata marginalizacji jak choćby byłego rektora seminarium ks. Górskiego? Czy nie należało jednocześnie napiętnować klakierów bpa Janiaka? Nic z tego. W Kurii kaliskiej wszystko po staremu. Ta sytuacja każe mi inaczej spojrzeć na postać biskupa postrzeganego jako jednego z najbardziej otwartych i dialogicznych w polskim episkopacie. Czytuję regularnie jego felietony w „Tygodniku Powszechnym”. Śledzę z sympatią jego obecność w mediach, szczególnie wiele miejsca poświęca mu jezuicki portal deon.pl. I słusznie. Homilie, rekolekcje, wykłady przy różnych okazjach, na których nie uświadczysz katolickich biskupów. Książki, coraz więcej książek o zróżnicowanej tematyce. Jednym słowem biskup intelektualista, który odważnie podejmuje tematy trudne. Chętnie podpiera się papieżem Franciszkiem, którego z sympatią popiera, co go wyróżnia spośród polskich biskupów ciągle zapatrzony w Jana Pawła. A jednak czegoś w tej medialnej obecności abpa Rysia brakuje.

Znowu kasa

Bliższa analiza wskazuje, że mamy do czynienia z poważnym złudzeniem. Najpełniej można się pozbyć tego złudzenia, gdy w grę zaczynają wchodzić pieniądze, ale nie tylko. Chodzi o system, który mimo różnic między poszczególnymi hierarchami trzyma się mocno, a jego zwornikiem jest papież Franciszek, od roku przetrzymujący publikację tzw. raportu McCarricka, którego ujawnienie na pewno pokaże fatalną rolę odgrywaną w tuszowaniu pedofilii przez ostatnich papież, w tym Jana Pawła II i Benedykta XVI, oraz ich najbliższych współpracowników, kardynała Sodano i kardynała Dziwisza. Gdy pytałem kilku osób zajmujących się nadużyciami seksualnymi w Kościele amerykańskim o powody wstrzymywania tego raportu nikt nie był w stanie udzielić mi zadowalającej odpowiedzi. Dominikanin Thomas Doyle, który od 40 lat broni ofiar drapieżców seksualnych w sutannach, odpowiedział mi krótko: „Nie mam pojęcia. Domyślam się tylko, że cokolwiek w nim jest, jest wybuchowe i próbują wymyślić, jak sobie poradzić z kontrolą szkód [jakie niewątpliwie się pojawią w chwili jego publikacji”.

Jak wiadomo szczególnie będą one dotyczyły dwóch ostatnich papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI, nie wspominając o jego najbliższych współpracownikach i całym systemie watykańskiej biurokracji.

Poza tym prawdopodobnie w momencie, gdy zacznie się wypłacanie odszkodowania, to problem będzie nie tylko finansowy, ale też taki, że poszkodowani zaczną widzieć sens w upublicznianiu swoich traum, i wtedy może się okazać, że jest tych poszkodowanych znacznie więcej niż by się wydawało. To tłumaczy opieszałość papieża Franciszka w publikowaniu wspomnianego raportu oraz niechęć abpa Rysia w podjęciu radykalnych kroków, których celem byłoby oczyszczenie sytuacji w Kaliszu. Jednak, gdy się spojrzy na dotychczasową działalność Rysia to sprawa nie jest aż tak bardzo dziwna.

Biskup jak każdy inny

Jest on przecież produktem układu panującego w Kościele krakowskim. Przez kilkadziesiąt lat nigdy się nie wychylił. W trudnych sprawach (księża jako agenci SB, homoseksualizm duchownych, pedofilia klerykalna, finanse w Kościele, nadużycia zielonoświątkowe itp.) nigdy nie powiedział ani słowa na temat tych drażliwych spraw. Owszem, mówił okrągłe zdania już jako metropolita łódzki. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że Ryś promuje w Kościele katolickim w Polsce wiele form religijności zielonoświątkowej związanej z egzorcyzmami, cudami, uzdrowieniami itp. Wspiera m.in. kontrowersyjnego działacza charyzmatycznego Marcina Zielińskiego ze Skierniewic oskarżanego o nadużycia właśnie w różnych „praktykach modlitewnych”. Ale ważniejsze jest to jak wykorzystuje pełne uprawnienia biskupa diecezjalnego. Ogromna wspólnota 600 księży w diecezji kaliskiej, którzy od 30 lat żyją w strukturze fałszu i zakłamania oczekuje reform i oczyszczenia.

