2012-12-01. Dotychczasowa historiografia, naturalna specjalność humanistów, nie interesowała się zupełnie innymi pokrewieństwami, innej zgoła natury, łączącymi tajemniczy lud stepowy z przyszłą Rusią. Nie rozwiązałem wszystkich zagadek, ale trochę ich przynajmniej udało mi się odkryć…
16. KTO WYZNACZAŁ MIARY TEMU ŚWIATU
Słowianie przyszłej Rusi damascenizowali stal swoich mieczów. Tylko z otwartymi i tolerancyjnymi Chazarami tajemnica hartowania stali mogła do nich przewędrować z kuźni Chorezmu. Normanowie hartować stali nie umieli, kuli miecze gorsze od słynnych frankońskich. Ponoć w tej sztuce wykształcili Słowian Celtowie – i być może naprawdę wyuczyli jej mieszkańców południa przyszłej Polski, ale, jeśli tak, czemuż nie udzielili jej swym najbliższym sąsiadom, Germanom? I czy mieliby jacyś Słowianie z tej przyszłej Polski, jacyś Radymicze albo Wiatycze, przekazywać ją dalej – wbrew swoim interesom, zamiast pilnie strzec tej umiejętności przed niepowołanymi?
Jeden z ojców nauki, wielki XI-wieczny uczony z Chorezmu, wspominany w tej historii Mohammad abu’r-Rajhan al-Biruni, ten, któremu Siergiej Tołstow poświęci swą książkę, opisywał, jak na Rusi – tej północnej, nowogrodzkiej, która wtedy była krajem Rusów – zgrzewa się plecionki z drutów żelaznych i stalowych, jak się stal hartuje… Cytował go za naszym znakomitym arabistą, prof. Tadeuszem Lewickim, prof. Witold Hensel:
„Rusowie wyrabiają swoje miecze z szapurkanu (stali), a zagłębienia ich środkowej części – z narmochanu (żelaza), żeby nadać im wytrzymałość na uderzenie, zapobiec kruchości. Al fulad (stal tyglowa) nie znosi chłodu ich zim i łamie się przy uderzeniu. Kiedy poznali oni farand (określenie wzorzystej stali), wynaleźli do zagłębień (mieczy) plecenie z dwóch drutów z obu rodzajów żelaza: szapurkanu (czyli stali) i żeńskiego (żelaza). I zaczęli otrzymywać oni na zgrzewnej plecionce przez pogrążanie („kalenie”, czyli hartowanie) rzeczy zadziwiające i rzadkie, takie, jakie zamierzali uzyskać”.
Poza Rusią, wedle Biruniego, umiano to w Europie tylko w kraju Farandż, czyli Frankonii, a więc daleko poza domenami zachodnich Słowian i Germanów z terenu przyszłych Niemiec.
Wątpliwe, by technologia przefrunęła ptakiem z Zachodu, wbrew dawniejszym domysłom. Przybyła raczej stepami Chazarów i w górę Wołgą, w krainy obfitości skór i futer. Zadomowiła się – logiczne – tam, gdzie było pod dostatkiem rud darniowych.
Nie lekceważmy tych rud darniowych. Nauczyłem się je doceniać dzięki polskim historykom techniki. To było naprawdę bogactwo. Wody bagienne, nawet wolno płynące, przez parę tysięcy lat wypłukiwały minerały i związki organiczne, zawierające żelazo; cząsteczki żelaza osadzały się na kłączach roślin błotnych, osiadały w zastoiskach, i tak stopniowo odkładały się warstwy rudy bagiennej lub – już potem – darniowej, łąkowej. Zalegały bardzo płytko, ruda darniowa zwykle dosłownie pod warstwą humusu, dziesięć do trzydziestu centymetrów pod powierzchnią. Zalegały jednak nieraz w ogromnych ilościach – dr Lechosław Rauchut szacował średnie ich bogactwo na obszarze kilkunastu tysięcy kilometrów kwadratowych, przebadanych w Polsce, w kraju dość dawno przeschniętym, na ponad 44 tony z kilometra kwadratowego!
Nie były to złoża grube, miąższości nie więcej niż ćwierć metra do czterdziestu centymetrów, choć wyjątkowo – nawet do 80 cm. Czasem – bardzo bogate, do 60 procent żelaza, ale nawet ruda z dwudziestoma paroma procentami żelaza, łatwo topliwa, z niewielką tylko domieszką fosforu, niekiedy ledwo śladową, stanowiła cenne tworzywo hutnicze. Jej dostępność zadecydowała o końcu epoki brązu – bo ta ruda, inaczej niż rudy miedzi, była wszędzie. W kraju Słowienów – zaryzykuję takie przypuszczenie mimo braku szczegółowych badań – było jej więcej niż gdzie indziej. Tysiąclecia pracowały na to bogactwo.
