22.03.2021

Wszystko się kiedyś skończy, wiec i ta epidemia także. Kiedy? Oto jest pytanie!
Z metod matematycznych dostępna mi jest jedynie ta prymitywna: w pierwszym kwartale zaszczepi się coś ponad pięć milionów. Może nastąpi wkrótce wysyp szczepionek, a może nie. Wierzmy, że nie będzie wielkiej zapaści dostaw. Więc przyjmijmy, że po pięć milionów na kwartał i do końca roku – będzie nas zaszczepionych ok. dwudziestu milionów. Ilość uodpornionych przez wirusa na koniec roku trudno określić. Na pewno o wiele, wiele więcej niż oficjalne dwa miliony z czymś, na dzisiaj. A w tej wielkiej nadwyżce jest jakaś liczba tych, którzy nie wiedzą, że przeszli tę francę bezobjawowo. Wielu z nich też się zaszczepi. Zbiorowość uodpornionych pochorobowo, tak jak tych, co poszczepiennie, będzie się powiększać w najbliższych miesiącach. Tu włączam intuicję i przypuszczam, że tych uodpornionych tak czy inaczej, na wejściu w rok 2022 powinno być może dwadzieścia pięć milionów. Czy to nie jest wielkość rzędu odporności stadnej?
Na jak długo starcza odporności po chorobie czy po szczepieniach będzie wiadomo po bardzo wielu miesiącach, a może i latach. Podobno już są pierwsi powtórnie zakażeni ozdrowieńcy. Jeśli jednak zaczną się pojawiać jakieś znaczące liczby, to sukcesywnie. A po kolosalnej akcji masowych szczepień, nawet nasza służba zdrowia powinna sobie poradzić.
Zaś cały powyższy wywód po to, by móc sobie wyobrazić poprawianie się sytuacji w drugim półroczu i rok 2022 już po pandemii.
Hosanna na Wysokości? Ależ nie! Nic już ma nie być takie samo!
Gówno prawda. Wirus obleciał cały świat, ale nikt nie odwoła globalizacji. To nie jest wymysł Gatesa i Sorosa, ale produkt cywilizacji. I jak wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Coś się zapewne zmieni; magazyny na wypadek przyhamowania dostaw, lepsze przepisy sanitarne, a poza tym business as usual.
Powtarza się tę mantrę, że już wszystko inaczej, co rusz, przy wydarzeniach wychodzących poza rutynę – outstanding. Powtarza się też chińskie – ponoć – przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach! Przy czym każdy – no, prawie – by lubił, aby jego czasy były ciekawe. Najlepiej już te minione. Pochwalić się, pożalić. Dorwać się jakoś do głosu ze swą relacją.
Dlaczego mam być ponad to?
Patrzę z wyrozumiałością na tych, dla których obecna pandemia będzie największym wstrząsem we wspomnieniach. Co wy tam wiecie? Ale bardzo chcę, by wnuk i wnuczka do końca dni swoich mogli na tym wstrząsie poprzestać. Ja pamiętam drugą wojnę światową i chyba nie ma już takich, którzy by mogli zaprzeczyć, że byłem chłopcem ciekawskim, bystrym i spostrzegawczym. Mogącym co nieco spamiętać i opowiedzieć. Niechby z pozycji dziecka wojny. Ale nie będę o nie przynudzać. Istotne wydają mi się czasy zaraz po niej, kiedy już byłem nastolatkiem.
A teraz, jak to u dziadersa, dygresja. Długa, przepraszam.
De profundis
Kto dużo obejmuje, ten mało ściska. Więc o ile to możliwe, mało o kwestiach politycznych tamtego czasu, jak i o sytuacji politycznej dziś. Wtedy też byliśmy podzieleni. Niechęć, nienawiść, pogarda w stosunku do władzy obejmowała znacznie większe kręgi niż dzisiaj. Ja akurat byłem jej zwolennikiem, ale jako harcerz z niekłamanym zapałem brałem udział w tzw. podchodach w krakowskim Lasku Wolskim, sposobiąc się do odbicia Lwowa i Wilna. Dwójmyślenie, co tu ukrywać.
Tamtej władzy nikt nie wybierał, lecz była nie do usunięcia, co nie od razu docierało do wszystkich. Ale to zakończenie wojny dominowało w życiu większości. Z perspektywy obecnej polityki historycznej brzmi to, jak herezja, lecz chyba dla większości ważniejsze było, że już nie ma wojny, że nie będzie ona nadal zabijać, niż to, że z jej zakończeniem nastała niechciana władza. Z tego, że będzie zupełnie coś innego, niż do wojny daleko nie wszyscy sobie zdawali sprawę. Czyli są pewne podobieństwa tego, co było do tego, co będzie po zakończeniu pandemii, ale różnice są większe.
