17.12.2020

Wszystko wskazuje, że kolejny dostojnik katolicki pożegna się z zaszczytami. Na razie oddał się do dyspozycji papieża, co może oznaczać właśnie początek procedury odwoławczej.
A wszystko zaczęło się od nagłośnionego ostatnio utajnienia wyników procesu księdza oskarżonego o pedofilię. Okazało się, że był dobrym znajomym kardynała Rainera Marii Woelkiego z Kolonii, który uznał, że ujawnienie wyników śledztwa może zaszkodzić przyjacielowi, już wtedy ciężko schorowanemu. Co ciekawe firma, której sam Woelki zlecił przeprowadzenie śledztwa nie zgodziła się na usunięcie niewygodnych dla kardynała elementów i dlatego zlecił nowe śledztwo, którego wyniki mają być opublikowane dopiero w marcu 2021 roku. To właśnie te manipulacje wywołują najwięcej emocji.
Co ciekawe firma, której sam Woelki zlecił przeprowadzenie śledztwa nie zgodziła się na usunięcie niewygodnych dla kardynała elementów i dlatego zlecił on nowe śledztwo, którego wyniki mają być opublikowane dopiero w marcu 2021 roku. To właśnie te manipulacje wywołują najwięcej emocji.
Nie wszyscy mają zrozumienie do tych „przyjacielskich odruchów” hierarchy. Jego kolega z Monachium, również kardynał zresztą Reinhard Marx uznał utajnienie tych materiałów za mające wymiar wstrząsający i szkodliwy dla całego kościoła niemieckiego, który może utracić resztki wiarygodności.
W świetle takich zachowań jak kardynała Kolonii trudno przekonać opinię publiczną, że Kościołowi zależy na dobru ofiar. Warto dodać, że Woelki jest blisko związany z fundamentalistyczną organizacją Opus Dei, na której uniwersytecie w Rzymie zrobił doktorat. Kardynałem mianował go w 2012 roku Benedykt XVI, zaś Franciszek mianował go biskupem Kolonii gdzie przeniósł go w 2014 roku z Berlina.
Sam kardynał Marx planuje opublikowanie pełnego raportu sporządzonego przez tę samą firmę, która zajmowała się przypadkiem księdza Johannesa O. który zmarł w 2017 roku. Co ciekawe, przypadek tego pedofila w sutannie był już znany poprzednikowi Woelkiego, również kardynałowi Meissnerowi, który miał obowiązek powiadomić o tej sprawie Watykan. Jednak tego nie zrobił, sprawa w 2014 roku została przekazana Woelkiemu, który również „zapomniał” to zrobić. Co więcej, w świetle obowiązującego od 2001 roku prawa kościelnego, przypadek powinien być zgłoszony do Watykanu, czego nie zrobiono. W tym wypadku w grę wchodzi też reputacja papieża Franciszka, który od początku swego pontyfikatu głosi zero tolerancji dla pedofilów w sutannach i dla tuszujących ich przestępczą działalność przełożonych.
Trudno się dziwić, że dla kardynała Marxa to wielki problem, bo właśnie zero tolerancji dla pedofilii, podobnie jak dla papieża Franciszka, stało się jego priorytetem. Zaś jego teza, że „System kościelny jako całość stał się winny” znajduje kolejne potwierdzenie.
Może to przypadek, ale zarówno kardynał Woelki, jak i jego poprzednik kardynał Meissner to twarze niemieckiego konserwatyzmu katolickiego i moralnego rygoryzmu. Jak widać, konserwatyzm i rygoryzm moralny odnosi się przede wszystkim do świeckich, zaś wobec „kasty czystych” stosuje się znacznie łagodniejsze normy.
Jak na razie Watykan nie podjął żadnej decyzji.


