Zbigniew Szczypiński: Odpowiadając na wezwanie8 min czytania

()

04.11.2020

Mimo że czas jest gorący od wydarzeń i w kraju i za oceanem (tam będzie jeszcze bardziej gorąco niż u nas) — spróbuję sprostać wyzwaniu, jakie postawił przede mną jeden z autorów tej strony.

Kilkanaście dni temu zamieściłem tu krótki komunikat o wydanej przez Stowarzyszenie Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej dużej (formatem i objętością) książki „Stocznia, jaką pamiętamy – wspomnienia stoczniowców”. Książka jest pokłosiem konkursu na pamiętniki stoczniowców, jaki ogłosiłem w 2019 roku.

Wyzwaniem jest wpis pod tym komunikatem, jaki przeczytałem. Było to wezwanie do napisania osobistej oceny czasów, w których przyszło mi żyć, czasów PRL. Wyzwanie to sprowadza się do tego bym zmierzył się z okresem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, z PRL-em mówiąc krótko, mimo że, przypominam, przez pierwsze lata po zakończeniu wojny Polska tak się nie nazywała.

No to spróbujmy – wiem, że mam zapewnionego przynajmniej jednego czytelnika, pana Tadeusza Kwiatkowskiego, autora tego wyzwania. I to jest wystarczająca motywacja.

Tak, to prawda: jako urodzony na trzy tygodnie przed wybuchem największej (jak dotąd) wojny 1939-1945 większość życia przeżyłem w tamtych — jak to się teraz mówi — czasach słusznie minionych. Takie jest następstwo daty urodzenia, nie ja wybierałem i czas, i miejsce przyjścia na świat.

To ważne – człowiek rodzi się w miejscu i czasie całkowicie niezależnym od jego woli. Muszę to powiedzieć, bo są instytucje, są ludzie, ważni ludzie w strukturach władzy, którzy mówią o tym bez sensu. Formułują sądy jakoby to, że ktoś urodził się, wykształcił i pracował w czasach, do których możemy mieć wiele zastrzeżeń, było jego winą. Nie to, co robił, ale to, że żył w tych czasach jest już wystarczającym powodem, by formułować najbardziej absurdalne zarzuty i oskarżenia.

Pan Tadeusz Kwiatkowski wzywa mnie bym tym, co napiszę wsadził kij w kaprawe oczko IPN. To dobrze powiedziane, ale to, co powiem nie jest motywowane takim celem.

IPN powstał, pamiętamy, kiedy i z jakich motywacji. Zło przyszło później. Każdą instytucję można przekształcić, gdy ma się władze i pieniądze, a gdy ma się jeszcze chore myślenie o przeszłości i potrzebę rewolucyjnej zmiany historii, myślenia o niej, budowania przyszłości na podstawie ukształtowanej przez siebie polityki historycznej – no to jesteśmy w domu, mamy IPN w obecnym kształcie i działaniu.

Wróćmy jednak do sprawy zasadniczej, oceny tamtych lat.

Polska powstała po drugiej wojnie w wyniku decyzji mocarstw, które ją wygrały. Polska nie była w tym gronie, nie była mocarstwem, mimo że żołnierze polscy walczyli na wszystkich frontach drugiej wojny światowej.

Decyzją mocarstw uzyskaliśmy państwo w nowych granicach (według mnie lepszych niż te sprzed 1939 roku), z ponad 500-kilometrowym dostępem do morza, z miastami takimi jak Wrocław, Szczecin, ale bez Lwowa i Wilna. Polska stała się krajem etnicznie jednorodnym. Mniejszości narodowe, tak liczne przed wojną, praktycznie przestały być widoczne.

Jako państwo zostaliśmy uznani przez wszystkie organizacje międzynarodowe i rządy. Przez pierwszych kilka lat 1945-1947 trwał proces wykuwania się nowego, ale dla wszystkich, dla całego świata, było jasne, że Polska jest wpisana w strefę dominacji ZSRR. Tak to zostało ustalone w Jałcie i Poczdamie, tak zdecydowali zwycięzcy. Nas nikt nie pytał.

Po trzyletnim okresie małej wojny domowej (zginęli tam, walcząc o powrót RP na kresy, o polski Lwów i Wilno moi wujkowie, co nie posłuchali rozkazu dowództwa AK i poszli do lasu) po zjednoczeniu (czytaj eliminacji Polskiej Partii Socjalistycznej przez Polską Partię Robotniczą) rozpoczął się czas budowy socjalizmu. To dyskusyjne, ale bezsporne jest to, że rozpoczęły się wielkie procesy społecznej i kulturowej transformacji. Od likwidacji analfabetyzmu, poprzez wielką migrację ze wsi do miast, industrializację kraju, budowę nowych gałęzi przemysłu, na przykład przemysłu stoczniowego, procesy urbanizacji poczynając od wielkich programów odbudowy polskich miast ze zniszczeń wojennych (na przykład Warszawy i akcji — cały naród buduje swoją stolicę), zagospodarowanie Ziem Zachodnich (było takie pojęcie, było nawet takie ministerstwo na czele z Gomułką) — mogę tak długo.

To było przypomnienie uwarunkowań politycznych i działań strukturalnych, poza jednostką, nawet poza grupą społeczną. Do oceny tych działań potrzebna jest aparatura naukowa, wyniki wielu badań.

Są takie badania, są takie wyniki.

