Arkadiusz Głuszek: Polska – miniaturą amerykańskiego Południa, ale w innym czasie

10.11.2020

Z ulgą wracamy na ścieżkę racjonalizmu. Posługując się słowami Kamali Harris z jej sobotniego przemówienia – większość wybrała powrót nadziei, jedności, przyzwoitości, nauki i prawdy. Radość jest wielka, ale też wielkie jest rozczarowanie i złość drugiej strony.

Głosy są jeszcze liczone. Z grubsza wiadomo, że na Donalda Trumpa zagłosowało nieco ponad 71 mln wyborców, o 8 mln więcej niż w 2016 roku. To pokazuje skalę mobilizacji i tak już wcześniej hiperaktywnego elektoratu Trumpa. Mobilizacja była też po drugiej stronie – Joseph Biden Jr otrzymał prawie 10 mln głosów więcej niż Hilary Clinton 4 lata wcześniej. Jak piszą komentatorzy – tutaj mocno uaktywnił się elektorat wśród mniejszości etnicznych, uśpionych 4 lata wcześniej.

Pośród przeciwników urzędującego prezydenta dominowały uczucia złości na styl i charakter Donalda Trumpa. Nie ukrywali oni poczucia wstydu wobec świata. Ludzie dali wyraz swoim emocjom natychmiast po uruchomieniu systemu głosowania korespondencyjnego. Opowiadano mi o 104-letniej staruszce mieszkającej w moim okręgu wyborczym, która idąc o własnych siłach, podpierając się laską, pojawiła się w punkcie przyjmującym pakiety wyborcze. „Trzeba usunąć ten radioactive turd” oświadczyła zgromadzonym ludziom wywołując tym salwę śmiechu. Trzeba przy tym pamiętać, że emocje często przysłaniały przykry fakt, że ludzie głosujący przeciw Trumpowi niekoniecznie podzielają poglądy Demokratów. Podobnie nie wolno zapominać, że wiele osób głosowało na Trumpa nie dlatego, że cenili jego walory intelektualne i przywódcze (niektórzy z nich wręcz nazywali go błaznem), ale dlatego, że nie chcieli głosować na Demokratę.

Rzut oka na mapę preferencji wyborczych pokazuje w oczywisty sposób, że na Bidena głosowały miasta. Nawet w najbardziej konserwatywnych stanach w dużych miastach wygrali Demokraci i to ze znaczną przewagą. To też tłumaczy prawdopodobne zwycięstwo Bidena w Georgii, stanie, który jest dość typowym, konserwatywnym stanem Południa. W stolicy tego stanu Atlancie i na bliskich przedmieściach mieszka 57% całej ludności. Ogólnie ¾ całej populacji Georgii mieszka w średnich i dużych miastach.

Z kolei Trump miał mocne poparcie zdecydowanej większości mieszkańców obszarów wiejskich w całym kraju, nawet w progresywnych stanach zachodniego i wschodniego wybrzeża. Już pobieżna analiza exit polls i mapy przesunięcia się sympatii wyborczych w stosunku do 2016 roku wybija na pierwszy plan pewien obszar, który znany jest w Ameryce jako Bible Belt. To region na południe od rzeki Ohio, który z grubsza pokrywa się z obszarem amerykańskiego Południa. Bible Belt to region panowania głębokiej religijności, dziedzictwo przegranej Wojny Secesyjnej. To tzw. prywatna religijność, która podporządkowuje Bogu życie i myślenie o świecie. Większość mieszkańców Bible Belt czynnie uczestniczy w życiu swoich ewangelickich kościołów, pracuje dla nich i udziela się społecznie w ich obrębie. Sposób myślenia tych ludzi jest całkowicie zdominowany treściami Starego Testamentu. Ich świat jest miejscem rozkwitu rozmaitych teorii spiskowych, jest zamieszkały przez duchy i pozostaje niechętny nauce i racjonalnemu myśleniu.

Ale myliłby się ktoś, uważając, że to muszą być niewykształceni ludzie. Osobiście znam lekarzy i nauczycieli, którzy są typowymi przedstawicielami tego środowiska.

Trump oparł na tej grupie swoją polityczną karierę. W czasie swojej 4-letniej kadencji załatwił wiele ważnych spraw dla kościołów. Rozszerzył tak zwane wolności religijne, czyli zmniejszył istniejące ograniczenia w zakresie podatków, darowizn na rzecz partii politycznych, manifestowania religijności w szkołach publicznych. Nie są nowością próby wprowadzenia nauczania kreacjonizmu do szkół publicznych. Orężem w rękach silnych organizacji chrześcijańskich i pro-life są wartości. Oczywiście ich wartości, a nie wartości uniwersalne. Kościoły walczą o wprowadzenie katechezy do szkół publicznych i kto wie, do czego by doszło, gdyby Trump wygrał te wybory.

Kampania wyborcza zagościła w kościołach ewangelickich i na portalach społecznościowych. Pastorzy bardzo aktywnie tłumaczyli wiernym na portalach społecznościowych (w kościołach zachowywano neutralność), że nawet jeśli nie podoba im się charakter i osobowość Trumpa (w istocie przeczą one wartościom chrześcijańskim wyznawanym przez wiernych tych kościołów), to należy na niego głosować, ponieważ jego kontrkandydat zezwoli na dopuszczalność aborcji. W efekcie zwiększyło się poparcie dla kandydatury Trumpa. Widać to wyraźnie na mapie przesunięcia sympatii wyborczych w stosunku do poprzednich wyborów. Ciekawostką jest tłumaczenie tych samych pastorów wyniku wyborów – Bóg tak chciał. Ale już bez dalszych szczegółów.