Jak dotąd Ryś nie podjął żadnych kroków, by zmienić ich myślenie, by im pomóc w nazwaniu dobra dobrem, a zła złem. Trzeba postawić pytanie, dlaczego jeszcze nie przywrócił do pracy w seminarium ks. Piotra Górskiego, który przygotował raport o Janiaku dla nuncjatury w Warszawie? No i pytanie podstawowe: czy nowy administrator apostolski przywróci elementarny ład moralny w diecezji kaliskiej? I Wreszcie pytanie, które sprowokowało ten artykuł: dlaczego nie chce wypłacać odszkodowań? Ksiądz profesor Andrzej Kobyliński we wspomnianym artykule Żytnickiego słusznie zauważa, że ból polskich ofiar nadużyć pedofilskich kleru nie jest mniej wart niż podobnych ofiar w USA, Niemczech czy w innych krajach gdzie Kościoły lokalne zobowiązały się do wypłacania odszkodowań. Z tajemniczych powodów polski Kościół ma z tym problem.

Bez usłyszenia wiarygodnych odpowiedzi na te i wiele jeszcze innych pytań trudno będzie uwierzyć w zróżnicowanie w polskim episkopacie. Może więc dobrze się stało, że abp Grzegorz Ryś nie przeszedł testu odszkodowań dla ofiar, pozbawił wielu naiwnych resztki złudzeń, że polski Kościół katolicki w Polsce może się zmienić z własnej i nieprzymuszonej woli. Teraz wiemy, że trzeba go do tego przymusić wszelkimi możliwymi sposobami, nade wszystko jednak poprzez przypominanie mu o wartościach, które sam z takim zapałem głosi. Gorzej wychodzi mu praktyka. Zresztą akurat w tym zakresie tak się dzieje nie tylko w katolicyzmie. Jednak to księża i biskupi zwykli stawiać wysoko poprzeczki moralnych wymagań, a więc również od nich należy wymagać więcej, a przynajmniej elementarnej spójności własnych działań z głoszonymi zasadami. Inaczej pozostaje dwuznaczne wrażenie, że moralne wymagania obowiązują świeckich, natomiast kler jest z nich wyłączony.

Tej dwuznaczności nie pozbyłem się czytając tekst homilii wygłoszonej do pielgrzymów w Częstochowie 24 sierpnia. Owszem ciekawi brzmią takie na przykład słowa: „Czasem mamy w sobie zbyt dużo bólu spowodowanego przez Kościół, który rozbiliśmy my sami. My sami, własnymi rękami, wedle własnych pomysłów, wedle własnych schematów, własnych idei, własnego poczucia bezpieczeństwa. Im jest więcej tego naszego Kościoła, przy którym majsterkujemy na swój własny sposób, tym więcej jest potem w nas rozczarowania i bólu, tym więcej jest bólu i rozczarowania u wielu, wielu ludzi”. Ciekawie, bo można się w nich dosłuchać samokrytyki, również pod adresem działań kolegów biskupów.

A jednak to złudzenie. Bo tak naprawdę w biskupim kazaniu pojawiają się tony paternalistyczne: „To nie chodzi o to, że ja wam teraz mówię – zaangażujcie się, jak wrócicie do domu. Ja mówię: popatrzcie, co dostaliście z góry. Jakie Duch Święty złożył w was charyzmaty? Jakie złożył w was posługi? Jakie możliwości działania? Popatrzcie w siebie, to jest Kościół zstępujący z góry. Przestańmy robić Kościół po swojemu”. Tymczasem moim zdaniem tego majsterkowanie będzie coraz więcej i biskupi będą mieli z nim coraz więcej kłopotów. Można to nazwać indywidualizacją przekonań religijnych i wtedy przestaje to być groźne, a staje się procesem dojrzewania religijnego. Katolicyzm do tej pory tego procesu usamodzielniania świeckich (przynajmniej w Polsce) nie zauważył. Ale to się zmienia. Przebudzenie albo jeśli ktoś woli, Duch św. zaczyna swoje dzieło, często tam, gdzie kończy się biskupie gadanie.

Idolatria?

Może kluczem do rozwikłania dwuznaczności osobowości abpa Grzegorza Rysia jest zjawisko idolatrii, która ostatnio precyzyjnie zdiagnozował i opisał profesor Ireneusz Ziemiński z Uniwersytetu Szczecińskiego. Jego książka Religia jako idolatria. Esej filozoficzny o nieuchronności elementów idolatrycznych w religii dostarcza ciekawych podpowiedzi i pozwala lepiej rozumieć zachowania również ludzi rozsądnych, dobrze wykształconych, dla których sprawą najważniejszą jest obrona własnej grupy wyznaniowej. W polskiej refleksji nad religią to książka zupełnie wyjątkowa i co ważne jest ona zakorzeniona w polskich realiach. Choć naukowy dyskurs stroni od doraźnej publicystyki to wyraźnie zaznacza jak bardzo polska polityka, religijność Polaków, a nawet celebracje naukowych tytułów mają zabarwienie idolatryczne.