W szpitalu MON na Szaserów w Warszawie widziałem parę lat temu pawilon oddziału dla tych ze stresem bojowym. Po Iraku, Afganistanie. Rozumiem, nie wydziwiam. Lecz jeszcze gdzieś dożywają swoich dni już nieliczni żołnierze z frontów wojny światowej. Łatwo się domyślić, jak oni postrzegają nasze misje bojowe w ostatnich latach. Po II WŚ były tych weteranów tłumy i nie robili wrażenia zestresowanych. I nie oni byli najbardziej doświadczeni przez wojnę. KZ-ty i łagry były straszniejsze niż wojowanie. O ile chyba co drugi facet donaszał mundur jakiegoś wojska, to obozowych pasiaków się nie widziało.
Poszkodowanych było wielu. Na każdym kroku spotykało się inwalidów, bez rąk, nóg, o kulach, bo protez nie było. I ociemniałych. Pamiętam jakie zażenowanie, czy raczej palący wstyd budzili – czuję go jeszcze dziś – żebrzący inwalidzi, w mundurach z baretkami, czy orderami. Czasem grający na czymś lub śpiewający. I nie pomagało wmawianie sobie, że to może oszuści, którzy się podszywają.
Wszędzie były spluwaczki i napisy: „Pluć tylko do spluwaczki”. Chorowano i umierano na gruźlicę. Chorych na nią na pewno było więcej niż dziś na covid i chorowało się dłużej. Nie wiem jak z ówczesną statystyką zgonów. Ze szkoły pamiętam duńską ekipę z małoobrazkowym – wtedy sensacja – RTG i szczepionki przeciw gruźlicy. Lecz najważniejsze było to, że w po wojnie w Polsce zabrakło dziewięciu milionów ludzi. 33 – 9 = 24.
Siła robocza to pojęcie, które deprecjonuje, bo taka siła to również konie i silniki. Angielskie manpower, chyba bardziej pasuje. Ci, których zabrakło, do wojny zajmowali miejsce w społeczeństwie, produkowali i świadczyli usługi. Przy czym najbardziej brakowało tych, którzy wnosili najwięcej i byli najbardziej potrzebni. Wykształconych. Oni najaktywniej walczyli, ich w pierwszej kolejności mordowały obie walczące strony i w tej zbiorowości najwięcej było tych, którzy nie mogli i nie chcieli wrócić do kraju.
Nasz materialny stan posiadania, według szacunków, był w jednej trzeciej zniszczony, a funkcjonowanie całości zostało kompletnie zdezorganizowane. Do tego Polskę przesunięto na zachód. Utracone tereny były i przed wojną stosunkowo mniej rozwinięte cywilizacyjnie na tle całości, ale były jej częścią i coś do tej całości wnosiły. Ich zamiana na, tak zwane wówczas, Ziemie Odzyskane okazała się historycznie korzystna, ale wtedy to było wyzwanie. Choćby poniemiecka gęsta sieć energetyczna, którą trzeba było przebudowywać z napięcia 120 wolt na 220. Akurat pamiętam, bo zajmował się tym przyjaciel rodziny, inżynier Jackiewicz, któremu udało się przeżyć KZ.
Front przeszedł tamtędy tylko raz, ale też nie bez skutków. Wdziałem Wrocław z 1948 roku bardziej zniszczony niż Warszawa. Wysiedlano do Niemiec ludność, która obsługiwała te tereny, a rodacy musieli się tej obsługi nauczyć. Dla wielu było to miejsce szabru, a sojusznicy demontowali i wywozili „trofiejne” urządzenia przemysłowe.
Pewnie za bardzo się rozpisałem o tym akurat wycinku ówczesnej rzeczywistości, lecz te ziemie były głównym i nachalnie wtłaczanym argumentem, mającym udowodnić, że pomimo wszystko wygraliśmy wielką wojnę.
– A ty, siadłszy, płacz! – można sobie wyobrazić wańkowiczowski w stylu komentarz przesiedleńców ze wschodu, gdyby mieli wtedy głowę i czas na refleksję. Powszechna była świadomość strasznej straty, a jakoś nie czuło się powszechnej traumy. Reakcja narodu była taka sama jak po najeździe tatarskim, rajdach husytów, Potopie, oraz zniszczeniach i przemieszczeniach I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Nadrzędnym imperatywem stała się odbudowa mniej więcej normalnej egzystencji, niezależnie od tego, co myślano i mówiono o nowej władzy.
Sursum corda!