Ich interpretacja zależy jednak od nastawienia, od zbiorczej oceny tamtych czasów. Ktoś, kto wychodzi z założenia, że okupację niemiecką zastąpiła okupacja sowiecka — nie przyjmie żadnego z argumentów polskiej socjologii opisującej te wielkie procesy zmian społecznych i ich skutków. Dla takich ludzi każdy, kto brał w tym udział jest zdrajcą i zasługuje na karę. Za sam fakt życia i pracy w tamtych czasach.

Tak mogą myśleć tylko ludzie chorzy, ich miejsce jest nie w rządzie a w klinice psychiatrycznej.

Pan Tadeusz Kwiatkowski oczekuje ode mnie opisu mojego życia, moich refleksji związanych z tamtym czasem. To proste – poszedłem do szkoły w mojej Gdyni, mieście, w którym się urodziłem; Gdyni, która była miastem szczególnym, miastem z morza i marzeń ludzi Drugiej Rzeczypospolitej. Szkoła podstawowa, z religią, z której w piątej klasie zrezygnowałem, liceum ogólnokształcące i matura w roku politycznego przesilenia. Pamiętam, że prowadziłem wielki wiec na Sali – auli naszego liceum jako przewodniczący szkolnego samorządu, pamiętam też atmosferę tamtych dni, małość funkcyjnych – dyrektora naszego liceum i różne zachowania różnych nauczycieli. To było dla mnie ważne – bycie na podium, rządzenie zgromadzeniem – tak mi to zostało na potem.

Dobrze oceniam poziom swojej edukacji i ludzi, którzy mnie uczyli. Większość to byli nauczyciele sprzed wojny, ukształtowani w innym państwie. Robili swoje – uczyli, a nie indoktrynowali.

Czy można pominąć takie fenomeny tamtych lat jak kultura, ta wysoka, ale i kabaret? Polska szkoła filmowa, kino moralnego niepokoju, a nie niemoralnej konsumpcji jak mamy to teraz, w wolnej podobno Polsce, sztuka kabaretu z mistrzami tej sztuki, teatr telewizji w państwowej telewizji i dwóch jej programach, polską literaturę i pisarzy. Czy można o tym zapomnieć i wrzucić wszystko do jednego worka zniewolonego kraju pod dyktatem Moskwy ?

Odpowiadam – można, jeżeli jest się chorym człowiekiem, szaleńcem, który dorwał się do władzy, jak ma to obecnie miejsce.

Studia odbyłem na Uniwersytecie Warszawskim, dostałem miejsce w akademiku (słynny akademik na Kickiego, na Grochowie), wyżywienie w uniwersyteckich stołówkach i stypendium pieniężne. Wszystko to w ramach polityki państwa, która stawiała na wzrost udziału ludzi z wyższym wykształceniem.

Egzamin wstępny był ostry – to był pierwszy rok po otwarciu studiów socjologicznych po wielu latach, gdy ich nie było, socjologia jako nauka burżuazyjna znalazła się poza programem studiów uniwersyteckich. Profesor Ossowski, mój profesor, był w tamtych latach bibliotekarzem – to dla mnie ważne, bo i mnie w latach stanu wojennego zdarzyło się mieć „lipne” zatrudnienie jako młodszy bibliotekarz w czytelni naukowej na gdańskim Przymorzu.

Na studiach uczyli mnie, jak to dla władzy się później okazało, sami rewizjoniści: Leszek Kołakowski, Zygmunt Bauman, Klemens Szaniawski, Stanisław i Maria Ossowscy, Julian Hochfeld i wielu, wielu innych „rewizjonistów” syjonistów itp., itd…

W 1963 jako jeden z pierwszych uzyskałem dyplom ukończenia studiów (z oceną bardzo dobry zarówno z pracy magisterskiej, jak i egzaminu końcowego) i z przyczyn życiowych nie zostałem na uniwersytecie, gdzie miałem takie propozycje, a podjąłem pracę w Stoczni Gdańskiej. I tak aż do roku 1981, do grudnia tego roku, kiedy decyzją członka WRON zostałem wyrzucony ze stoczni, by rozpocząć blisko siedmioletni okres pracy jako rzemieślnik (trułem karaluchy i mrówki faraona), pracowałem jako malarz pokojowy (malowałem mieszkania, ale tylko na biało), byłem robotnikiem leśnym, pracowałem w rezerwie robotników portowych w porcie w Gdyni. I tak aż do 1988, gdy władza pozwoliła na zatrudnienie mnie jako starszego wykładowcy na Wydziale Nauk Społecznych UG.

Potem Zarząd Regionu Solidarności w Gdańsku, poseł na sejm II kadencji w klubie Unii Pracy, Gdańska Stocznia Remontowa, gdzie byłem dyrektorem pracy itp., itd.

Jestem od wielu już lat na emeryturze, ale tak mnie „wpiekla” to, co się w Polsce dzieje, że gdyby nie słabość ciała, bo nie ducha, to jeszcze raz robiłbym rewolucję.

Ale ona się zrobi, zrobią ją młodzi. Może to jeszcze zobaczę.

Panie Tadeuszu – ma pan trafną intuicję – PRL to było polskie państwo, innego być nie mogło, miało swoje wady, ale i zalety. Ja go nie wspominam źle, mimo że dało mi popalić. To była gra, my chcieliśmy obalić system a on się bronił. Ja to rozumiem i nie mam pretensji za te lata moich różnorodnych prac, z których żadna nie miała nic wspólnego z socjologią.

A może miała i to nawet dużo ?

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

4 komentarze

  1. Tadeusz Kwiatkowski 04.11.2020
  2. asc 04.11.2020
  3. Anna Strzałkowska 05.11.2020
  4. slawek 05.11.2020