Ernest Skalski: Yes we can11 min czytania

()

22.03.2021

grayscale photo of person wearing mask

Wszystko się kiedyś skończy, wiec i ta epidemia także. Kiedy? Oto jest pytanie!

Z metod matematycznych dostępna mi jest jedynie ta prymitywna: w pierwszym kwartale zaszczepi się coś ponad pięć milionów. Może nastąpi wkrótce wysyp szczepionek, a może nie. Wierzmy, że nie będzie wielkiej zapaści dostaw. Więc przyjmijmy, że po pięć milionów na kwartał i do końca roku – będzie nas zaszczepionych ok. dwudziestu milionów. Ilość uodpornionych przez wirusa na koniec roku trudno określić. Na pewno o wiele, wiele więcej niż oficjalne dwa miliony z czymś, na dzisiaj. A w tej wielkiej nadwyżce jest jakaś liczba tych, którzy nie wiedzą, że przeszli tę francę bezobjawowo. Wielu z nich też się zaszczepi. Zbiorowość uodpornionych pochorobowo, tak jak tych, co poszczepiennie, będzie się powiększać w najbliższych miesiącach. Tu włączam intuicję i przypuszczam, że tych uodpornionych tak czy inaczej, na wejściu w rok 2022 powinno być może dwadzieścia pięć milionów. Czy to nie jest wielkość rzędu odporności stadnej?

Na jak długo starcza odporności po chorobie czy po szczepieniach będzie wiadomo po bardzo wielu miesiącach, a może i latach. Podobno już są pierwsi powtórnie zakażeni ozdrowieńcy. Jeśli jednak zaczną się pojawiać jakieś znaczące liczby, to sukcesywnie. A po kolosalnej akcji masowych szczepień, nawet nasza służba zdrowia powinna sobie poradzić.

Zaś cały powyższy wywód po to, by móc sobie wyobrazić poprawianie się sytuacji w drugim półroczu i rok 2022 już po pandemii.

Hosanna na Wysokości? Ależ nie! Nic już ma nie być takie samo!

Gówno prawda. Wirus obleciał cały świat, ale nikt nie odwoła globalizacji. To nie jest wymysł Gatesa i Sorosa, ale produkt cywilizacji. I jak wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Coś się zapewne zmieni; magazyny na wypadek przyhamowania dostaw, lepsze przepisy sanitarne, a poza tym business as usual.

Powtarza się tę mantrę, że już wszystko inaczej, co rusz, przy wydarzeniach wychodzących poza rutynę – outstanding. Powtarza się też chińskie – ponoć – przekleństwo: obyś żył w ciekawych czasach! Przy czym każdy – no, prawie – by lubił, aby jego czasy były ciekawe. Najlepiej już te minione. Pochwalić się, pożalić. Dorwać się jakoś do głosu ze swą relacją.

Dlaczego mam być ponad to?

Patrzę z wyrozumiałością na tych, dla których obecna pandemia będzie największym wstrząsem we wspomnieniach. Co wy tam wiecie? Ale bardzo chcę, by wnuk i wnuczka do końca dni swoich mogli na tym wstrząsie poprzestać. Ja pamiętam drugą wojnę światową i chyba nie ma już takich, którzy by mogli zaprzeczyć, że byłem chłopcem ciekawskim, bystrym i spostrzegawczym. Mogącym co nieco spamiętać i opowiedzieć. Niechby z pozycji dziecka wojny. Ale nie będę o nie przynudzać. Istotne wydają mi się czasy zaraz po niej, kiedy już byłem nastolatkiem.

A teraz, jak to u dziadersa, dygresja. Długa, przepraszam.

De profundis

Kto dużo obejmuje, ten mało ściska. Więc o ile to możliwe, mało o kwestiach politycznych tamtego czasu, jak i o sytuacji politycznej dziś. Wtedy też byliśmy podzieleni. Niechęć, nienawiść, pogarda w stosunku do władzy obejmowała znacznie większe kręgi niż dzisiaj. Ja akurat byłem jej zwolennikiem, ale jako harcerz z niekłamanym zapałem brałem udział w tzw. podchodach w krakowskim Lasku Wolskim, sposobiąc się do odbicia Lwowa i Wilna. Dwójmyślenie, co tu ukrywać.