Wyrosło już pokolenie, które nie pamięta gwałtownej erupcji handlu i wszelkiej innej przedsiębiorczości w momencie upadku PRL. Było w tym coś z materii i atmosfery krótkiego okresu zaraz po wojnie. Zanim nowa władza wzięła się za budowę nowego ustroju, zaczynając od „bitwy o handel”, czyli likwidacji prywatnej przedsiębiorczości, podstawowej materii gospodarki rynkowej. To nam teraz nie grozi. Nawet przy PiS-owej etatyzacji gospodarki à la scalanie jej przez Obajtka et consortes. Patrz tekst Krzysztof Łoziński: Morawiecki się wygadał.
Covid 19 zabił jak dotąd pięćdziesiąt tysięcy. Będzie jeszcze zabijać w ciągu najbliższych miesięcy. Będzie też powiększała się liczba tych, którzy umierają, bo nie dostają na czas – czy w ogóle – pomocy ze strony służby zdrowia, zaangażowanej w ratowanie bieżących ofiar pandemii. Kiedy się ona skończy, będzie można podliczyć, ilu nas z jej powodu zabraknie. Będzie to nadwyżka nad ogólną liczbą zgonów, umierających stale w takim okresie. Gwoli ścisłości wypadałoby uwzględnić, że zaczęli już umierać najstarsi z licznych roczników powojennego wyżu demograficznego. Tzw. baby boomers, według aktualnego nazewnictwa. Ogólna liczba zmarłych z powodu pandemii będzie się mogła mieścić między setką i dwiema setkami tysięcy. To bolesna i wielka strata, ale zupełnie nieprzystająca do tych dziewięciu milionów, których zabrakło po wojnie. Ogólnie rzecz biorąc, brak ludzi nie będzie wpływał na możliwości gospodarki. A manpower to czynnik decydujący.
Praca zdalna, nauka zdalna, kultura zdalna. Bardzo to trudne i poważne problemy i drogo one kosztują. Lecz poza ochroną zdrowia, główne pole walki z pandemią to gospodarka. Inaczej niż po wojnie, kolosalny plus dodatni to przemysł, który nie ucierpiał i nie zmniejszył produkcji. Ucierpiały i nadal cierpią przedsiębiorstwa średnie i małe. Rzemiosło, a głównie strefa usług; handel, turystyka, gastronomia, kultura fizyczna, instytucje kultury i rozrywki. Prywatna inicjatywa w nazewnictwie sprzed 1989, największy obszar gospodarki, angażujący najwięcej ludzi.
Pandemia ogranicza, czy nawet zawiesza na nim konkurencję rynkową. Powodzenie, jego brak, klęska zależą od aktualnych ograniczeń administracyjnych. Kolejne rządowe tarcze pomagają w stopniu bardzo umiarkowanym i coraz słabiej. Pieniądze się wyczerpują, a polityka NBP i Rady Polityki Pieniężnej, praktycznie – rządu, sprzyja osłabieniu złotego. Jeśli konfederatom, ziobrystom i … demokratycznej opozycji uda się storpedować unijne miliardy, nastąpi klęska. Przyjmy jednak, że opozycja zmniejszy tylko swoją porażkę wizerunkową, wstrzymując się od głosowania i te pieniądze będą.
Konkurencję rynkową ogranicza nie tylko procedura antykowidowa. W prawie podatkowym PiS wprowadził możliwość uznania przez fiskusa każdej decyzji biznesowej za optymalizację podatkową, czyli próbę uchylenia się od podatku lub jego zmniejszenia. Opanowywanie przez PiS struktur samorządowych będzie wprowadzać korupcyjną symbiozę z lokalną władzą, jak Jadwiga Staniszkis określiła kiedyś sytuację prywatnej inicjatywy w PRL.
Nie sprzyja jej teraz także tępe doktrynerstwo lewicy. Dla Adriana Zandberga, Rafała Wosia i im podobnych przedsiębiorca jest z definicji wrogiem publicznym numer jeden, zawsze wyzyskiwaczem pracowników. Dobrze, że RPO nie zostanie kandydat i Macierewicz lewicy w osobie Piotra Ikonowicza.
Zagrożeni przedsiębiorcy rozpaczliwie walczą o zachowanie swoich biznesów. Najważniejsze jest utrzymanie zatrudnienia, czy choćby ograniczenie zwolnień. Zapewne wiele zależy od poczucia lojalności w niewielkich grupach, lecz ważniejsza jest świadomość, że kiedy gospodarka ruszy, trudno będzie o pozyskanie pracowników. Budynki i lokale pozostają, a w nich wyposażenie, które pozostaje przydatne przez rok czy dwa.
Nie wszystkim udaje się przetrwać i przy obecnym wzmożeniu obostrzeń dojdą kolejne obiekty wystawione na sprzedaż za małe pieniądze. Ktoś jednak to kupuje po to, by uruchomić, kiedy nastanie pora. Przedsiębiorcy i klienci już przebierają nogami.