W zasadzie wierni mają teraz Kościół latających głów. Być może trofeum w postaci kardynalskiej odmieni kondycję instytucji, która permanentnie zawodzi. Na pewno będzie sygnałem ostrzegawczym dla innych, pełnych politycznych ambicji. Zastanawia, czy takie trofeum może być postrzegane jako wyraz instytucjonalnej słabości? Nie chodzi wszak o to, że papież może i potrafi, gdy go do tego sytuacja przymusi, lecz o to, że w ogóle rozważa stosowanie tego typu środków. Zdanie ludzi spoza Kościoła, np. takich jak ja, o ile pozostają w mniejszości, a tak jest m.in. w Polsce, w zasadzie się nie liczy. Jedynie świeccy bywalcy kościołów mogą wywierać istotnie znaczącą presję. Lecąca kardynalska głowa ma im utkwić w głowach, jako przykład administracyjnej stanowczości. Jednak stanowczość, a skuteczność, to dwie różne sprawy. Wydaje się, iż właśnie świadomość tego faktu leżała u podstaw decyzji o tuszowaniu seksualnych przestępstw. Częścią tradycji Kościoła, jego instytucjonalnego DNA, jest przywiązanie do symboliki i bezwzględne posłuszeństwo wobec przełożonych. Zatem: To, że ksiądz zgrzeszył… no zgrzeszył. A kto nie ma pokus? Rzecz nie w tym, iżby głowy wysokich funkcjonariuszy fruwały, lecz by kuśki mogły hulać na swobodzie, redukując ryzyko rozładowywania pokus w sposób przestępczy, dewastujący psychikę ofiar. Kiedyż papież, kardynałowie i reszta urzędników zaprzestaną gry w latające głowy i odważą się na naprawdę dalekie loty? Celibat ma w założeniu uspokajać, sprzyjać koncentracji na duchowym samodoskonaleniu, bez ryzyka rozpraszania emocjami towarzyszącymi afektom. Skoro to nie działa i tak naprawdę nigdy w Kościele nie działało, to cóż po kardynalskiej głowie? Nie ta, to inna, a problem jak był, tak pozostaje nierozwiązany i to z mojej perspektywy niewiernego jasno ukazuje istotę instytucjonalnego zwyrodnienia. Kościół to odporna na dekapitacje Hydra. To, że kardynalska głowa poleci… no, może poleci. A mało to ich Kościół dotąd naścinał?
Nie jestem obrończynią celibatu, jednak nie zgadzam się z przyczynowym łączeniem go (podobnie jak i orientacji homoseksualnej) z pedofilią. Żonaci (zdemoralizowani lub chorzy) mężczyźni też dopuszczają się takich lubieżnych czynow, bywa nawet, że na własnych dzieciach. O kobietach/matkach mniej się słyszy, ale nawet wsród nich zdarzają się takie przypadki.
W Kościele katolickim tzw. śluby czystości to wymóg obligatoryjny. Proszę zwrócić uwagę: czystości. Aktywność seksualna jest źródłem nieczystości, brudu w sensie moralnym. Nie wiem czy istnieje bezpośredni związek pomiędzy tłumieniem potrzeb seksualnych, ich wyparciem, orientacją seksualną i pedofilią. Zgadzam się, że stawianie znaku równości pomiędzy pedofilią, a homoseksualizmem to absurd. Rozmaite statystyki sugerują raczej, iż większości czynów pedofilskich dopuszczają się ludzie (jednak zdecydowanie częściej mężczyźni) o orientacji heteroseksualnej. Skoro odsetek osób o zdecydowanych preferencjach homoseksualnych to, według rozmaitych szacunków, 5-12 proc. populacji, to nie powinno dziwić, że wśród pedofilów również więcej jest heteroseksualistów.