Pozostawiając dokładne omówienie tej fascynującej książki na inną okazję chcę tylko wspomnieć o ciekawych książkach amerykańskiego historyka o kubańskich korzeniach Carlosa Eire. Jednak poświęcona dokładnie problemowi idolatrii (War Against the Idols) i druga kreśląca szeroki kontekst europejskiej reformacji (Reformations: Early Modern Europe 1450-1700). Ziemiński nawiązuje do tej pierwszej, co jest zrozumiałe, ze względu na temat pracy, jednak ta druga uzmysławia jak wiele polskie chrześcijaństwo straciła odcinając się od tych wczesnych prób oczyszczenie katolicyzmu od idiolatrii, a jednocześnie jak wiele zyskały kraje i kultury, które ten reformacyjny impuls głęboko zasymilowały.

W książce Ziemińskiego najważniejsza jest jego własna propozycja odczytania każdej formy religijności jako nieuchronnie skażonej przez chorobę idolatrii. Dotyczy to nie tylko wiary w Boga czy podtrzymujących ją rytuałów, ale nade wszystko idolatrycznego podejścia do „urzędników Pana Boga” i ich przekonania, że to oni właśnie są jedyną drogą do zbawienia. Autor przypomina, że: „konsekracja osoby, upoważniająca ją do noszenia sakralnego stroju i sprawowania sakramentów, nie powoduje, że jest ona kimś godnym, by reprezentować Boga przed ludźmi. Zewnętrzny splendor powoduje często, że znika cel, dla którego określone instytucje zostały powołane oraz nadrzędne zadania, jakie mają obowiązek realizować”. Podobnie dwuznacznie przedstawia się sprawa katolickiej i prawosławnej teologii, która wypracowała długą tradycję kanonizacji ludzi, wedle jej przeświadczeń zasługującej na cześć i adorację jako święci. Tymczasem, przypomina Ziemiński, ma ona korzenie przedchrześcijańskie i „odpowiada naturalnym oczekiwaniom ludzi wierzących, którzy odczuwają potrzebę różnych pośredników w zbliżaniu się do sacrum”.

Niezwykle istotnym ustaleniem autora jest zwrócenie uwagi na fakt, że walkę z idolatria podejmują przeważnie ludzie wierzący, którzy traktują swoją wiarą ze szczególną powagą i swoimi reformatorskimi działaniami starają się obronić świętość Boga i wyrażają, niekiedy gwałtowny, sprzeciw wobec nadużyć własnych instytucji religijnych. Jak pisze: „Walka z idolatrią wewnątrz własnego wyznania rozpoczyna się wtedy, gdy jakaś jednostka lub grupa wyznawców uświadomi sobie, że dotychczasowy kult nie odnosił się do Boga, lecz do jego fałszywych obrazów”.

Jednym z przykładów podanych przez Ireneusza Ziemińskiego, jest trzytomowe, ciągle jeszcze niewydane dzieło księdza profesora Krzysztofa Śnieżyńskiego, w którym wprowadził pojęcie „filozofii policyjnej”, wyrażającej różne formy przemocy władzy, również władzy kościelnej. Jak komentuje Ziemiński, „książka Śnieżyńskiego zadaje kłam, często powtarzanej formule, że Kościół jest święty, chociaż tworzą go ludzie grzeszni: prawdą jest raczej obserwacja odwrotna – to instytucjonalny Kościół jest grzeszną strukturą, w której nawet szlachetni i święci ludzie nie są w stanie ocalić swojej niewinności”. Oczywiście takich reformatorów również w kręgu kleru polskiego nie brakuje, by wspomnieć ks. Tadeusza Isakowicza-Zalewskiego czy ks. profesora Andrzeja Kobylańskiego z UKSW. Ich prace i medialna obecność zdaje się wskazywać, że reforma polskiego Kościoła katolickiego jest ciągle przed nami. Znamiennym wszak jest fakt, że wśród reformatorów brak biskupów, którzy trwają w antropologicznym zaślepieniu i zachowują się tak, jakby świat od pięciuset lat się nie zmienił. Tak więc z ich strony raczej przebudzenia nie będzie.

<strong>Stanisław Obirek</strong>
Stanisław Obirek

 (ur. 21 sierpnia 1956 w Tomaszowie Lubelskim) – teolog, 
historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. Andrzej Koraszewski 29.08.2020
  2. Krzysztof 30.08.2020
    • narciarz2 31.08.2020
  3. Maria Byrska 30.08.2020
  4. narciarz2 31.08.2020
  5. slawek 31.08.2020
  6. Pietrek! 31.08.2020
  7. Senex 01.09.2020