Prywatna inicjatywa – zostajemy przy nazwie – przebijała się przez powojenną speckomisję ds. zwalczania spekulacji. W formie przetrwalnikowej uchowała się jakoś za Bieruta i za Gomułki. Wykorzystała, w jakim stopniu było można – i więcej – gierkowską dekadą rozwoju, który miał być dynamiczny. Poradziła sobie w stanie wojennym i to ona zapoczątkowała odbudowę rynku w pierwszych chwilach III RP. W górę serca, bo zapoczątkuje powrót do normalności po pandemii.
*
Porównanie klęski pandemii z II WŚ jawi się jako nadużycie, ale nie w stu procentach. Dla każdego człowieka jego klęska jest najważniejsza. Wojna, kryzys, zaraza. Nieliczni dłużej albo już zawsze przeżywają cierpienie. U większości jednakże każde gwałtowne spustoszenie wywołuje reakcję obronną, imperatyw; odnaleźć, odbudować, przywrócić stan utracony, nadrobić.

Ernest Kajetan Skalski
Ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.

W czasach kiedy w miejscach publicznych były spluwaczki wiele gazet miało dumne hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie sie”. Dziś spluwaczek na szczęście już nie ma, a gazety powinny mieć hasło 'Nie pluć, nie zanieczyszczać środowiska”. Globalizacja jest i będzie, pandemia minie, najbardziej niepokojące wydaje się pytanie o demokrację, model chiński może okazać się bardziej kuszący. Parlamentaryzm okazał się zbyt trudny. Nad szczepionką przeciw zarazie odrazy do parlamentaryzmu nikt nie pracuje.
Gwoli ścisłości. Spluwaczki były już podczas okupacji. „Proletariusze” zaczęli się pojawiać chyba dopiero w 1948. Początkowo nowa władza udawała, że nie jest komunistyczna. Demokracja ludowa – tak się to nazywało.
2. A gdyby Pan spotkał się z p. Zandbergiem i opracowalibyście razem program dla Polski? Pan pilnowałby kasy a on spraw socjalnych? Chyba nie ma tutaj żadnych konkretów a są tylko same uprzedzenia.
1. Ile można wracać do tematu głosowania – przecież opozycja ma prawo żądać sprawiedliwego podziału środków, przecież głosować można do skutku, po drodze nie uczestniczyć w forsowanych głosowaniach w których Pis nie przyjmuje nic do wiadomości – gdy nie będzie wyjścia i tak ma większość w takim quorum i jak ostatnio mówił p.Budka i tak nic nie możemy? W żadnym rozdaniu nie szykuje się większość ziobrystów i konfy. Chce Pan wciąż tego głupiego wekslowania ustaw przez opozycję bez żadnych warunków? O tym nasza część mediów przez ostatnie 5 lat nie pisała, bo nie było się czym chwalić. Teraz też mamy tylko podwinąć kitę i iść sobie obejrzeć serial w tv?
To tak nie idzie. Zandberg to to cała lewicowa koncepcja społeczeństwa, a nie pilnowanie spraw społecznych, czy jakichkolwiek innych.
Opozycja ma prawo żądać, a władza ma prawo nie dyskutować. Jak się żąda to wszyscy muszą wiedzieć czym grozi odrzucenie żądań. Skutecznym torpedowaniem pomocy unijnej? Klęska totalna Polski w Polsce i w Europie. Prawdopodobne wstrzymanie się od głosu to tylko klęska wizerunkowa opozycji. Praktycznie platformy.
Czy poparcie tekstu ustawy dającego niesprawiedliwy podział środków to będzie poprawa, utrzymanie czy utrata wizerunku opozycji? Czy bycie frajerem jest postawą budującą wizerunek?
Nieuczestniczenie w głosowaniach nad niesprawiedliwym tekstem ustawy czy uchwały wydaje mi się postawą racjonalną, a Pis już nie takie numery robił łącznie z „reasumpcją głosowania”, poza tym przy nie uczestniczeniu opozycji w głosowaniu Pis będzie miał większość nad swoimi ultraultrasami i przegłosuje to co będzie chciał. Jak potem tłumaczyć mieszkańcom miast i regionów rządzonych przez opozycję, że nie dostali nic a dla miast rządzonych przez Pis jest podłączona kroplówka?
