29.04.2021

Gdy obserwowałem w telewizji sceny z ataku demonstrantów na Kapitol, nasunęły mi się skojarzenia z uwiecznionymi na obrazach z epoki, scenami ataku na Bastylię i szturmu na Pałac Zimowy. Oczywiście natychmiast zdałem sobie sprawę, że historyczne znaczenie tych wydarzeń jest zupełnie nieporównywalne. Przede wszystkim dlatego, że atak demonstrantów na Waszyngtoński Kapitol zakończył się ich porażką. Nie stał się on więc początkiem rewolucji obalającej stary porządek liberalnej demokracji. Przeciwnie, opanowanie sytuacji przez siły porządku oraz potwierdzenie przez Kongres wyniku wyborów stało się podstawą do ogłoszenia zwycięstwa liberalnej demokracji nad zagrażającą jej (jak powiedział J. Biden) „nieliczną grupą ekstremistów, którzy oddają się bezprawiu”. Nie nad demonstrantami, lecz nad reprezentującymi chaos „krajowymi terrorystami”.
A jednak! Nawet pamiętając o tym, co Francuzi określają zwrotem „toute proportion gardée”, czyli o konieczności zachowania niezbędnych proporcji, nie sposób nie zauważyć, że wiele rewolucji i ustrojowych przewrotów w historii też rozpoczynało się od ataku nielicznej grupy „ekstremistów”. Zaś stawały się one początkiem głębokich zmian dlatego, że ci „nieliczni ekstremiści” wyrażali swoim anarchicznym buntem znacznie szerzej zakorzenione społecznie zniecierpliwienie, by nie powiedzieć zanegowanie dotychczasowego porządku społecznego. Dlatego nie potrafię zadowolić się ani najprostszą diagnozą wydarzeń na Kapitolu, jaką przedstawił J. Biden, ani tymi komentarzami, które winą za nie obarczają szerzącą się w Internecie kłamliwą propagandę i fałszywe hasła głoszone przez populistów z D. Trumpem na czele.
W końcu nie można zapominać, że demonstranci, którzy zaatakowali Waszyngtoński Kapitol, mieli za sobą poparcie znacznej części 70 milionów Amerykanów, którzy w wyborach zagłosowali na Trumpa i którzy chcieli innego wyniku wyborów. Zaś na Trumpa zagłosowali dlatego, że poczuli się zdradzeni przez liberalne elity polityczne. Także dlatego, że w tzw. pasie rdzy zaczęli tracić podstawy swej dotychczasowej pozycji społecznej i ekonomicznej i zobaczyli, że ich Ameryka coraz bardziej opanowywana jest przez obce im liberalne elity uwzględniające, gorzej: służące interesom – ich zdaniem – „nowych i gorszych” Amerykanów (niebiałych i Latynosów), którzy wkrótce staną się nieuchronnie większością amerykańskiego społeczeństwa.
Możemy wprawdzie być przekonani, że zarówno przedstawiana przez D. Trumpa diagnoza, jak i zaproponowane przez niego metody uczynienia Ameryki „znów wielką”, są z gruntu fałszywe. Przecież owej „wielkości” Ameryce i dobrobytu jej źle wykształconym białym obywatelom nie przywróci ani budowa muru na granicy z Meksykiem, ani wycofanie się ze światowych porozumień klimatycznych. Aby jednak usunąć społeczne źródła niezadowolenia, którego spektakularnym wyrazem był szturm na Kapitol, trzeba jeszcze o tym przekonać te 70 milionów Amerykanów, którzy zagłosowali na Trumpa.
I tu pojawia się pytanie: Co J. Biden ma im do zaoferowania ?
W swym inauguracyjnym przemówieniu wezwał on Amerykanów do jedności i zapowiedział: „Zjednoczeni możemy robić wielkie rzeczy, ważne rzeczy. Możemy naprawić krzywdy, możemy dać ludziom dobrą pracę, możemy uczyć nasze dzieci w bezpiecznych szkołach. Możemy pokonać śmiertelnego wirusa, możemy odbudować rynek pracy, możemy odbudować klasę średnią i sprawić, że praca będzie bezpieczna, możemy zaprowadzić sprawiedliwość rasową i możemy, po raz kolejny, uczynić Amerykę siłą wiodącą świat ku dobru”. Propozycję J. Bidena można więc w skrócie ująć następująco: Przestańmy ze sobą walczyć. Zjednoczmy się. A wtedy rozwiążemy problemy społeczne będące źródłem niezadowolenia, które doprowadziło do szturmu na Kapitol.
Niestety obawiam się, że J. Biden odwrócił kolejność koniecznych działań i zamienił przyczyny ze skutkami. To nie dlatego Ameryka nie potrafi rozwiązać swoich problemów społecznych, że jest podzielona, lecz dlatego jest podzielona, że nie rozwiązała trapiących ją problemów społecznych. Dopiero odbudowa rynku pracy i pozycji klasy średniej, zapewnienie dobrego systemu edukacji i opieki zdrowotnej oraz przywrócenie białym Amerykanom z marginesu społecznego poczucia współuczestnictwa i współodpowiedzialności za „ich Amerykę” może usunąć najważniejsze źródła obecnych podziałów i przekonać, tych, którzy nie chcieli się pogodzić z przegraną Trumpa, do poparcia „zjednoczonej Ameryki”. Czas pokaże, czy J. Bidenowi się to uda.
Na razie w jego dotychczasowych działaniach nie widzę zdecydowanej woli rozwiązywania problemów prowadzących do rosnącej polaryzacji amerykańskiego społeczeństwa. Jego propozycja to raczej próba powrotu do tego co było przed Trampem.
To zaś może być za mało.
Janusz J. Tomidajewicz
Em. prof. ekonomii na UEP i Uniwersytecie Zielonogórskim.
Założyciel Unii Pracy i wieloletni członek jej władz krajowych i regionalnych.

Trumpowi czasem pewnie zdarzało się powiedzieć coś prawdziwego. Ale nie jestem pewien, czy on sam to wiedział, kiedy to mówił.