Telewizja pokazała (629)

14.10.2020

Ciekawy wywiad z prof. Flisiakiem dotyczący pandemii. Niewesołe perspektywy.

Dzięki wyjaśnieniom prof. Flisiaka zrozumiałem idiotyczne, jak mi się wydawało, rozporządzenie władz, aby testować tylko osoby o wyraźnych symptomach zachorowania na COVID-19. Chodzi o to, że gdyby badano większą liczbę ludzi, to okazałoby się, że wiele osób ma wirusa, choć bez objawów, a gdyby ich skierować do szpitali, to zapchałyby się. To jest takie sterowanie katastrofą, której można było w pewnym stopniu uniknąć, gdyby w porę się do niej przygotować i wprowadzić mądre regulacje. Ale rzeczywistość jest taka, że jeśli wcześniej nie opracuje się szczepionki to większość ludzi musi Covid-19 odchorować.

Mamy nasilenie zachorowań i zdaniem specjalistów będzie jeszcze większe.

Dr Jakub Zieliński z Zespołu Modelu Epidemiologicznego w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW:

Przede wszystkim musimy pamiętać, że wykrywane są prawie wyłącznie przypadki objawowe – a to zdecydowana mniejszość wszystkich zakażeń. W swoich badaniach szacujemy, że faktycznych przypadków jest dziewięć razy więcej.

Z naszych obserwacji wynika, że podwajanie liczby chorych następuje mniej więcej co 12 dni. Dotyczy to zarówno liczby zakażeń, liczby osób hospitalizowanych i podłączanych do respiratora, jak i liczby zgonów. Wynika z tego, że jeżeli rząd nie podejmie jakichś zdecydowanych kroków, to po miesiącu realny dzienny przyrost zakażeń będzie osiem razy większy niż teraz. Podkreślam, że nie wiem, ile przypadków będziemy wykrywać, ale faktyczny przyrost zakażeń w Polsce już za miesiąc będzie dotyczyć ok. 200 tys. osób dziennie. […] Przy takim przyroście zakażeń będziemy mieć do czynienia z rzeczywistą liczbą kilkuset zgonów dziennie.

Epidemia nasila się i właściwie nic nie można zrobić jak tylko jeszcze bardziej uważać. Wybieram czas, kiedy w sklepach jest mało ludzi a w środkach transportu miejskiego nie ma młodzieży, która sama mniej choruje, ale bardzo zaraża. Poza tym warto nosić rękawiczki lateksowe lub podobne – ludzie noszą maseczki, ale w tramwaju czy autobusie dotykają wszystkiego gołymi rękami, a wirus na powierzchniach żyje do 9 godzin. Teraz australijscy badacze donieśli, że wirus utrzymuje się na banknotach, szkle i stali nierdzewnej aż do 28 dni.

Ciekawą koncepcję opracował jeszcze w kwietniu matematyk Krzysztof Szczawiński. Polega ona na tym, żeby pozwolić odchorować dużej grupie młodych ludzi, którzy na ogół dobrze znoszą chorobę, a chronić w tym czasie starszych. W ten sposób uzyskałoby się dość szybko odporność stadną.

Niepokoi mnie przyszłość. Na pewno czeka nas jakaś nowa pandemia, być może gorsza od obecnej. Do tego trzeba się przygotować i wyłożyć duże pieniądze na służbę zdrowia. Potrzebni będą lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni; dobrze opłacani, żeby nie musieli dorabiać w kilku miejscach. Potrzebny będzie sprzęt i wyposażenie. Potrzebne będą szpitale i odpowiednie pomieszczenia. Obecnie, o czym mówił prof. Simon, wykazuje się, że są łóżka dla chorych na koronawirusa, ale w praktyce jest ich mniej niż się podaje, bo łóżka są w pokojach wieloosobowych, do których przecież nie położy się kilku pacjentów. Brak też fachowców do obsługi respiratorów.

Potrzeba przygotować się do takiej pandemii finansowo i organizacyjnie, nawet mieć gotowe plany szybkiej budowy szpitali polowych. Potrzeba poprawić organizację, bo obecnie jest marna, na przykład podejrzani o chorobę – czego nie ma w innych krajach – sami muszą zgłaszać się na testy, zarażając po drodze innych ludzi.

* * *

W telewizji festiwal Igi Świątek. To młoda tenisistka, sklasyfikowana w szóstej dziesiątce zawodniczek świata. Teraz w turnieju Roland Garros ograła mistrzynie, wygrała, a jednocześnie wysoko awansowała w grze deblowej. Pozytywny obraz młodej sympatycznej sportsmenki i jednocześnie zwariowane media.