Tamtej władzy nikt nie wybierał, lecz była nie do usunięcia, co nie od razu docierało do wszystkich. Ale to zakończenie wojny dominowało w życiu większości. Z perspektywy obecnej polityki historycznej brzmi to, jak herezja, lecz chyba dla większości ważniejsze było, że już nie ma wojny, że nie będzie ona nadal zabijać, niż to, że z jej zakończeniem nastała niechciana władza. Z tego, że będzie zupełnie coś innego, niż do wojny daleko nie wszyscy sobie zdawali sprawę. Czyli są pewne podobieństwa tego, co było do tego, co będzie po zakończeniu pandemii, ale różnice są większe.

W szpitalu MON na Szaserów w Warszawie widziałem parę lat temu pawilon oddziału dla tych ze stresem bojowym. Po Iraku, Afganistanie. Rozumiem, nie wydziwiam. Lecz jeszcze gdzieś dożywają swoich dni już nieliczni żołnierze z frontów wojny światowej. Łatwo się domyślić, jak oni postrzegają nasze misje bojowe w ostatnich latach. Po II WŚ były tych weteranów tłumy i nie robili wrażenia zestresowanych. I nie oni byli najbardziej doświadczeni przez wojnę. KZ-ty i łagry były straszniejsze niż wojowanie. O ile chyba co drugi facet donaszał mundur jakiegoś wojska, to obozowych pasiaków się nie widziało.

Poszkodowanych było wielu. Na każdym kroku spotykało się inwalidów, bez rąk, nóg, o kulach, bo protez nie było. I ociemniałych. Pamiętam jakie zażenowanie, czy raczej palący wstyd budzili – czuję go jeszcze dziś – żebrzący inwalidzi, w mundurach z baretkami, czy orderami. Czasem grający na czymś lub śpiewający. I nie pomagało wmawianie sobie, że to może oszuści, którzy się podszywają.

Wszędzie były spluwaczki i napisy: „Pluć tylko do spluwaczki”. Chorowano i umierano na gruźlicę. Chorych na nią na pewno było więcej niż dziś na covid i chorowało się dłużej. Nie wiem jak z ówczesną statystyką zgonów. Ze szkoły pamiętam duńską ekipę z małoobrazkowym – wtedy sensacja – RTG i szczepionki przeciw gruźlicy. Lecz najważniejsze było to, że w po wojnie w Polsce zabrakło dziewięciu milionów ludzi. 33 – 9 = 24.

Siła robocza to pojęcie, które deprecjonuje, bo taka siła to również konie i silniki. Angielskie manpower, chyba bardziej pasuje. Ci, których zabrakło, do wojny zajmowali miejsce w społeczeństwie, produkowali i świadczyli usługi. Przy czym najbardziej brakowało tych, którzy wnosili najwięcej i byli najbardziej potrzebni. Wykształconych. Oni najaktywniej walczyli, ich w pierwszej kolejności mordowały obie walczące strony i w tej zbiorowości najwięcej było tych, którzy nie mogli i nie chcieli wrócić do kraju.

Nasz materialny stan posiadania, według szacunków, był w jednej trzeciej zniszczony, a funkcjonowanie całości zostało kompletnie zdezorganizowane. Do tego Polskę przesunięto na zachód. Utracone tereny były i przed wojną stosunkowo mniej rozwinięte cywilizacyjnie na tle całości, ale były jej częścią i coś do tej całości wnosiły. Ich zamiana na, tak zwane wówczas, Ziemie Odzyskane okazała się historycznie korzystna, ale wtedy to było wyzwanie. Choćby poniemiecka gęsta sieć energetyczna, którą trzeba było przebudowywać z napięcia 120 wolt na 220. Akurat pamiętam, bo zajmował się tym przyjaciel rodziny, inżynier Jackiewicz, któremu udało się przeżyć KZ.

Front przeszedł tamtędy tylko raz, ale też nie bez skutków. Wdziałem Wrocław z 1948 roku bardziej zniszczony niż Warszawa. Wysiedlano do Niemiec ludność, która obsługiwała te tereny, a rodacy musieli się tej obsługi nauczyć. Dla wielu było to miejsce szabru, a sojusznicy demontowali i wywozili „trofiejne” urządzenia przemysłowe.