Nie wdam się tu w analizy metod produkcji żelaza i stali. Nęka mnie wszakże niepokojące pytanie, czy agresywność Lędyców i potem piastowskich Polan, jak też nowogrodzkich Słowienów i Czudzi, nie brała się po trosze z tego specyficznego bogactwa, z ducha, jaki budzą łatwo dostępne narzędzia mordu…
I pytanie ze sfery pośredniej między pieśnią a wojną: czy przypadkiem nasz słowiański „torg”, „targ”, który wywodzimy od „targania”, nie wywodzi się raczej od IX-wiecznego „Torka”, czyli Turka, który uczył Słowian lokować handel w określonych punktach osady – jak właśnie było w chazarskim Itilu i innych „miastach” Chazarów?
Musimy tu wybiec trochę naprzód w czasie poza wiek IX, żeby zrozumieć rolę Chazarów w przyszłej historii przyszłej Rusi.
Tołstow podawał, że z początkiem X wieku wielką rolę w Itilu odgrywali muzułmanie z Chorezmu. Czy było ich aż dziesięć tysięcy najemników w specjalnym korpusie, zwanym al-Arsja („lwy”), śmiem wątpić. Ówczesne liczby na wszelki wypadek lepiej dzielić przez dziesięć. Niechby ich naprawdę było i tysiąc, też byłaby to potężna formacja, zwłaszcza, że stanowiła ona, jak pisze Tołstow, kwiat ciężkozbrojnej konnicy kagana („chakana”, „hakana”).
Dla wszystkich więc było tam dosyć miejsca. Wśród Chazarów żyli nie tylko poganie, muzułmanie i chrześcijanie monofizyci. Także, nieco później, chrześcijanie skośnoocy – o poglądach religijnych, dla zwalczania których uformował się monofizytyzm. Dotarła tu bowiem przez Wielki Step fala mongolskich uchodźców – chrześcijan nestoriańskich z Chin. W Chinach dynastii T’ang w roku 845 specjalnym edyktem postawił cesarz Wu Tsung poza prawem zarówno buddystów i wyznawców Zoroastra, jak nestorianów. Wszyscy oni woleli się wynieść – i może to z nimi przebył Wielki Step ów posążek Buddy, który dotrze aż do Skandynawii IX wieku?
Ponad dwieście lat cesarze chińscy tolerowali przedtem, a nawet i darzyli sympatią „doktrynę Światła”, jak zwano w cesarstwie chińskim chrześcijaństwo nestorianów. Nestorianie mieli się za chrześcijan mądrzejszych i rzetelniejszych od reszty, którą uważali za półpogan. Początek temu wyznaniu, właściwie zaś imię, bo nie samej idei, dał kilkaset lat wcześniej patriarcha Konstantynopola, teolog z Antiochii, Nestoriusz – w 428 r. poparł pogląd antiocheńskiej szkoły chrystologicznej, zdaniem której Bóg wcielił się tylko w Jezusa na czas Jego życia. Jak mówił sam Nestoriusz, „Słowo zamieszkało w świątyni człowieka”. W konsekwencji i Matka Boska stała się tylko Matką Jezusa, a nie Matką Bożą; szkoła antiocheńska chciała uwolnić chrześcijaństwo, jak głosiła, od wielobóstwa. Sprzyjał jej po cichu ówczesny cesarz Bizancjum, intelektualista Teodozjusz II, także – ludzie wykształceni, a więc bogaci, skoro tylko tacy mogli się zdobyć na wykształcenie. Lud kochał jednak Matkę Boską i z całą namiętnością opowiedział się przeciw antiocheńskiej interpretacji. Nestoriusz przegrał. Sprzyjający mu cesarz zwołał do Efezu w roku 431 specjalny sobór, ale przybył nań z Rzymu papież Celestyn I i przygniatająca większość zgromadzonych potępiła Nestoriusza jako heretyka. Lud w obronie Matki Boskiej przepędził nestorian z Efezu. Nestoriusz nie uwierzył w racje większości; klątwa nie przeszkodziła jego zwolennikom szerzyć swego apostolstwa w głębi Azji i pozyskać nowych wyznawców aż w Chinach.