Tenis to dla mnie nudny sport, trzeba się pasjonować, żeby docenić tę grę. Poza tym, co za różnica kto wygrał? Okazuje się, że najważniejsze jest kto wygrał a mniej, w co wygrał. U nas szaleństwo, bo Polka, nasza, ma sukcesy. W studio analizują jej grę, przygotowanie, dotychczasową karierę, zastanawiają się nad przebiegiem przyszłych meczów. Wypowiadają się też ludzie, którzy przyznają, że się nie znają na tenisie, ale cieszą się, bo Iga… Zaproszono ojca tenisistki, żeby się podzielił swoimi wrażeniami. Każdy dziennikarz czuje się w obowiązku opowiedzieć jak przeżywał oglądając jej grę. Nikt nie ogranicza czasu wypowiedzi, nie pogania, bo zaraz będą reklamy. Pani Marta Kuligowska, spikerka, powiedziała, że Iga przeszła do historii i będą się o niej uczyć dzieci w szkołach (!). Sprawozdania i migawki z finałowej gry powtarzane są wielokrotnie każdego dnia.

To jakaś dziwna identyfikacja ze sportowcem czy innym rodakiem, podkręcana przez media. Czy interesowalibyśmy się odkryciem radu i polonu, gdyby tego dokonała nie Polka? Czy oglądalibyśmy taką dyscyplinę jak chód, gdyby nie miał w niej sukcesów Robert Korzeniowski? Sportowcy mają satysfakcję z tego, że pokonali innych i zarobili pieniądze, ale jaka to satysfakcja dla mnie? Taki dziwny mechanizm identyfikacji z grupą, z narodem, z ideą, co wyzwala określone zachowania, nie zawsze radosne.

Dawno temu trudno było zdobyć w sezonie miejscówkę na pociąg. Jazda z Warszawy do Zakopanego trwała tyle, co dziś, więc starano się za wszelką cenę zdobyć miejsce siedzące. Część bardziej przedsiębiorczych pasażerów jechała na początkową stację — Warszawa Wschodnia i jakoś (za łapówkę dla kolejarzy lub dzięki własnym kluczom) przedostawała się do zamkniętych wagonów, więc kiedy pociąg dojeżdżał do stacji Warszawa Śródmieście to większość miejsc w przedziałach była już zajęta. My, mniej operatywni, staraliśmy się znaleźć jakieś miejsce siedzące. Przechodziło się wzdłuż wagonu, a widząc, że niektóre przedziały są nie do końca zapełnione, pytaliśmy, czy są tam wolne miejsca.

I tu zaobserwowałem pewne zachowania: nawet jeśli były wolne miejsca to siedzący w przedziale kłamali mówiąc, że są zajęte, a osoby, które je zajęły, wyszły na chwilę. Chcieli mieć większą wygodę w przedziale. Wyobrażali sobie, że uda się to kłamstwo utrzymać mimo ogromnego tłoku – ludzi było bardzo dużo i w końcu zajmowano wszystkie miejsca w przedziałach, a część podróżnych spędzała podróż siedząc lub stojąc na korytarzach.

Jeśli ktoś wkroczył do takiego przedziału, na przykład deklarując, że jeśli ktoś wróci do przedziału, to mu ustąpi miejsca, to natychmiast przyjmował tę samą postawę i starał się zniechęcić następnych chętnych, mówiąc, że wszystko zajęte.

Człowiek przyjęty do stada, czy to będzie mała komórka, wydział czy firma, zaczyna egoistycznie bronić interesów tego stada i stara się zapewnić sobie wygodniejsze warunki. Okazuje się, że taka identyfikacja pod jakimkolwiek szyldem (tu: „Polska”) czasem nas mobilizuje do okazywania egoizmu i przesady.

* * *

Bismarck mawiał, że ludzie nie powinni widzieć jak się robi kiełbasę i politykę. Żyjemy w okresie, gdzie praktycznie nie można zachować tajemnicy i nawet ważne tajne dokumenty giną bądź dostają się do sieci. Wiele też dowiadujemy się o niejawnych działaniach polityków, często sami nas o nich informują. Mam jednak czasem wątpliwości, czy to, co oni robią można nazwać polityką.

