Agnieszka Wróblewska: Nie dać się zwariować

13.02.2021

Photo by Firmbee on Pixabay

Więcej się teraz gada przez telefon, żyjemy jak na odsiadce po wyroku. Dla niepracujących i mniej ruchliwych osobników zwłaszcza telefon stał się jedną z nielicznych desek ratunku, żeby nie uschnąć do cna w samotności. Zadzwoniła do mnie koleżanka ze szkolnej ławy (czasy stalinowskie), mieszka od lat w Zielonej Górze. Opowiedziała mi, między innymi, o znajomych – z dyplomami wyższych uczelni! – a jednak t.zw. niewierzących. Znaczy wierzących rzecz jasna w ducha świętego, ale nie wierzą w wirusy i nie myślą się szczepić. Bo przecież za akcją szczepień kryje się chytra próba wstrzyknięcia nam jakiegoś świństwa.

Ciekawe, czy jednym ze skutków ubocznych tej anomalii pandemicznej, jaką jest izolacja fizyczna nie będzie też nadprodukcja idiotyzmów? Bo wydaje się, jakby rodziły się teraz w głowach bardziej niż zwykle się rodzą w głowach sfrustrowanych?

Taką frustracją można się zarazić bez spotkania z wirusem, wystarczy oglądać doniesienia telewizji. Pyskówki, które mają tam odgrywać rolę uświadamiającą, znacznie lepiej pełnią funkcję środków wymiotnych. Rządowej tv nie oglądam, ale ta „nasza” też w piętkę goni – próbowałam policzyć, ile razy na dobę w TVN przypomina się o nietrafnie zakupionych respiratorach czy nieszczęsnych kartach wyborczych. Czy twórcy programów N A S Z E J telewizji mają nas za takich idiotów, którzy nie są w stanie zapamiętać tych rządowych wpadek po tysięcznym powtórzeniu? Albo bogini spowiadania polityków Monika Olejnik – niby dobrze mieć taką ikonę spowiadania publicznego, do której publiczność przywykła. Ale… pani Monika uplasowała się na takim tronie, że biedakowi zaszczytnie przepytywanemu nie udaje się często wcisnąć własnej myśli, jeśli przepytująca jej nie zatwierdziła! Muszę przyznać, że agresja pani Moniki mnie zdumiewa – dlaczego stawia się ponad swoimi rozmówcami tak wysoko, że po żadnej drabinie nie można się do niej wdrapać!?!

Co do mnie, to coraz bardziej znerwicowana codzienność zwiększyła moją skłonność do wspomnień.

Ostatnio dodatkowym pretekstem do nich stała się nie tyle pandemia ile nagła i niespodziewana śmierć blisko zaprzyjaźnionej a znacznie młodszej ode mnie osoby. Tak zwany grom z jasnego nieba. Po pogrzebie, jakby dla uczczenia pamięci Zmarłej sięgnęłam do swoich albumów. Tam się lepiej wspomina, bo łatwo się przenieść w klimat wspólnych spacerów, imprez domowych, wyjazdów letnich i zimowych.

Swoje albumy prowadzę z biurokratyczną pedanterią od czasów szkolnych. Znajomi, którzy trzymają w pudłach pomieszane ze sobą zdjęcia, już nieraz prosili mnie, żebym ustaliła, kiedy było to czy tamto. Sama lubię zajrzeć i przypomnieć sobie sytuacje, o których kompletnie się już nie pamięta. Ludzie, miejsca zwiedzane, spotkania, z kim i gdzie balowaliśmy, jak i kiedy podróżowaliśmy po świecie itp. Cieszy mnie, kiedy moje wnuki wyciągają z półki, stosowne wg daty, albumy i stare konie zaśmiewają się za każdym razem, jak i kiedy wyglądały.

Wszystko jest tam z datą i w chronologicznym porządku. Być może nigdy nikomu się to nie przyda do niczego, ale tkwi w człowieku potrzeba zapisywania czasu, który mija. Albumy z fotografiami są jednym z przeżytków epoki, są jednym z tzw. zgredów niepasujących do fantastycznych współczesnych technologii zatrzymywania zjawisk w ruchu. Fotografia na papierze stała się za naszego życia zabytkiem. Trafi wkrótce na półki rezerwowane dla papirusów, będzie muzealną pamiątką razem z całym naszym pokoleniem. Zastąpią je nowocześniejsze i dużo lepsze nośniki zapisów obrazu – kolorowego, połączonego z głosem (może nawet zapachem) mijającego czasu.

Nie chcę, żeby to, co piszę brzmiało jak gorzka ironia, albo utyskiwanie staruszki, że prawdziwe albumy z papierowymi fotografiami były czymś lepszym. Były rzecz jasna gorsze – chciałam jedynie zwrócić uwagę na to, że zapisywany czas ma swoją wartość i zachęcić do zapisywania. Bez zapisywania czasu – w słowach, ale i w obrazach, nie tylko nie byłoby historii – nie byłoby też smaku i zapachu czasu, który mija.

Czas, który trwa, przerabiamy na różne sposoby, często przy wydatnej pomocy coraz to nowszych pomysłów ulepszania komunikacji wzajemnej. Ostatnio mój uzdolniony matematycznie przyjaciel we Francji podsunął mi nowy system, lepszy podobno niż poczciwy Skype do komunikowania się z obrazem. Dlaczego lepszy? Ponieważ daje ponoć gwarancję, że nikt cię nie podsłucha i nie zapisze, o czym mówiłaś!?

A niech sobie zapisują! Co mi ma niby przeszkadzać, że jakiś system w obłokach zapisze co wczoraj ugotowałam w zupie? Technika i postęp ułatwiają życie, ratuje je też i umilają – ale na miłość boską, niech nas nie prowadzi przy okazji na jakieś pomysłowe manowce jej możliwości!

avatar

Agnieszka Wróblewska

Dziennikarka

Ur. 16 grudnia 1933 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział Dziennikarski UW, pracowała m.in. – w „Sztandarze Młodych”, „Kobiecie i Życiu”, „Przeglądzie Technicznym”, „Gazecie Wyborczej”.

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com