Tadeusz Kwiatkowski: Solidarność wściekłych żądz

16.09.2020

Podczas pisania tego tekstu nikt nie był molestowany.

Pomysł robienia kariery przez łóżko jest pewnie tak stary, jak pojęcie kariery. Szczypta przyjemności i pikanterii z pewnością dodaje życiu smaku, a że życie ma smak słodko-gorzki, więc i kariera wiodąca przez drzwi kolejnych sypialni to nie sama słodycz. Zrób mi dobrze, a i ja coś dla ciebie zrobię. Zrobię ci dobrze, jeśli mi pomożesz. Pomogę, pomogę, tylko mi pomóż – z ręki do ręki, z łóżka do łóżka, z ręki do buzi, z buzi z powrotem.

Seks to sfera ludzkiej aktywności, w której czysto zmysłowa, zwierzęca przyjemność miesza się często z silnymi uczuciami o podłożu nieerotycznym. Kiedy ową mieszankę wzbogacić o aspekt biznesowy, kłopoty to tylko kwestia czasu. Zbyt wiele sprzecznych uczuć, popędów i interesów pomnożonych co najmniej razy dwa, plus drobna iskra konfliktu i wybuch gotowy. Gdy mnożnik ulega zwielokrotnieniu, to i siła eksplozji wzrasta.

Hollywood jest jak zdeformowana soczewka, skupia wszelkie fobie i frustracje dręczące Amerykanów, przy okazji karykaturalnie wypacza ich obraz, tym samym utrudniając identyfikację źródła problemu.

Ameryka wielbi bożka kariery. Od pucybuta do milionera, od stażystki do prezydenta, od puszczalskiego / puszczalskiej do puszczalskiego / puszczalskiej nagradzanych Oscarem. Każdy karierowicz jest świadom ryzyka i wie, że sława i pieniądze czekają na nielicznych wybrańców fortuny, jednego na dziesięć, może sto tysięcy. Reszta, choćby obsłużyła cały Senat, KongresHollywood razem wzięte, i tak kariery nie zrobi. To nie tylko kwestia talentu, bo ten nie jest warunkiem wystarczającym, ani koniecznym. Nierzadko kariery robią kompletne beztalencia, czy to artystyczne, czy biznesowe, czasem nawet intelektualne rozwielitki, jednakowoż trafiające na odpowiednich ludzi, miejsce i czas, wystarczająco zdeterminowane lub po prostu bezwzględne. Nie wszyscy mogą być bogaci i sławni, lecz konsekwencje tego banału zwykle karierowiczom umykają, tak jak i cena, którą trzeba zapłacić, by móc oglądać swoją twarz na okładkach najpoczytniejszych magazynów. Bywa tak wysoka, iż sława, rzadziej bogactwo, zaczynają ciążyć do tego stopnia, że ofiary własnej kariery nie tylko unikają dziennikarzy, ale nawet luster.

Bez względu na koszty, pęd do kariery to imperatyw podniecający Amerykę. Prawdziwy Amerykanin to rzadko ktoś sławny i bogaty, rzadziej utalentowany i rozumny, ale zawsze pełen podziwu dla sławnych i bogatych, najrzadziej utalentowanych i rozumnych. Problem z Amerykanami jest taki, że jak nie robią kariery, to czują się oszukani, sfrustrowani, jakby ich kto żywcem grzebał. Do tego nieustające, wszędobylskie bombardowanie wieściami o cudzych sukcesach. Jak długo można się karmić informacjami o powodzeniu innych, przy jednoczesnej świadomości, że mój czas nie nadejdzie? Co zrobi człowiek, każdego dnia łykający gorzkie pigułki braku sukcesu, poddany środowiskowej presji? Jak długo  można się zachwycać cudzym szczęściem i jak sobie wytłumaczyć własne miejsce w świecie, w którym o sławie i bogactwie marzą wszyscy, ale zaznać ich może jedynie garstka? Gdzie szukać zadośćuczynienia, rekompensaty, przeciwwagi dla dyktatury sukcesu? Tak rodzi się wizja Ameryki karzącej, dominującej moralnie. Anonimowy tłum wściekłych, kąsających własne pięty; pragnących twardo stąpać na obolałych kikutach, po skutej mrozem religijnej nietolerancji, ciernistej ścieżce purytańskich zasad.

