08.05.2021

Czasem drobne sprawy wydają się symptomatyczne, chociaż zawsze warto pamiętać o naszej odwiecznej skłonności do wyciągania zbyt daleko idących wniosków. Po przejściu na emeryturę osiadłem w małym miasteczku, zakładając, że to jest dobry punkt obserwacyjny dokonujących się w Polsce przemian. Z wielu względów to była bardzo dobra decyzja, znalazłem tu wspaniałych przyjaciół, a i miejsce pokazywało wiele z tego, co trudno dostrzec z Warszawy czy z Poznania. Można powiedzieć, że jest to Polska C, a może nawet D. Miasteczko bez przemysłu, największe miejsca pracy to urząd gminny i dwie szkoły, trochę rzemieślniczych warsztatów, wysokie bezrobocie. Sporo zmian na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Trudno je uporządkować. Osobiście uważam, że największym sukcesem jest to, że nie spotykam już na ulicach dzieci, które wyglądają na niedożywione.
Kiedy przejeżdżasz przez to miasteczko samochodem, nic cię nie będzie kusiło, żeby się zatrzymać. Mamy prawa miejskie od ośmiuset lat (a wcześniej była tu silna twierdza graniczna), ale miasto było wielokrotnie niszczone, zero zabytków, powiedzieć, że architektura jest mało atrakcyjna to raczej understatement. Upadek komunizmu powoli przywracał tu życie. Nie, miasteczko nie rozkwitło, tu mieszkańcy później niż w innych miejscach kupowali samochody (początkowo głównie wraki sprowadzane z Niemiec). Powoli remontowano domy, pojawił się niewielki supermarket i początkowo nikt nie wierzył, że się utrzyma, ale potem wyrósł drugi i trzeci. Jak zmienia się mentalność? Dobre pytanie. Wielu młodych ludzi ucieka od kościoła, mieszkanie młodych ludzi razem bez ślubu przestało najpierw szokować, a potem dziwić, powoli zmienia się stosunek do pracy. Stare rzemiosło znikło, nowe wymaga kwalifikacji, więc to jest już inny świat, gospodarstwa powolutku przejmuje młode pokolenie rolników myślących w kategoriach rynku. Również w urzędach pojawiły się młode twarze, ludzi bardziej życzliwych i bardziej kompetentnych. I tu zaczyna się właściwa opowieść.
BBC Pension Scheme wypłaca mi emeryturę, więc od czasu do czasu, chce się dowiedzieć o moje zdrowie. Dostaję formularz, w którym mam potwierdzić, że jestem i mam się dobrze, a mój podpis na tym formularzu musi być potwierdzony przez inną osobę. Ta inna osoba może być sędzią, lekarzem, policjantem, nauczycielem, pracownikiem banku, poczty albo samorządu. Poprzednim razem po drodze na pocztę wszedłem do komisariatu policji, wyjaśniam sprawę, a pan komendant oburzony, że policja nie jest od tego, żeby poświadczać podpisy. Było widać, że frustruje go bariera językowa, młoda policjantka zainteresowała się, spojrzała na formularz i śmiejąc się, powiedziała, że oczywiście można mój podpis potwierdzić. Sprawy zaszły już jednak zbyt daleko, autorytet komendanta byłby narażony na szwank, więc kategorycznie zabronił. Trochę mnie to zgniewało, trochę ubawiło, dwieście metrów dalej poprosiłem o przysługę lekarza w przychodni. Lekarz nie miał problemu, zdziwiło mnie, że upierał się, żeby koniecznie przybić jeszcze swoją pieczątkę.
Teraz kiedy znów chciano się w Anglii dowiedzieć, czy nadal żyję, wszedłem do lokalnego banku i uroczej, dobrze znanej pracownicy wyjaśniam, w czym sprawa, tłumaczę najważniejsze zdanie: „Potwierdzam, że emeryt okazał mi dowód osobisty i podpisał ten formularz w mojej obecności”. Pracownica banku rozłożyła bezradnie ręce, oświadczając stanowczo, że prawo jej tego zabrania. Próbowałem wyjaśniać, że to nie bank potwierdza, ale ona osobiście, że nie potrzeba tu żadnych pieczątek, że wystarczy jej nazwisko, adres i podpis. Nic nie pomogło.
Wzruszyłem ramionami i pomyślałem, że na poczcie są teraz młode pracownice, które miały angielski w szkole, więc z nimi będzie łatwiej. Młoda dziewczyna pokręciła głową i zawołała kierowniczkę Urzędu Pocztowego, która oznajmiła, że polskie prawo zabrania udzielania takich potwierdzeń. Nie chciałem łazić do przychodni, bo oni mają tam teraz urwanie głowy ze szczepieniami, pomyślałem, że w gminie, w Biurze Ewidencji Ludności nie będą mieli problemu z poświadczeniem, że widzą, jak podpisuję papierek. Myliłem się, była uczennica naszego gimnazjum, którą znałem jeszcze jako nastolatkę, rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała, że absolutnie nie może poświadczyć, że mnie widzi na własne oczy, usłużnie zaprowadziła mnie do Wyższej Władzy. Wyższa Władza długo wpatrywała się w zawierający kilka zdań formularz, a ponieważ przypominała do złudzenia Sowę P. z Kubusia Puchatka, więc, mimo że wcześniej powiedziałem, co tam jest, postanowiłem przetłumaczyć cały formularz.