Taki sam efekt zwiększonego poparcia dla Trumpa uwidocznił się w stanie Utah, który leży na Zachodzie, daleko od Bible Belt. Utah to stan założony przez społeczność Mormonów i stanowiący bazę ich kościoła.

Konserwatyzm mieszkańców Południa uwidacznia się też w bardziej mrocznej postaci. Wyższości białej rasy i przekonaniu, że grozi im eksterminacja. Z psychologicznego punktu widzenia to zrozumiała reakcja. Te społeczności niosą w swojej świadomości obraz świata z okresu segregacji rasowej i polityczno-ekonomicznej dominacji Białych. Rzeczywisty świat się zmienia i oni nie są w stanie zaakceptować szybko malejącej roli White Anglo–Saxon Protestants. W sieci roi się od rozmaitych nieformalnych grup gromadzących się pod szyldami nacjonalizmu, białej supremacji, faszyzmu, apartheidu, militarystów, miłośników broni palnej, myśliwych i innych podobnych. Groźne są organizacje uzbrojonych po zęby ekstremistów tworzone przez tych ludzi. FBI infiltrowało te środowiska aż do niedawna, kiedy urzędujący prezydent Trump uznał, że potrzebuje ich poparcia i zaczął ich publicznie bronić.

Nieco szokującym aspektem przekonań wyborców Trumpa jest indywidualizm. Nie sam indywidualizm jako taki, ale jego praktyczne konsekwencje w amerykańskich realiach. To na pierwszy rzut oka pozytywne wartości – przedsiębiorczość, etyka ciężkiej pracy i kult rodziny. Jest też druga strona medalu. Indywidualizm sprzeciwia się tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego. Wielokrotnie w dyskusjach z tymi ludźmi słyszę jedno i to samo – „nie zamierzam płacić za zdrowie i wykształcenie cudzych dzieci”. Chodzi tutaj o decyzje co ma być finansowane z podatków. Czasem też słyszę, że opieka medyczna, czy edukacja nie należą do sfery praw człowieka (Human Rights). To oznacza fundamentalny brak zgody na wprowadzenie systemu powszechnej opieki zdrowotnej. Oznacza to kategoryczny brak zgody na wprowadzenie bezpłatnych studiów dla każdego zdolnego dziecka. To w konsekwencji brak zgody na tworzenie społeczeństwa obywatelskiego. Politycznym wyrazem tego rodzaju przekonań jest idea libertariańska. Libertariańscy kandydaci na kongresmanów walczą w kampaniach wyborczych wybijając na pierwszy plan hasła gospodarcze. I to jest bardzo dobrze przyjmowane przez wyborców, nawet tych wykształconych, którzy mają skłonność do myślenia zero-jedynkowego, na przykład informatyków. To pokazuje skalę problemów, z jakimi muszą się mierzyć kolejni prezydenci realizujący program unowocześnienia kraju i postępu.

Nie dziwmy się zatem zalewowi hollywoodzkich produkcji, które uporczywie od kilkudziesięciu lat pokazują i jak mantrę powtarzają jak wspaniały jest team work i jakim wspaniałym społeczeństwem jest to amerykańskie – zjednoczone, razem pracujące i działające. Obraz amerykańskich chłopców i dziewcząt spontanicznie działających wspólnie i dzięki temu odnoszących wspaniałe rezultaty wyedukował połowę świata, ale nie amerykańskie Południe. Na Południu kultowym pozostaje „The Birth of a Nation”, pierwotnie zatytułowany „The Clansman”, film kina niemego z 1915 roku. To swoisty symbol południowej tożsamości.

Donald Trump i Partia Republikańska w swoich kampaniach wyborczych zrobili wszystko, żeby obrzydzić ludziom idee socjalizmu. Trump posunął się nawet do nazwania senatora Sandersa komunistą. To znane też ludziom w Europie Wschodniej przekleństwo. Socjalizm został w sferze propagandowej jednoznacznie powiązany z Wenezuelą. Ani słowa o Europie Zachodniej, która za to została naznaczona wyuzdaniem i bezbożnością. Wyborcy z Południa wiedzą już, że po przegranej Trumpa czeka ich Armagedon. Socjalizm, bieda, bezprawie, sataniści u bram.

Jest jeszcze jedna rzecz, nad którą Trump i jego zwolennicy ciężko pracowali przez ostatnie 4 lata. Wspaniale zmobilizowali kobiety i mniejszości do uaktywnienia się w sferze publicznej. Już wybory midterm do Kongresu w 2018 roku przyniosły pierwszą falę nowych aktywistek. Obecne wybory (wybierano nie tylko prezydenta) sprawiły, że jedna czwarta senatorów i reprezentantów to kobiety. Kamala Harris, córka imigrantów, czarnego Jamajczyka i Hinduski została pierwszą wiceprezydentką w historii USA. Do tego po raz pierwszy czarna polityczka wygrała nominację w Missouri, stanie Południa, a w Nowym Meksyku żadna nowo wybrana posłanka nie jest biała.

Senatorem została Sarah McBride, znana działaczka na rzecz praw mniejszości LGBTQ i pierwsza transpłciowa senator. Ale żeby nie było tak nowocześnie wybrano też Republikankę – Marjorie Taylor Greene – głosicielkę spiskowej teorii QAnon, która głosi, że rządząca światem grupa kabalistyczna karmi się specjalną substancją wysysaną z dzieci. Zwolennicy QAnon byli widywani na wiecach poparcia Trumpa.

Do wyborów 2020 roku w Stanach Zjednoczonych poszło więcej kobiet niż mężczyzn. Znacząca większość z nich zagłosowała na Bidena.

Demokracja!

Arkadiusz Głuszek

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com