Pewnie za bardzo się rozpisałem o tym akurat wycinku ówczesnej rzeczywistości, lecz te ziemie były głównym i nachalnie wtłaczanym argumentem, mającym udowodnić, że pomimo wszystko wygraliśmy wielką wojnę.

– A ty, siadłszy, płacz! – można sobie wyobrazić wańkowiczowski w stylu komentarz przesiedleńców ze wschodu, gdyby mieli wtedy głowę i czas na refleksję. Powszechna była świadomość strasznej straty, a jakoś nie czuło się powszechnej traumy. Reakcja narodu była taka sama jak po najeździe tatarskim, rajdach husytów, Potopie, oraz zniszczeniach i przemieszczeniach I wojny światowej i wojny z bolszewikami. Nadrzędnym imperatywem stała się odbudowa mniej więcej normalnej egzystencji, niezależnie od tego, co myślano i mówiono o nowej władzy.

Sursum corda!

Wyrosło już pokolenie, które nie pamięta gwałtownej erupcji handlu i wszelkiej innej przedsiębiorczości w momencie upadku PRL. Było w tym coś z materii i atmosfery krótkiego okresu zaraz po wojnie. Zanim nowa władza wzięła się za budowę nowego ustroju, zaczynając od „bitwy o handel”, czyli likwidacji prywatnej przedsiębiorczości, podstawowej materii gospodarki rynkowej. To nam teraz nie grozi. Nawet przy PiS-owej etatyzacji gospodarki à la scalanie jej przez Obajtka et consortes. Patrz tekst Krzysztof Łoziński: Morawiecki się wygadał.

Covid 19 zabił jak dotąd pięćdziesiąt tysięcy. Będzie jeszcze zabijać w ciągu najbliższych miesięcy. Będzie też powiększała się liczba tych, którzy umierają, bo nie dostają na czas – czy w ogóle – pomocy ze strony służby zdrowia, zaangażowanej w ratowanie bieżących ofiar pandemii. Kiedy się ona skończy, będzie można podliczyć, ilu nas z jej powodu zabraknie. Będzie to nadwyżka nad ogólną liczbą zgonów, umierających stale w takim okresie. Gwoli ścisłości wypadałoby uwzględnić, że zaczęli już umierać najstarsi z licznych roczników powojennego wyżu demograficznego. Tzw. baby boomers, według aktualnego nazewnictwa. Ogólna liczba zmarłych z powodu pandemii będzie się mogła mieścić między setką i dwiema setkami tysięcy. To bolesna i wielka strata, ale zupełnie nieprzystająca do tych dziewięciu milionów, których zabrakło po wojnie. Ogólnie rzecz biorąc, brak ludzi nie będzie wpływał na możliwości gospodarki. A manpower to czynnik decydujący.

Praca zdalna, nauka zdalna, kultura zdalna. Bardzo to trudne i poważne problemy i drogo one kosztują. Lecz poza ochroną zdrowia, główne pole walki z pandemią to gospodarka. Inaczej niż po wojnie, kolosalny plus dodatni to przemysł, który nie ucierpiał i nie zmniejszył produkcji. Ucierpiały i nadal cierpią przedsiębiorstwa średnie i małe. Rzemiosło, a głównie strefa usług; handel, turystyka, gastronomia, kultura fizyczna, instytucje kultury i rozrywki. Prywatna inicjatywa w nazewnictwie sprzed 1989, największy obszar gospodarki, angażujący najwięcej ludzi.

Pandemia ogranicza, czy nawet zawiesza na nim konkurencję rynkową. Powodzenie, jego brak, klęska zależą od aktualnych ograniczeń administracyjnych. Kolejne rządowe tarcze pomagają w stopniu bardzo umiarkowanym i coraz słabiej. Pieniądze się wyczerpują, a polityka NBP i Rady Polityki Pieniężnej, praktycznie – rządu, sprzyja osłabieniu złotego. Jeśli konfederatom, ziobrystom i … demokratycznej opozycji uda się storpedować unijne miliardy, nastąpi klęska. Przyjmy jednak, że opozycja zmniejszy tylko swoją porażkę wizerunkową, wstrzymując się od głosowania i te pieniądze będą.