Mnie chodzi o coś innego. Rygoryzm moralny, przedstawiający seks jako źródło grzechu jest czynnikiem wysoce stresogennym. Nie jest przecież tak, że osoby dążące do uzyskania tzw. święceń, to wyłącznie dojrzali, stabilni emocjonalnie, bogaci doświadczeniem. Po pierwsze, często to ludzie bardzo młodzi, którzy nie mieli okazji ćwiczyć na poligonie życia. Po drugie, badania, również te przeprowadzane na zlecenie Watykanu, wskazują raczej, iż Kościół, jako instytucja wybitnie autorytarna, przyciąga osobników o skłonnościach sadomasochistycznych. Podkreślam: skłonnościach. Nie oznacza to, że osoba taka na pewno będzie krzywdzić siebie lub innych, natomiast atmosfera grzechu, poczucia winy i permanentnej inwigilacji z pewnością nie sprzyja zachowaniu równowagi psychicznej, budowaniu pozytywnego wizerunku siebie i ludzi ze swego otoczenia. Cielesność jest w Kościele przedstawiana jako problem, zagrożenie, strefa mroku – tam czai się Zły. Gdyby celibat był indywidualną kwestią uznaniową, to sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej. Przestępstwa pedofilskie dotyczą Kościoła w skali globalnej, a zatem ludzi pochodzących nie tylko z rozmaitych środowisk, ale i kultur. Podsumowując, coś chyba jest na rzeczy. Można się spierać, czy celibat i skłonności pedofilskie wykazują silną czy słabą korelację, ale wydaje się, iż jakiś związek jednak istnieje. A że świeccy również dopuszczają się tego typu czynów, to inna sprawa. Zapewne warunki sprzyjające rozwojowi zboczeń (zboczeń, nie dewiacji) występują niezależnie od charakteru organizacyjnego zbiorowości. Proszę zwrócić uwagę, że istnieją środowiska świeckie, powtarzające pewne schematy organizacji kościelnej (lub odwrotnie), np. właśnie tabuizację cielesności, ze szczególnym uwzględnieniem sfery intymnej. Zatem występowanie podobnych patologii może mieć te same źródła, tylko np. celibat podnosi ogólny poziom frustracji, bo jest wymogiem narzuconym odgórnie, jednocześnie definiującym przynależność do grupy.
Też nie jestem żadnym przeciwnikiem celibatu. Jeżeli ktoś czuje, że rezygnacja z rozładowania popędu płciowego jest warunkiem absolutnie koniecznym dla osiągnięcia wyższego poziomu samorealizacji, to czemu nie. Natomiast celibat w Kościele katolickim, ma jednak charakter opresyjny, traktowany jako narzędzie kontroli przełożonych nad podwładnymi, czyli bez owijania w bawełnę, realizuje ogólny schemat gry w pana i niewolnika, a to już zabawa o charakterze jednoznacznie seksualnym. Dzieci są po prostu łatwiejszym celem, zarówno gdy idzie o dostępność (mnogość okazji), jak i skuteczność mechanizmów obronnych.
Dopowiedzeniem może być rozmowa z Thomasem Doyle: https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26619125,moze-jan-pawel-2-panowal-jak-dyktator-bo-znal-tylko.html#weekend#S.W-K.C-B.3-L.1.maly to przykład działań wewnątrz instytucji i bez oglądania się na przymus posłudzeństwa. Problem w tym, że takich niezależnych księży jest za mało. Większość to albo oportuniści albo cynicy, stąd degrenglada krk.
A istnieje w ogóle katolicyzm bez rygoryzmu moralnego? Uściślając to chodzi o to co wypływa a absolutyzmu, niewtajemniczonym może się to wydawać synonimem, moralnego. Może istnieje taki „katolicyzm” w postaci poszczególnych światłych księży, wybranych teologów, myślicieli, ale oni są na bakier z Urzędem Nauczycielskim Kościoła, z Magisterium KK. Filozoficzny absolutyzm moralny i wypływający z niego praktyczny rygoryzm moralny to jest DNA Kościoła Katolickiego, może są jacyś inni chrześcijanie, inni wierzący, ale akurat w tej wspólnocie, wydaje mi się, mogą mieć co najwyżej status banitów.