Może ja coś innego rozumiem przez politykę. Zajrzałem do słownika i znalazłem cztery definicje:

1. działalność władz państwowych, zwłaszcza rządu,

2. działalność jakiejś grupy społecznej lub partii mająca na celu zdobycie i utrzymanie władzy państwowej; też: cele i zadania takiej działalności oraz metody realizacji takich zadań,

3. sposób działania osoby lub grupy osób kierujących jakąś instytucją lub organizacją,

4. zręczne i układne działanie w celu osiągnięcia określonych zamierzeń.

Żadna z definicji nie określa sposobu osiągania celów, a mogą to być metody drastyczne. Nie określa się też w tych definicjach celów polityki; chciałbym, aby cele polityki, jak też metody ich osiągania, były szlachetne. Do tego potrzeba światłych wyborców, którzy by się przysłuchiwali kandydatom na polityków, a potem kontrolowali ich działania, weryfikując obietnice z realizacją. Po owocach ich poznajemy. Zręczny polityk wyartykułuje dowolną tezę w zależności od sytuacji, a niestety wyborcy mają krótką pamięć i wystarczy im zaufanie do polityka, żeby łykać każdą jego wypowiedź.

Chciałbym przypomnieć taką prawdę elementarną: demokracja wymaga pewnego rozproszenia władzy. Nazywa się to uczenie mediatyzacją władzy. Tam, gdzie jeden ośrodek skupia tej władzy bardzo dużo i w bardzo różnych dziedzinach, a do Belwederu chodzą ludzie, żeby załatwiać sprawy w prasie, w bankach, w wojsku, w służbach specjalnych, to wtedy rzeczywiście demokracja jest zagrożona. I ona jest w Polsce zagrożona!

To była wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego sprzed około 30 lat.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\polityka 1.jpg

* * *

Rolnicy, którzy głosowali na PiS, protestują przeciwko projektowi ustawy o uboju rytualnym („piątka dla zwierząt”) i grożą swoim posłom konsekwencjami. Do biura poselskiego Macierewicza przynieśli taczkę z gnojem i głowę kapusty, która ma odpowiadać kapuścianej głowie posła.

C:\Users\Piotr\Pictures\Saved Pictures\Macierewicz 1.jpg

* * *

Kiedy dzieje się źle, ludzie zwracają się o pomoc do Siły Wyższej. Jednak na ogół Siła ta nie poprawia złej sytuacji, na przykład w przypadku wojny czy epidemii. Ciekawe dlaczego? Nikt jednak nie ma pretensji, bo „nieodgadnione są wyroki boskie”. Jeżeli dobry Bóg dopuszcza istnienie zła, to ma w tym jakieś swoje dobre zamiary. Ludzie modlą się o zablokowanie epidemii, ale nie są zbyt rozczarowani brakiem skutku swoich modłów.

Na ogół kapłani tłumaczą, że zło spotyka nas za nasze grzechy. Taka metoda wychowania jak u surowego ojca. Ale jakiego zła dopuściły się dzieci, które rodzą się już kalekie i cierpią całe życie? Jakiego zła dopuścił się zając, że musi stale być czujny, oczekując napadu lisa, i miliardy innych stworzeń, które się wzajemnie zjadają? Jakiego zła dopuścił się wierny Hiob, że zabito mu rodzinę i spadły na niego liczne plagi? Przyjęto pewną tezę dotyczącą natury Boga i nagina się tłumaczenie faktów tak, aby pasowały do tej tezy.

Człowiek przekonał się o swoich mocach twórczych i trudno pojąć, dlaczego mając nieograniczone moce i dobre intencje nie ruguje się zła i cierpienia. Sama empatia skłania nas często do pomocy innym. Dlaczego fakty nie skłaniają nas do skorygowania naszych wyobrażeń o Sile Wyższej?

Już cytowałem słowa Buddy, do którego zwrócili się słuchacze, prosząc o radę, jak traktować nauki różnych nauczycieli:

Nie wierzcie jedynie dlatego, że pokazano wam pisane świadectwo jakiegoś starożytnego mędrca i nie dawajcie wiary jedynie na podstawie autorytetu waszych nauczycieli czy kapłanów. Powinniście zaakceptować jako prawdę i jako drogowskaz w waszym życiu to, co zgadza się z waszym własnym rozsądkiem i waszym własnym doświadczeniem, po dogłębnym zbadaniu; i to, co jest pomocne tak dla waszego dobra, jak i dla dobra innych żyjących istot.