Konkurencję rynkową ogranicza nie tylko procedura antykowidowa. W prawie podatkowym PiS wprowadził możliwość uznania przez fiskusa każdej decyzji biznesowej za optymalizację podatkową, czyli próbę uchylenia się od podatku lub jego zmniejszenia. Opanowywanie przez PiS struktur samorządowych będzie wprowadzać korupcyjną symbiozę z lokalną władzą, jak Jadwiga Staniszkis określiła kiedyś sytuację prywatnej inicjatywy w PRL.

Nie sprzyja jej teraz także tępe doktrynerstwo lewicy. Dla Adriana Zandberga, Rafała Wosia i im podobnych przedsiębiorca jest z definicji wrogiem publicznym numer jeden, zawsze wyzyskiwaczem pracowników. Dobrze, że RPO nie zostanie kandydat i Macierewicz lewicy w osobie Piotra Ikonowicza.

Zagrożeni przedsiębiorcy rozpaczliwie walczą o zachowanie swoich biznesów. Najważniejsze jest utrzymanie zatrudnienia, czy choćby ograniczenie zwolnień. Zapewne wiele zależy od poczucia lojalności w niewielkich grupach, lecz ważniejsza jest świadomość, że kiedy gospodarka ruszy, trudno będzie o pozyskanie pracowników. Budynki i lokale pozostają, a w nich wyposażenie, które pozostaje przydatne przez rok czy dwa.

Nie wszystkim udaje się przetrwać i przy obecnym wzmożeniu obostrzeń dojdą kolejne obiekty wystawione na sprzedaż za małe pieniądze. Ktoś jednak to kupuje po to, by uruchomić, kiedy nastanie pora. Przedsiębiorcy i klienci już przebierają nogami.

Prywatna inicjatywa – zostajemy przy nazwie – przebijała się przez powojenną speckomisję ds. zwalczania spekulacji. W formie przetrwalnikowej uchowała się jakoś za Bieruta i za Gomułki. Wykorzystała, w jakim stopniu było można – i więcej – gierkowską dekadą rozwoju, który miał być dynamiczny. Poradziła sobie w stanie wojennym i to ona zapoczątkowała odbudowę rynku w pierwszych chwilach III RP. W górę serca, bo zapoczątkuje powrót do normalności po pandemii.

*

Porównanie klęski pandemii z II WŚ jawi się jako nadużycie, ale nie w stu procentach. Dla każdego człowieka jego klęska jest najważniejsza. Wojna, kryzys, zaraza. Nieliczni dłużej albo już zawsze przeżywają cierpienie. U większości jednakże każde gwałtowne spustoszenie wywołuje reakcję obronną, imperatyw; odnaleźć, odbudować, przywrócić stan utracony, nadrobić.

Ernest Kajetan Skalski

Ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.

Ernest pisał także:

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

29 komentarzy

  1. Andrzej Koraszewski 22.03.2021
    • Ernest Skalski 22.03.2021
  2. Musz 22.03.2021
    • Ernest Skalski 22.03.2021
      • Musz 22.03.2021
      • Andrzej Koraszewski 23.03.2021
        • Arkadiusz Głuszek 23.03.2021
      • z.szczypinski@chello.pl 23.03.2021
        • Ernest Skalski 23.03.2021
        • Musz 23.03.2021
  3. slawek 22.03.2021
  4. PK 23.03.2021
  5. Arkadiusz Głuszek 23.03.2021
    • slawek 23.03.2021
    • jure g 27.03.2021
      • slawek 28.03.2021
        • jure g 29.03.2021
        • slawek 29.03.2021
        • jure g 30.03.2021
        • Magdalena Ostrowska 31.03.2021
        • jure g 31.03.2021
        • jure g 31.03.2021
        • jure g 01.04.2021
  6. PIRS 25.03.2021
    • Ernest Skalski 04.04.2021
      • PIRS 05.04.2021
        • Ernest Skalski 06.04.2021
        • PIRS 06.04.2021
        • Ernest Skalski 07.04.2021