Wydaje mi sie, że problem z dzisiejszą lewicą (amerykańską, izraelską, polską, czy angielską) jest to, że stała się farsą tego, co było lewicą socjaldemokratyczną starającą sie w parlamentarnych zmaganiach złagodzić podstawowe problemy społeczne. Dziś ktokolwiek przestaje powtarzać puste hasła, schodzi do parteru i zajmuje się konkretnymi sprawami, staje się centrystą, a tym samym renegatem, który porzucił rewolucje (Socjaldemokraci też byli renegatami, jak zapewniał Plechanow i Lenin). Drobny przykład, w związku z przemianami całego rynku pracy związki zawodowe przestały pełnić swoją funkcję, utraciły zaufanie pracowników najemnych, często szkodzą zamiast pomagać, nierzadko ich działania kończyły sie bankructwem przedsiębiorstw i likwidacja miejsc pracy zamiast poprawą sytuacji zatrudnionych. Podobny problem ze spółdzielczością. Szukanie praktycznych, realnych rozwiązań nie trapi politycznej lewicy ograniczającej sie do krzykliwego anty (antykapitalizm, antyglobalizm, anty…), które stało się samą istota działania. Efektem jest wyłącznie postępująca marginalizacja partii lewicowych.
Nie wystarczy być otwartym, liberalnym i jednoczesnie roztropnym w stosunku do gospodarki. Państwo przyszłości jest też otwarte, liberalne i jednoczesnie roztropne w stosunku do spraw społecznych. Z idei lewicowych czerpie pożyteczne rozwiązania i nie marginalizuje politycznej lewicy, bo wie, że to właśnie wykluczenie prowadzi do radykalizacji. A tak się jakoś składa, że to idee lewicowe były i są awangardą postępu cywilizacyjnego. Zresztą sympatie społeczne się odwracają jak wynika z ostatnich badań i partie lewicowe zyskają z czasem. Chętnie zgodziłbym się z argumentem o centrystach ale w polskich warunkach centrum jest ostatnio gdzieś pomiędzy nacjonalizmem, a konfensjonałem. Czy to centrum zajmuje sie polskimi przedsiębiorcami, polską klasa średnią?
Czytam, jak zawsze, z zainteresowaniem to co pisze Redaktor Skalski. Jak zawsze prezentuje swój łagodny liberalizm gospodarczy. Ale formułuje Pan, Panie Redaktorze również opinie trudne do przyjęcia.
Przyklad pierwszy – Piotr Ikonowicz, szaleniec boży nie może zostać Rzecznikiem Praw Obywatelskich dlatego bo to duża instytucja a Piotr jest społecznikiem i, moim zdaniem, szkoda by go było gdyby zmienił się w urzędnika. To tak na marginesie bo w tym Parlamencie Ikonowicz nie ma szans mimo, że poprzedni był kandydatem lewicy.
Powiedzieć, ze Zandberg to „cała lewicowa koncepcja społeczeństwa” to nic nie powiedzieć, nic poza tym, ze ma się odmienny pogląd, inną koncepcje społeczeństwa. To oczywiste, każdy może mieć swoje myślenie, jeszcze może…
Świat po pandemii będzie inny – to poza dyskusją. Pytanie czy będzie lepszy? I jak to zrobić by takim się stał. Receptą na to nie jest na pewno stwierdzenie, że nic się nie zmieni, ze business as usual..
powiem więcej – gdyby tak mialo być to lepiej by ta pandemia szybko się nie skończyła. Jedną z przeslanek, ze tak właśnie bedzie jest to co widzimy w świecie firm farmaceutycznych które kierują się zasadą business as usual, nawet gdy jest czas pandemii, gdy trzeba wyjść poza jedyną zasadę tego biznesu, zasadę opartą na chciwości bo ta jest przecież dobra, nieprawdaż ?
Dziękuję za uwagę i uwagi.
Ikonowicz, boży czy nie boży, ale szaleniec. Na funkcje publiczne się nie nadaje. Niektórym podoba się jako Robin Hood, mnie nie.
To samo z p. Zandbergiem. Dyskusja nic nie da, przy odmiennej postawie aksjologicznej nikt nikogo by nie przekonał.
To nie musi być przeszkodą gdy trzeba wynegocjować modus vivendi et operandi, ale…
A. Zandberg jest politykiem bardzo zauważalnym, z minimalną mocą sprawczą. Ja jestem poza polityką.
Jeśli pandemii już nie będzie w roku 2021, to obaj mamy jeszcze szansę zobaczyć co się zmieniło, a co nie. Od razu, bo pewne zmiany wymagają czasu.
Ja obstawiam, że nie będzie to świat, którego nie poznamy.
W 2015 roku nikt z partii Razem nie wyobrażał sobie koalicji z SLD. Nie jest wykluczone, że to co wydaje się niemożliwe dzisiaj – koalicja Lewicy (łącznie z Razem) z KO dojdzie do skutku w 2023 roku. Poglądy lewicowców ewoluują a w Platformie może powstać potrzeba tworzenia szerszego frontu, żeby nie utracić drugiego miejsca na rzecz Hołowni. Proszę sobie teraz wyobrazić, że głosując na liberała w Warszawie odda Pan też pośrednio głos na Zandberga 😉
Pandemia jak wszystko kiedyś się skończy, mimo iż póki co specjaliści przebąkują o możliwosci czwartej fali.