Urzędnik najpierw orzekł, że muszę to notarialnie przetłumaczyć, a potem stwierdził, że absolutnie nie może poświadczyć, że przy nim coś podpisałem. Jego strach, ukrywany za powagą Urzędu i udawaną znajomością nieistniejącego prawa był tak komiczny, że nie mogłem się powstrzymać od wybuchu śmiechu.
Miałem potem wyrzuty sumienia. Musiałem tym śmiechem urazić człowieka, który nie jest przecież winien naszej nieco bizantyjskiej mentalności. Dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie scenę sprzed pół wieku, kiedy w Szwecji sekretarka na uniwersytecie poprosiła mnie, żebym przyniósł poświadczoną kopię mojego polskiego dyplomu. Zapytałem moją nauczycielkę szwedzkiego, kto mi może poświadczyć zgodność kopii z oryginałem, a dziewczyna odpowiedziała mi ze śmiechem, że każdy. Wyjęła mi z ręki mój dyplom, poszła zrobić kopię, napisała u dołu słowo „vidimeras”, podpisała dodając swój numer telefonu i wręczyła mi obydwa dokumenty, chichocząc na widok mojej zaszokowanej twarzy. Nie mogłem zrozumieć jak to tak, bez pieczątki, bez powagi urzędu, bez cienia szacunku dla świętej biurokracji?
Nic dziwnego, że obserwując naszą trwającą transformację, przyglądam się z uwagą, jak zmieniają się relacje na osi państwo-obywatel, urząd-petent, obywatel-obywatel. Zmieniają się, to jest już inny świat. Trudno jednak w trzydzieści lat nadrobić całe stulecia. Być może mój śmiech w pokoju urzędnika był niegrzeczny. Jednak, żeby wyjaśniać samorządowcowi komiczność sytuacji, musiałbym długo opowiadać o tym, jak Jan Zamojski przestawił zwrotnicę na kierunek Kontrreformacja, jak Mickiewicz marzył, żeby jego księgi trafiły pod strzechy w czasach, kiedy mieliśmy w Polsce jednego piśmiennego chłopa na dwa powiaty (w tym samym czasie w Szwecji nie można było wziąć ślubu bez umiejętności czytania i pisania), musiałbym opowiadać, jak długo w innych miejscach uczono się, co znaczy słowo obywatel i jak urzędy powoli zmieniały się z ośrodków władzy w punkty usługowe.
Transformacja przyniosła w Polsce niesamowity dobrobyt, wywołała gniew, że jeszcze nie zarabiamy jak Szwajcarzy, pokazała, że mamy ogromny problem z rozumieniem, co właściwie znaczy demokracja. Nie ma w tym nic dziwnego, żyjemy w kraju, w którym szlacheckie elity wolały raczej utracić ojczyznę niż przyznać obywatelskie prawa chłopom, żyjemy w kraju, którego skromny postęp edukacyjny prowadził do tego, że inteligencja radośnie kultywowała pogardę dla nieoświeconego ludu, żyjemy w kraju, w którym frustracja z powodu zacofania bije się o lepsze z narodową dumą. Mentalności nie da się zmienić tak, jak się zmienia samochód, stan urzędniczy jest nadal stanem, chociaż znacznie mniej butnym niż w przeszłości, częściej wystraszonym, kiedy zderza się z nową sytuacją i uciekającym wówczas gwałtownie w udawaną pewność siebie. Kto wie, może transformacja tego stanu urzędniczego jest jednym z ważniejszych elementów powodzenia dalszej transformacji kraju? A może jesteśmy tylko zbyt niecierpliwi, bo te zmiany zachodzą, tylko są obrzydliwie powolne?
Ostatecznie poprosiłem o pomoc naszego młodego, dobrze wykształconego i nowoczesnego burmistrza, który poprosił wiceburmistrza, żeby to załatwił i udało mi się uzyskać potwierdzenie, że osobiście podpisałem papierek, w którym stwierdzam, że nadal żyję.
Nasz wiceburmistrz nie mógł się jednak przełamać i zdobyć na wpisanie swojego własnego nazwiska i adresu, przywalił nikomu niepotrzebną pieczęć, przydając gminny majestat swojemu świadectwu autentyczności mojego podpisu.