Nie nazwałbym Hayworth czy Monroe, ikon amerykańskiej kultury, tylko zwykłymi prostytutkami. Nie były tylko nimi i nie były całkiem zwyczajne, choć na pewno — w pewnym sensie — uprawiały prostytucję. Obie piękne, podziwiane, pożądane, zdeterminowane i bardzo nieszczęśliwe. Pnąc się po szczeblach kariery, zaliczyły więcej łóżek producentów, agentów i reżyserów, niż filmów, w których ostatecznie udało im się wystąpić. Pierwszy mąż Hayworth w zasadzie pełnił funkcję sutenera, stręczącego własną żonę, czemu ta zresztą nie była wcale niechętna – ot, konieczność, gdyż sprzedawała się ludziom z branży. Monroe całe życie poszukiwała w związkach bezpieczeństwa, co nie przeszkodziło jej załatwiać rozmaitych interesów płacąc ciałem, również w ramionach innych kobiet.

Prostytucja jest grzechem w oczach zdecydowanej większości Amerykanów i przestępstwem na terenie większości stanów. Nikt jednak nie ma wątpliwości, włącznie z amerykańskimi organami ustawodawczymi oraz ścigania, że prostytucja w USA ma się co najmniej nieźle tak jak i przemysł porno. Można dywagować, czy aktorki osiągnęłyby swój ostateczny status, gdyby wytrwale broniły cnoty, nie ulega jednak wątpliwości, że na ich kariery wywierały znaczący wpływ osoby, z którymi sypiały.

Skoro tak wielu Amerykanów chce oglądać i przeżywać płatny seks, zaś  inni gotowi są odpłatnie dostarczać pożądanej rozrywki, to skąd ta rozbieżność pragnień i społeczna, wyrażana ustawowo, wrogość? Dlaczego prostytuujące się aktorki muszą się przebierać w kostium ofiary, aby ich dążenie do kariery zyskało społeczną aprobatę? Wydaje się, że Ameryka postanowiła zrobić ogromny krok wstecz, nawet wobec standardów pierwszej połowy XX w. Deklaratywne obrzydzenie to samo, również ta sama siła pierwotnych popędów, tylko ich kanalizacja niedrożna.

Rozwój technologiczny i towarzyszący mu wzrost intensywności przepływu informacji sprawia, iż intensyfikacji podlega również proces konfrontowania nas z własną obłudą. Media jej rzecz jasna nie tworzą, ona po prostu jest w nas, dlatego jest też obecna w mediach. Stąd prawa i poglądy sprzeczne z rzeczywistymi potrzebami i pragnienia karier, których ceny nie są w stanie zaakceptować zarówno sami karierowicze, jak i społeczeństwo owe pragnienia generujące. Uderzając w instytucjonalną prostytucję Hollywoodu, Ameryka pożera własny ogon. Cnoty od tego na pewno nie przybędzie, co najwyżej ku uciesze wściekłej gawiedzi złamanych zostanie kilka życiorysów.

Tak jak religii nigdy nie udało się przerobić człowieka na obraz i podobieństwo infantylnego ideału, tak też społecznym ruchom moralnej odnowy nie idzie o nic, poza okrutnym widowiskiem, stwarzającym pozory kontroli nad sytuacją. Prawdopodobnie właśnie o pozory tu idzie, bo Hollywood nie jest wyspą zepsucia na oceanie prawdy i cnoty, a jedynie złoconym korkiem, unoszącym na powierzchni szamba. Kołtuństwo artystycznych salonów odzwierciedla plemienny fundamentalizm Ameryki, którego ta nie tylko nie chce, ale po prostu nie potrafi się wyrzec. Inna sprawa, że udając, iż próbuje się coś zmienić, zawsze można przy okazji zarobić. Time’s Up! – nieprawda, czas to pieniądz, dlatego Amerykanie będą przedłużać odnowę moralną do momentu, aż w końcu się nią znudzą i o niej zapomną, przynajmniej do wybuchu kolejnego karnawału nienawiści. Ruch #MeToo skończy się tak samo, jak prohibicyjna degrengolada, działalność komisji McCarthy’ego, czy tzw. wojna z terroryzmem. Wielkim, spektakularnym, upokarzającym niczym, całkiem jak dobra zmiana.

avatar

Tadeusz Kwiatkowski

Pedagog, publicysta

Rocznik 1977. Absolwent Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Jednostka głęboko aspołeczna. Przejawia objawy organicznego uczulenia na polski patriotyzm, pojmowany jako przekonanie o nadrzędnej roli Polski w historii, oraz tzw. polskiej racji stanu w stosunku do interesów Europy w dobie postępujących procesów globalizacji. Z przekonania i zamiłowania antyklerykał. Na razie, od blisko dwudziestu lat szczęśliwy mąż, od kilku również ojciec; od ponad dekady aktywny entuzjasta biegów długodystansowych.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com