*
Pan Redaktor ma rację – porównywanie skutków pandemii Covid-19 ze skutkami II WŚ jest poważnym nadużyciem, a biorąc pod uwagę skalę ofiar i zniszczeń takie porównanie jest zupełnie nietrafione. Istnieje inna perspektywa po pandemii – wszyscy obywatele RP urodzeni począwszy od II połowy 1945 r. (a być może kilka lat wczesniej również) zupełnie wojny nie pamietają. (Chyba, że tę polsko-jaruzelską!) Dla tych wszystkich pokoleń obecna pandemia jest jak dotąd najbardziej traumatycznym doświadczeniem zbiorowym, jeżeli pominąć doświadczenia indywidualne. Być może takie doświadczenie będzie pomocne w budowaniu pewnej zbiorowej roztropności – tak jak POlacy po doświadczeniach powstania warszawskiego wykazywali sie ostrożnoscią w kolejnych zrywach narodowych, tak byc moze pandemia skłoni naszych rodaków do roztropnosci politycznej i wybierania polityków racjonalnych, zamniast oszołomów. Nie wiem czy tak będzie, ale bardzo chciałbym w to wierzyć.
*
Co do odbudowy życia gospodarczego po pandemii głeboko wierzę w zaradność, przemyślność i pomysłowość naszych obywateli, bo to cechy które nam pomagały po zaborach, powstaniach, wojnach, po PRL-u, a teraz gromadzimy nowe doświadczenia. Warto także pamiętać, że straty kapitałowe po pandemii nie są tak katastrofalne jak po wojnach.
*
Opozycja w sprawie Funduszu Odbudowy znajduje sie w sytuacji konieczności rozwiązania kwadratury koła, ale nie zakładam scenariusza katastrofy. Od tego są politycy aby wychodzic z opresji, a ostatnio robią to coraz lepiej. Nie warto zresztą niczego im podpowiadać, bo i tak nie skorzystają.
Może warto przy okazji przypomnieć co autor hasła w tytule tej notatki miał na myśli, tutaj. Na wszelki wypadek, żeby się czasami domyśleć, że czasami także no, you should not.
Każda katastrofa staje się katalizatorem zmian. Takim była IIWŚ, takim jest covid-19. Im większa katastrofa i im dłuższy okres spokoju przed nią, tym więcej zmian czeka na realizację. Można to porównać do trzęsienia ziemii – naprężenia w skałach narastają i wcześniej, czy później następuje odprężenie i wyzwolenie energii – trzęsienie ziemii.
Dzisiaj najbardziej boli to, że rządy Kaczyńskiego nie tylko niweczą osiągnięcia transformacji społecznej ostatnich 75 lat, ale też odrestaurowują trupa życia społecznego lat 30. ubiegłego wieku. Właściwie dwa trupy, bo zaczęli od pudrowania trupa gospodarki peerelowskiej. Ale żeby być sprawiedliwym należy wskazać decyzje pierwszych lat rządów w wolnej Polsce, które zainicjowały procesy cofania transformacji społecznej (koncesje na rzecz KRK). Przez te 25 lat wszystkie kolejne rządy budowały grunt pod władztwo JK, łącznie z Tuskiem i jego PO.
Z mojej prywatnej perspektywy dzisiejsza Polska jest dinozaurem, żywą skamieniałościa niebezpiecznie bliską usankcjonowanych prawem stosunków społecznych, rodem sprzed 100 lat, właściwie hybrydą państwa quasi wyznaniowego i jednopartyjnego państwa jedynie słusznej ideologii. A jeszcze 31 late temu mieliśmy wszystkie atuty żeby zbudować jedno z najbardziej nowoczesnych społeczeństw na świecie. Czy covid-19 stanie się wystarczającym katalizatorem? Czy wyzwoli wystarczającą energię do odwrócenia kierunku zmian? Bardzo chciałbym dzielić optymizm red. Skalskiego. Z jednym zastrzeżeniem: w sensie ustrojowym sytuacja sprzed pandemii była daleka od europejskiej normalności.
„A jeszcze 31 late temu mieliśmy wszystkie atuty żeby zbudować jedno z najbardziej nowoczesnych społeczeństw na świecie.”
Mieliśmy atuty i szanse, ale nie mieliśmy wielu innych rzeczy potrzebnych, w tym m.in. świadomych kadr, determinacji, powszechnego zrozumienia konieczności znaczących nakładów pracy. Nie mieliśmy także zasobów intelektualnych i naukowych, pozwalajacych zneutralizować kilkusetletnie zapóźnienia przede wszystkim wsi i małych miasteczek, a częściowo środowisk wielkich aglomeracji. Nie mieliśmy także ani zasobów, ani narzedzi ani wreszcie świadomosci konieczności zneutralizowania destrukcyjnego wpływu KRK na życie społeczne Przykłady nowoczesnych społeczeństw są najlepszą możliwą ilustracją metod i okloliczności w jakich zostały zbudowane. W Europie ZAchodniej takimi wzorcami są społeczeństwa Holandii czy Szwajcarii oraz państw skandynawskich, a w naszym najblizszym otoczeniu społeczeństwo Czech.