Rozkwitało tam chrześcijaństwo nestoriańskie dość bujnie, choć nie do skali potęgi i wpływów buddyzmu – buddystom w 845 r. władze chińskie skonfiskowały 4600 klasztorów, pewnie naprawdę kilkaset, oskarżając je, że mimo nakazu ubóstwa opływały w dostatki; owe dostatki wyjaśniają ambicję moralizatorską cesarza z dynastii T’ang, wyznającego zasady tao Wu Tsunga. Nie atakował on wprawdzie chrześcijan tak gwałtownie, jak buddystów, bo tak bogaci nie byli, ale nestorianie chińscy też woleli nie ryzykować. Uchodząc przez Wielki Step nie oparli się aż u Chazarów. Sami nietolerancyjni, fanatyczni, teraz korzystali z tolerancji koczowników. Nie muszę dodawać, że również ich potomkowie zeslawizowali się po rozbiciu państwa Chazarów, tak więc i ci Chińczycy stanowią jedną z grup przodków dzisiejszych Rosjan.
Al-Masudi, informator nie zawsze wiarygodny, bo spisujący wszystko, co usłyszał, podawał, że w Itilu urzędowało siedmiu stałych sędziów: dwóch sądziło sprawy między chazarskimi wyznawcami judaizmu (a nie „Żydami chazarskimi”, jak napisano w cennym skądinąd, naszym „Małym słowniku kultury dawnych Słowian”) wedle prawa żydowskiego, dwóch sędziów było dla mahometan, dwóch dla chrześcijan, a jeden tylko dla „pogan”, czyli – w praktyce, jak się okaże – głównie dla „pogan” z Nowogrodu, choć tamtejsi „Rusowie” mieli tu całe swoje wyznaczone dzielnice po targowej stronie Wołgi i nie brakowało Słowian w chazarskim wojsku ani wśród straży pałacowej kagana.
Ci koczownicy górowali kulturą, jak widać, i nad niektórymi cywilizacjami sobie współczesnymi. Cóż mówić o Słowianach przyszłej Rusi i o Waregach… Nad nimi górowali pod każdym względem. Swemu Jehowie nie składali krwawych ofiar, nie rozbijali młotami starych głów ani też nie wieszali nikogo na gałęziach świętych drzew; nie oczekiwali, by wdowy szły do mogił ze swymi czcigodnymi małżonkami, ani też nie wysyłali na tamten świat niewolników dla towarzystwa zmarłym ich panom. Przyrównywali się bowiem nie do dzikusów z północnej Europy czy Syberii, a do tamtych właśnie wielkich cywilizacji, kwitnących w krajach arabskich, w Azji Centralnej i na Bliskim Wschodzie, w Bizancjum i w Chinach. Znali je wszystkie, jako że ze wszystkimi utrzymywali stosunki polityczne lub handlowe.
Nestor, spisujący swą „Powieść doroczną” w początkach XII wieku, mocno tych „Kozarów” post factum nie lubił. Ale, co ciekawe, to im przypisał swoiste proroctwo na temat przyszłej roli jego ukochanego Kijowa – Polanie dla uzyskania pomocy w obronie przed Drewlanami zaoferowali
ongiś Chazarom dań w postaci miecza od „dymu”, a kiedy zobaczyła te miecze starszyzna „kozarska”, powiedziała swemu księciu – „Niedobra to dań! My osiągnęliśmy dań orężem o jednym ostrzu, zwanym szablą, a ich oręż obosieczny, zwany miecz. Im kiedyś i my, i inne kraje dań płacić będą”.
Miało się to zdarzyć wedle Nestora w czasach zaprzeszłych, kiedy ledwo co narodził się Kijów. Czy zdarzyło się naprawdę? Wątpię. Także i Polanie kijowscy mieli z czego wytapiać żelazo, byli zręcznymi hutnikami i „kujami”, kowalami, ale gdyby specjalizowali się w produkcji mieczy, sami daliby sobie może radę z Drewlanami. I jestem pewien, że bez Chazarów nie byłoby tych ruskich mieczy z hartowanej stali. Technikę damascenizowania stali przynieśli jednak Polanom kijowskim najeźdźcy z Nowogrodu, którzy wedle Nestora tu, w Kijowie, przezwą się Rusami (czyli warstwą panującą).
Prawdopodobnie także to oni, Chazarzy, zapoznali Ruś z szachami. Czyli że to oni wyznaczali na przyszłej Rusi miary sztuki, potęgi, prestiżu i mądrości, oni, a nie późniejsi brodaci przybysze ze skandynawskiej Północy, równie prymitywni jak sami Słowianie.
