16.03.2021

Na poezji znam się bajecznie źle i myślę, że w porównaniu do prozy, diabelnie ciężko napisać coś sensownego. Odbieram ją sercem; ma mnie zachęcać do kontynuacji życia, do jego doskonalenia, wzbogacania i uszlachetniania, nie zaś do popełnienia samobójstwa na zgliszczach świata.
Lubię zdrową, oryginalną, niebanalnie czystą, wydezynfekowaną z łatwego patosu, szamańskiej kokieterii, koloraturowych westchnień za niegdysiejszymi śniegami. Przepadam za poezją zmysłową, roziskrzoną ruchomymi obrazami, grą zmiennych pojęć, za językowymi podróżami w nieznane, jakieś do, ponad i w. Tym bardziej dziwi mnie zatrważająca ilość piszących marne wiersze uznawane za wybitne.
W swoich łazęgach po pisarskich portalach napatoczyłem się na wiele stron z tak zwaną poezją, natomiast znalazłem gigantycznie mało miejsc dla prozaików. Na szczęście nie mnie sądzić, czy z tej góry tekstów urodzi się Asnyk, czy mysz. Ale na nowego Mickiewicza – nie liczyłbym prędko…
Zaobserwowałem spory wysyp grafomanów skrobiących utworki – potworki. Manieryczne, przypominające poezję tylko z zapisu. A wśród tej dżungli, odkryłem ociupinkę niezaprzeczalnych pereł. Więc doszedłem do wniosku, że im więcej mamy wierszy, tym trudniej wyłuskać z nich poezję, bo ilość nie przechodzi w jakość. Przeciwnie; zawsze wolałem centymetr kiełbasy od metra g… co, ku rozpaczy moich przyjaciół, zostało mi do dziś.
Ale miało być o prozie. Tu muszę powiedzieć, że z szacunku dla słowa, mam alergię na współczesną; nie po drodze mi z ferajną wieszczów cynicznego samouwielbienia. I nie podniecają mnie kalekie raporty z przeżyć niedowidza, niedosłysza i niedouka. Co nie oznacza, że jej nie śledzę. Śledzę i wypatruję diamentów, lecz robię to z coraz mniejszym zainteresowaniem, a coraz większym zniecierpliwieniem.
Inna sprawa, książki dawnych mistrzów pióra. I im poświęcam kęs czasu. Zresztą moje lektury nie ograniczają się do prozy. Obecna, tworzona przez influencerów, zawężona jest do luzackiego muśnięcia, unikania trudnych tematów, szczegółowo natomiast skupiających się na wątkach gloryfikujących niefrasobliwość, bezduszność i egoizm.
*
Kiedy czytam Białoszewskiego, Faulknera, Joyce‘a, Updike‘a, Leśmiana, Balzaka, Baudelaire‘a, Słowackiego, Różewicza, Twardowskiego lub Herberta, jak mogę, z aroganckim czołem, przeciwstawiać im współczesną mizerotę? Gdzie te Leśmiany i reszta wirtuozów słowa, gdzie się zamelinowali następcy Słowackiego i pozostali derywatorzy?
Z uporem prostodusznego maniaka zadaję sobie ciągle aktualne pytanie: czy dysponując zasobem wiedzy i doświadczeń porównywalnym z wiedzą i doświadczeniami wyniesionymi z przedszkola lub żłobka, dzisiejsi literaci mają wystarczające powody do zadzierania nosa i mogą czuć się pyszałkami, wiedząc o istnieniu Saroyana, Dostojewskiego, Bunina, Czechowa, Maupassanta? Niestety, stwierdzam, że mogą być fanfaronami.
A mogą, ponieważ nie obowiązuje ich niegdysiejsza pokora wobec lepszych. To słowo nie istnieje w narzeczu współczesnych tekściarzy. Zamiast niego mamy do czynienia z butą i nonszalancją. Z przekonaniem, że prawdziwa literatura zaczyna od nich, a znajomość dorobku poprzedniej, to strata czasu.
Jestem więc świadkiem rozprzestrzeniania się zarozumiałości, intelektualnego bezechu, samochwalstwa i półanalfabetyzmu. A także – coraz gwałtowniejszego, napastliwszego i agresywniejszego atakowania świata posługując się nieporadnym, ubogim i mało inspirującym językiem. Podczas gdy giętki, bogaty i nieszczekliwy, odchodzi na wieczny odpoczynek.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
