Marek Jastrząb: Serca stoczone samolubstwem, sumienia przeżarte zgnilizną

10.10.2020

Kiedy jedzie nudą, kiedy jest szaro, głucho i fatalnie, zwołujemy party dla idiotów, czyli telekonferencję. Podrzucamy temat zastępujący bieżące problemy i pod pozorem świętego oburzenia udajemy, że toczy nas nieutulony frasunek i żre gustowna troska.

Grają w nas emocje i pilnie wystrzegamy się mówienia o faktach, statystykach czy niezbitych dowodach. A że powoływanie się na tabele, diagramy lub argumenty jest śliskie i w naszym wydaniu jak najbardziej nie do przyjęcia, na jednej z nasiadówek stwierdziliśmy, iż do naszych wybitnych umiejętności należy lawirowanie, kluczenie, zacieranie śladów, mówienie obok zadanego pytania.

Toteż staramy się unikać prawdy. Powiadamy za to o naszych supozycjach i plotkach, mnożymy alternatywy, nowiutkie koncepcje oraz niewiadome i przypuszczalne, a siejąc zamieszanie, wprowadzamy do narodowej świadomości pewnik polegający na stwierdzeniu, że nikt nic nie wie. Mamy wtedy ubaw po samą grdykę i nie pozostaje nam nic innego, tylko usmarkać się po kokardę.

Ten i ów czuje się dotknięty, skołowany i znieważony, jakby ktoś przylutował mu w słabiznę, gdyż do tej pory słyszał, że nie ma się czego bać, a teraz od tej samej kukiełki dowiaduje się, że na próżno udawał chojraka. Na próżno więc latał po rozum do pustej głowy w poszukiwaniu Hamletowskich wontów: nosić, czy nie nosić, być głupkiem na etacie mądrali, czy wyjść z Konfederacji (zachęcam do lektury: https://studioopinii.pl/archiwa/200723).

Jednak bez obaw: te klimaty ma obcykane: są tak sprytne, że z prawnego punktu widzenia nie idzie się do nich przychrzanić i każdy sąd da nam rozgrzeszenie.

Gadamy o zaniedbaniach wykonanych rękami naszych poprzedników. Na tle ich minusowych zalet prezentujemy się całkiem godnie; w porównaniu z nimi jesteśmy aniołami. Ani słowem natomiast nie mówimy o tym, czego nie ma, czyli o pandemii. Lecz gdy już nie dajemy rady wciskać ludziom ciemnoty i gołym okiem widać, że trzyma się ona krzepko jak Tramp na rykowisku, gdy nie pozostaje nam nic innego, tylko posypać glacę szufelką popiołu i powlec się do Canossy, wzywamy na pomoc egzorcystę od wymachiwania kropidłem.

*

Nie tak dawno temu napisałem był sprawozdanie z koszmaru na temat demograficznych absurdów https://studioopinii.pl/archiwa/196954, życie jednak dowiodło, że mimo woli zostałem prorokiem we własnym kraju. Już podnoszą się głosy, iż wartałoby zrezygnować z obostrzeń i zdać się na żywioł. Wirus wyhula się do imentu, zabije kogo zechce i w końcu odpuści. I zostaną odporni. Dopraszam się zatem nagrody w postaci pieniężnej pochwały dla swoich wróżebnych zasług, a także nadania mi pośmiertnego tytułu: honorowy jasnowidz pierwszej klasy.

Jak doniosły statystyki, wszystkie miasta, wsie i wysypiska na jednym z możliwych wszechświatów okazały się (nagle i bez ostrzeżenia) nadmiernie zagracone zbędnym narodem. Kreatury przeznaczone na odstrzał, zasiedziałe w życiu, będące w wieku przeterminowanym, z niezgłębionych przyczyn zwlekały ze śmiercią i czepiały się życia; bluźnierczo żartowały z apeli o zachowanie biologicznej przyzwoitości i punktualne schodzenie z areny.

Na próżno fachowcy od perswazji namawiali je na posługiwanie się taktem. Na darmo specjalne Szwadrony do Walki z Przeludnieniem pchały się do nich ze swoimi żałosnymi brakami tlenu, wody i żarcia. Bezcelowe były próby przekonywania ich, żeby choć ze względów ekologicznych, zmiłowali się nad resztą świata, i sprawniej uwijały się z odejściem. I nawet Brygadom Humanitarnych Obrzydzaczy Istnienia nie udawało się przekonywanie opornych.

Paskudna bezwyjściowość wkradła się w zdezorientowane szeregi naprawiaczy zgliszcz, toteż zgodnie z tendencją do nadawania nazw, powołano wyspecjalizowaną grupę kasacyjną i okrzyknięto ją Demograficznymi Fundamentalistami. Rzecznik tego zespołu oznajmił na początek, że zachodzi prędziutka konieczność zwołania konferencji. Ni miej, ni więcej oświadczył, żeby naukowcy, którzy mają koncesję na rozum i są obeznani w pieprzeniu trzy po trzy, wypowiedzieli jakieś mądre słowo ku pokrzepieniu serc. Po chwili dodał, że jeżeli nie potrafią z tym się uporać, to niech idą w diabły i huśtają na tułaczym kiju.

Jak postanowiono, tak zrobiono: z posłuszną pieśnią na nawróconych wargach zużyte kpy przechodziły na lepszą stronę niebytu. Lecz, by nie przewróciło się im w łepetach i nie zapomnieli, na czym polega bezbrzeżny smutek, z Siódmego Nieba leciały na nich nadpsute niepowodzenia.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Zbiór publicystyki Autora w Bibliotece Studia Opinii

do pobrania w formacie pdf

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com