Owszem, jesteśmy społeczeństwem niejednorodnym, częściowo zacofanym i wstecznym. Właśnie okres kaczyzmu jest najlepszym drogowskazem co musimy zmienić, aby nie przeżywać więcej takich długich lat cofania się w rozwoju społecznym.
Czy w 1989 roku nie zaniedbaliśmy sprawy przez brak położenia nacisku na priorytet prawa w odzyskanym kraju? Historycznie narzucanego przez okupantów/zaborców.
Kultury prawa jednakowego dla wszystkich trzeba się uczyć latami, ale to procentuje. Wreszcie byłoby nasze.
Zamiast tego premier Mazowiecki postawił Kościół ponad jego zasadami.
Wszystko to prawda – rzeczywiście zaniedbano kształtowanie kultury prawnej a szerzej kultury i świadomości obywatelskiej. Wszystko w powiązaniu z faktycznym, a nie formalnym wykluczeniem szerokich kregów społecznych.
*
To nie „premier Mazowiecki postawił Kościół ponad jego zasadami”. Konkordat negocjowało i przyjmowało wielu innych polityków. Pozycji KRK w POlsce winna jest wiekszość ówczesnej a przez dziedziczenie i kunktatorstwo – dzisiejszej klasy politycznej.
Czy to oznacza, że Konkordat stał się ważniejszy od Konstytucji i umocował pozakonstytucyjne wprowadzenie religii do szkół? Za co więc przepraszał prof. Samsonowicz?
To oznacza, że do tej pory ugrupowania partyjne i liderzy nie mieli odwagi dokonać faktycznego rozdziału krk od państwa. Częścią takiego rozdziału jest usunięcie nauczania religii ze szkół do salek katechetycznych.
W ogólności tak jest. Przywowalem premiera Mazowieckiego, gdyż szukam precedensu w tej ważnej i zaniedbanej sprawie. Nie znalazlem innego, tak brzemiennego w skutki. Tym większy żal, że był to najlepszy z naszych premierów, choć działający w bardzo trudnych czasach.
To NIE Mazowiecki !!! Religię do szkół wprowadził rząd Hanny Suchockiej; jej rząd podpisał umowę międzynarodową (konkordat) w 1993 r. Ustawę o wyrażeniu zgody na ratyfikowanie umowy międzynarodowej przyjął sejm za czasu AWS-UW, podpisał ustawę Kwaśniewski. Kropka.
30 sierpnia 1990 r. ówczesny minister edukacji, prof. Henryk
Samsonowicz, w porozumieniu z premierem Tadeuszem Mazowieckim wydał
instrukcję o powrocie religii w szkolne mury. Tak tłumaczył tę decyzję w
wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2012 r.: „Ja nie przywróciłem
religii do szkół, tylko umożliwiłem – zgodnie z wolą większości rodziców
i nauczycieli – wprowadzenie religii jako przedmiotu dodatkowego. (…)
Widać nieprawdę napisali w onecie
https://wiadomosci.onet.pl/religia/opinie/religia-w-szkolach-minelo-30-lat-od-wprowadzenia-lekcji-religii/vw7928r
30 sierpnia 1990 r. ówczesny minister edukacji, prof. Henryk
Samsonowicz, w porozumieniu z premierem Tadeuszem Mazowieckim wydał
instrukcję o powrocie religii w szkolne mury. Tak tłumaczył tę decyzję w
wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2012 r.: „Ja nie przywróciłem
religii do szkół, tylko umożliwiłem – zgodnie z wolą większości rodziców
i nauczycieli – wprowadzenie religii jako przedmiotu dodatkowego. (…)
Widać nieprawdę napisali w onecie
[wiadomosci.onet.pl/religia/opinie/religia-w-szkolach-minelo-30-lat-od-wprowadzenia-lekcji-religii/vw7928r]
30 sierpnia 1990 r. ówczesny minister edukacji, prof. Henryk
Samsonowicz, w porozumieniu z premierem Tadeuszem Mazowieckim wydał
instrukcję o powrocie religii w szkolne mury. Tak tłumaczył tę decyzję w
wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2012 r.: „Ja nie przywróciłem
religii do szkół, tylko umożliwiłem – zgodnie z wolą większości rodziców
i nauczycieli – wprowadzenie religii jako przedmiotu dodatkowego. (…)
Z Onet religia za Przeglądem (link odrzuca) z 11 wrz 20 16:10
Widać onet się pomylił.