Wyznaczali Chazarzy te miary bardzo długo i mamy tego bezpośrednie dowody. Terminologiczne: wódz wojów Nowogrodu Wielkiego będzie tytułował się w IX wieku nie „konungiem”, kniaziem, a – chakanem. Jak „chakan”, kagan Chazarów czy też Bułgarów kamskich. Nikt w Nowogrodzie nie wiedział widocznie, że wśród Chazarów chakan bezpośrednio władzy nie sprawował, bo tę dzierżył wielkorządca, szef administracji, „bek”. Chakan był wyższą mądrością, kimś bliskim Bogu, na miarę króla Salomona, wielkością nie do podważenia. W żadnym razie jednak, sam będąc symbolem, nie był pozycją tylko „symboliczną”. I nie w IX-tym, lecz w XI wieku, w kilkadziesiąt już lat po rozbiciu państwa Chazarów i zniszczeniu ich cywilizacji, kijowski władca ze skandynawskiego niegdyś rodu zwał się będzie nie po rusku-normańsku, „kniaziem”, lecz nadal po chazarsku – „chakanem”, „kaganem”, jako „Rus-chakan”, jak ten przed dwustu laty w Nowogrodzie. Ponieważ „kniaź”, który mógł był pochodzić nawet i od dawnego, gockiego jeszcze „Kunina”, tu objawiony na nowo w wersji normańskiego „konunga”, najwyraźniej brzmiał zbyt skromnie.
Więcej: elita rządząca, która kiedyś w Kijowie sama właśnie wedle Nestora przezwała się „Rusią”, zapomni o tym. Bowiem Rusią będą już wszyscy. Elita przejmie na swe określenie – zamiast tytułu normańskich „jarłów” – chazarsko-bułgarski termin „bol’arowie”. Ci się zeslawizują na „bojarów”, elitę „odwiecznie ruską” na zawsze. „Kniaź” awansuje z powrotem tylko dlatego, że „kaganat” kijowski straci swe znaczenie i całą Rusią będą rządzić mali kniaziowie…
Wracajmy do wieku IX. Otóż w latach 829-842 rządził w Bizancjum cesarz Teofil – postać, wedle znakomitego historyka Bizancjum, Georga Ostrogorskiego, nietuzinkowa, żywa legenda, skłonny do marzeń, wrażliwy na urodę kultury arabskiego Bliskiego Wschodu, romantyk obrazoburstwa, idealista po granice fanatyzmu, tępiący z nieludzkim okrucieństwem, jak wielu idealistów, przeciwne swoim poglądy. Bóg był tylko dla myślących, wielbić wolno było tylko Boga nieoglądanego, więc nie malowanego, obrazy Boga były grzechem śmiertelnym, zasługującym na tortury i powolną, okrutną śmierć.
Za jego panowania bizantyjskie, czyli greckie miasta Chersonezu (Krymu), miasta dawnego państwa bosforańskiego (od starożytnej, greckiej nazwy cieśniny Kerczeńskiej – Bosforu Kimeryjskiego), zorganizowano dla celów obronnych w łączną jednostkę administracyjno-wojskową, tzw. tem. Dla zaprzyjaźnionego chakana Chazarów architekci Teofila zbudowali kamienną twierdzę przy ujściu Donu – Sarkel. W tym Sarkelu stacjonowało trzystu Chazarów, których skład chakan co roku odnawiał. I Chersonezowi zaś, i Chazarom zagrażały od strony stepu czarnomorskiego jakieś plemiona, których fantazję należało pohamować. Jeszcze nie – Pieczyngowie; ci na tereny europejskie przygalopują dopiero z końcem IX wieku, do historii Rusi kijowskiej – wedle Nestora w roku 915. Na razie, w wieku IX, brykają po czarnomorskich, zielonych stepach Węgrzy, Ugrzy, przybyli gdzieś z ugro-fińskiej Jugry pod Uralem, którzy najpierw osiądą na ziemiach przyszłej Besarabii, a za jakiś czas też pójdą z niej na bogatsze, nęcące złotem i ciepłem południe za Karpatami.
Jednakże wtedy, na długo przed datami Nestora, nie tylko Węgrzy, ale też jacyś Rusowie zagrażali i Chazarom, i bizantyjskim miastom dawnego królestwa bosforańskiego. Czyli, że historia musiała biec szybciej, niż biegła w kronice Nestora. I szybciej, niż w syntezach historycznych XX wieku, przykrawanych do potrzeb coraz to innej propagandy.
W roku 860 Bizancjum wyciągnie znowu rękę do Chazarów. Będzie miało po temu, jak się przekonamy, powody najwyższej wagi.