Niestety, u nas narzuca się wszystkim opinie hierarchów Kościoła katolickiego i wymaga się, żeby prawo opierało się na tych opiniach. Gdyby Jezus pojawił się teraz w Polsce, oczekiwano by że zarządzi restrykcje wobec tych, którzy nie przestrzegają jego nauk. Dziwne, że jeszcze nie wpisano Biblii do konstytucji. Zapewne dlatego, że hierarchowie jeszcze nie uzgodnili odpowiedniej korekty nauk Jezusa.

Przypomnę raz jeszcze słowa Baracka Obamy:

Niezależnie od tego, czego pragniemy, nie jesteśmy już narodem chrześcijańskim, a przynajmniej nie tylko. Jesteśmy także narodem żydowskim, buddyjskim, muzułmańskim, narodem hindusów i niewierzących.

Ale nawet gdybyśmy mieli wśród nas tylko chrześcijan, gdybyśmy wygnali wszystkich niechrześcijan ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, czyjego chrześcijaństwa byśmy uczyli w szkołach? Które fragmenty Pisma Świętego miałyby stać się doktryną państwową? Czy mamy iść za Księgą Kapłańską, która mówi, że niewolnictwo jest OK? A jedzenie skorupiaków jest ohydą? Czy może za Księgą Powtórzonego Prawa, która nakazuje ukamienowanie twojego dziecka, jeśli odejdzie od wiary? Czy też mamy się trzymać Kazania na Górze, które jest tak radykalne, że nasze Ministerstwo Obrony nie przetrwałoby jego stosowania?

Demokracja wymaga, aby ludzie motywowani religijnie przedkładali dążenia uniwersalne, nie zaś swoje religijne wartości. A rozumiem przez to, że ich propozycje muszą być uzasadnione przy pomocy argumentów, które podlegają rozumowi. Mogę być niechętny aborcji z rozmaitych powodów, gdybym jednak chciał wprowadzić prawo zakazujące takich praktyk, nie mogę po prostu wskazać na nauczanie mojego Kościoła ani powołać się na wolę Bożą. Muszę wyjaśnić, dlaczego aborcja narusza zasadę dostępną dla ludzi wszystkich wyznań, włącznie z tymi, którzy nie wyznają żadnej wiary. To byłoby trudne dla kogoś, kto wierzy w nieomylność Biblii, jak to robi wielu ewangelików.

W pluralistycznym społeczeństwie nie mamy wyboru. Polityka zależy od naszych zdolności przekonania się wzajemnie do wspólnych celów opartych o wspólną rzeczywistość.

Wymaga to kompromisu, a na pewnym podstawowym poziomie religia nie pozwala na kompromis. Jest sztuką tego, co niemożliwe. Jeśli Bóg przemówił, to wierni mają wypełniać jego nakazy niezależnie od konsekwencji. Oparcie własnego życia na takich bezkompromisowych zobowiązaniach może być wspaniałe, ale opieranie naszej polityki na takich zobowiązaniach byłoby niebezpieczne. Jeśli wątpicie w to, pozwólcie mi dać przykład. Wszyscy znamy historię Abrahama i Izaaka. Bóg rozkazał Abrahamowi, żeby złożył w ofierze swego jedynego syna. Bez sprzeciwu zabiera on Izaaka na szczyt góry, przywiązuje do ołtarza, podnosi nóż, jest gotów do ciosu. Tak jak rozkazał Bóg. Wiemy, że wszystko skończyło się dobrze. Bóg zesłał anioła, by go zatrzymać w ostatniej minucie. Abraham zdał egzamin oddania.

Gdyby jednak ktokolwiek z nas zobaczył Abrahama ze wzniesionym nożem nad małym chłopcem, bez wahania wezwałby policję. Spodziewalibyśmy się też, że państwo pozbawi Abrahama praw rodzicielskich. Zrobilibyśmy tak, bo nie słyszymy tego, co słyszy Abraham i nie widzimy tego, co on widzi. Najlepsze więc, co możemy zrobić, to działać zgodnie z tym co wszyscy widzimy. Zgodnie ze wspólnym prawem i zdrowym rozsądkiem.

Mamy więc pracę do wykonania. Mam nadzieję, że możemy zbudować most i przezwyciężyć uprzedzenia, które każdy z nas wnosi do tej debaty. Wierzę, że miliony wierzących Amerykanów pragną, by tak się stało. Niezależnie od tego, czy ludzie są lub nie są religijni, nie chcą oni by religia była wykorzystywana jako narzędzie ataku. Nie chcą by religia służyła do deprecjonowania lub dzielenia ludzi, bo ostatecznie nie o to chodzi w naszej wierze.

PIRS

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com