„Nie sprzyja jej teraz także tępe doktrynerstwo lewicy. Dla Adriana Zandberga, Rafała Wosia i im podobnych przedsiębiorca jest z definicji wrogiem publicznym numer jeden, zawsze wyzyskiwaczem pracowników. Dobrze, że RPO nie zostanie kandydat i Macierewicz lewicy w osobie Piotra Ikonowicza.”
Gdyby lewica miała wyższe sondaże to taka charakterystyka jej liderów, jaką przedstawił Autor, na pewno pojawiłaby się w pisowskich mediach i wypowiedziach pisowców. To zresztą nie pierwszy raz, gdy Autor traktuje tak lewicę, bez względu na okres czy występujące tam postaci. Przypomniała mi się amerykańska prawica, która prezydenta Obamę nazywała komunistą. Chyba Autor ma podobne reakcje – lewica, a więc zaraz wrócimy do kołchozów i zlikwidujemy własność prywatną.
Jakoś nie zauważyłem aby Adrian Zandberg okazywał wrogość przedsiębiorcom, natomiast walczy o prawa pracowników. A nazwanie Piotra Ikonowicza Macierewiczem lewicy jest zwyczajnym świństwem.
Świństwo, nie świństwo, ale prawda.
A potrafi Pan to uzasadnić? Ale nie jakimś wyrwanym cytatem.
Miło mnie Pan zaskoczył, bo myślałem, że już nikt tu nie zajrzy.
Nie mam żadnego cytatu na podorędziu i nie mam czasu by szukać. Obu tych panów obserwuję od lat; co robią, piszą i mówią.
Odczekał Pan 11 dni żeby napisać „zostaję przy swoim”, ale żeby nikt tego nie zauważył. Disqus podsyła autorom wpisy komentujących, więc zauważyłem. Oczekiwałem, że zgodnie z Pana deklaracją wyrażoną jakiś czas temu na łamach SO, zechce Pan z radością podjąć polemikę, ale tu brak Panu argumentów.
Myślę, że Pan ma jakieś „lewicowe skrzywienie” i trudno Panu powstrzymać niechęć do wszystkiego co ma choćby w nazwie „lewica”. Ciekawe, dlaczego i od kiedy?
To porównanie to było czyste świństwo. Ikonowicz od lat broni ludzi eksmitowanych brutalnie na ulicę, robi to jako prawnik, robił jako poseł. Przez lata mieszkała u niego rodzina wyeksmitowana z mieszkania. Pominę inne jego działania i wypowiedzi, ale to w żadnym razie nie daje się porównać ze szkodliwym pajacem Macierewiczem. Pan to przecież wie, czyta Pan przecież ogromne ilości materiałów, więc czemu taki upust niechęci? Dziennikarz powinien być uczciwy, może co najwyżej potem dodać „a ja go mimo wszystko nie lubię” – tak sobie to wyobrażam.
Ponieważ Pan to przeczyta, więc piszę. Wśród wielu ambitnych planów mam i ten, żeby tak jak Pan sugeruje solidnie uzasadnić mój stosunek do lewicy. Tu jedynie napiszę, że gdy lewicą jest jakaś socjaldemokracja, partia rozbudowanego systemu świadczeń społecznych i odpowiednich podatków, a prawicą jakaś partia umiarkowanych podatków, to oba kierunki uważam za uprawnione i potrzebne, głosując na prawicę.
Moja prywatna teoria wszystkiego to uznanie, że wszystkie nieszczęścia biorą się ze skrajnego nadmiaru i skrajnego niedoboru. I dlatego nie lubię ekstremistów. Macierewicza, Kaczyńskiego, Ziobrę, a toleruję, acz z niechęcią, Gowina.
Na tej zasadzie nie lubię Ikonowicza, Zandberga, Lempert. Szlachetność nie ma tu nic do rzeczy. Im jej więcej tym gorzej. Szlachetni byli Robespierre, Saint Just, Dzierżyński, Trocki?,Pol Pot, Castro, Guevara i Chavez, który się tak Ikonowiczowi podoba. Podobnie jak Rewolucja Październikowa.
Pan tym wypowiedziom nie przydaje znaczenia, a ja wiem – było nie było, historyk z wykształcenia – że tacy ludzie traktują je serio i krwawo realizują swe zamiary zbawienia narodu, klasy, ludzkości. Nie przydaję więc większego znaczenia wsparciu paru bezdomnych.
Pozostaję z szacunkiem i niekłamanym, uznaniem dla pańskiej TV na SO.
Ernest Skalski
P.S. Zauważyłem, że wyszedł mi tekścik, takie skrótowe credo, z którym już mogę wyjść na powierzchnię, o ile go nie rozbuduję. Dziękuję za inspirację.