Miałem wrażenie, że jestem uczestnikiem i obserwatorem ciekawego zjawiska. Być może się mylę, być może dorabiam teorię do trochę irytującej, a trochę zabawnej historii z miasteczka, w które wrosłem bez reszty i które uwielbiam. Ostatecznie cała przygoda jest wyłącznie moją winą, mogłem umówić się z zaprzyjaźnioną nauczycielką, lub ze znajomym lekarzem i załatwić to tak, jak się takie sprawy załatwia w Polsce.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

To jest zdumiewające na Zachodzie, że oni są tak łatwowierni. Coś się powie i wcale tego nie sprawdzają. Kiedy wiele lat temu w New Yorku wchodziłem coś zwiedzać za biletem, wystarczyło że powiedziałem iż jestem studentem i dostałem ulgowy bilet. Z rozpędu dali też ulgowy bilet znajomej mojej mamy, która była ze mną. To było jedno z silniejszych wrażeń z mojej podróży.
W pana pięknej relacji zastanowiło mnie, że nie poszukał pan wsparcia u miejscowego proboszcza.
Nie wiem jak jest w UK ale w Kanadzie podpisy księży i polityków nie są uwzględniane. Kiedyś zakwestionowano mi w ambasadzie podpis senatora, zadowolono się podpisem sąsiada adwokata.
No i czy to nie jest jeszcze jeden dowód na to że Kościół katolicki jest prześladowany 🙂
Wspaniałe opowiadanie i takaż obserwacja przemian. Z perpektywy małej wsi do której przeprowadziłem sie kilka lat temu z dużego miasta potwierdzam obserwacje postępów jakie poczynili Polacy w urzędach (m.in. gminnych i miejskich), pocztach, szkołach, przychodniach, etc. Zgadzam się całkowicie, że przemiany są znaczne, choć z perspektywy Pana jako byłego mieszkańca Zachodu i mnie jako kilkuletniego rezydenta na tymże Zachodzie, te duże przemiany nadal oceniamy jako zbyt powolne i dalece niewystarczające. Zwłaszcza, że od 2015 roku następuje w nich widoczny regres. Kłania się kilkusetletnia dominacja szlachty i niedopuszczanie do zniesienia poddaństwa, pańszczyzny i ciemnoty chłopów, widoczne nawet w okresie międzywojennym. Skutki ciągną się za nami do dzisiaj.
*
Lektura artykułu przypomniała mi skecz Stanisława Tyma, który jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć na YouTube. Jeśli czegos nie przekręciłem był zatytułowany platforma. Rzecz była o Polaku z małego miasteczka pracującym na platformie wierniczej na Morzu Północnym. Rodzina została zawiadomiona, że zginął w czasie pracy tej platformy. Co prawda zdziwiono się kiedy w trumnie przywieziono zwłoki innego człowieka, ale bez szemrania pochowano go jako nominalnego zmarłego. Jakież było zdziwienie rodziny, kiedy po kilku tygodniach rzeczony zmarły zjawił się w domu cały i zdrowy. Kiedy rzecz całą zgłoszono do urzędu miasteczka, rzekomego zmarłego przyjęła urzędniczka, kierowniczka referatu ewidencji ludności i uroczyła następującym oświadczeniem. Ja rozumiem, że pan żyje, ale proszę zrozumieć i nas. Pana NIP został zlikwidowany, pana wpis do ewidencji anulowany a PESEL wyzerowany, więc fakty są takie, że pana nie ma!
Szkoda, że ten skecz został usunięty bo miał śmieszny koniec, którego nie powtórzę w obawie o przekręcenie!
piękne..
i przerażające.
Jeśli jest mur, to zazwyczaj jest w nim również furtka, najgorsze byłoby ustawienie się w pozycji zagubionej ofiary. Mój problem w gruncie rzeczy nie był żadnym problemem. Czy pokazywał szerszy problem? Mam wrażenie, że tak i że możemy sporo zrobić, żeby to powoli zmienić.
To doskonały materiał do pogłębionych badań socjologicznych , takich w stylu profesora Gduli i jego monografii o polskim miasteczku.
Czytając tekst myślę sobie, ze autor, wnikliwy obserwator ale i członek obserwowanej społeczności, ma wielką szansę stosując metodę obserwacji uczestniczącej zrobić lepsze studium niż Gdula i jego zespół – oni byli z zewnątrz.
Powodzenia.
Sukces gwarantowany.
Wprawdzie mnie tu nie ma ale nie mogłem powstrzymać się przed obecnością.
Koniec poprzedniego wieku, amerykańska tancbuda na środkowym zachodzie, w sobotę przed wejściem kolejka, musisz pokazać prawo jazdy, tłumaczę sytuację znajomemu chemikowi – poniżej 21 nie wpuszczają, for your own safety, okazując jednocześnie moje jeszcze świeże plastikowe prawko. Spoko, wyciągnął spod koszuli torebkę, z niej paszport – proszę, o tutaj, tu jest moja wiza, J-1 , tu jest jej data ważności. Przeszliśmy. Tak hartowała się stal.
Tak mnie naszła wątpliwość odnosnie tego:
„Osobiście uważam, że największym sukcesem jest to, że nie spotykam już na ulicach dzieci, które wyglądają na niedożywione.”
Zastanawiam się mianowicie, czy to wynika z większej niż kiedyś zamożności mieszkańców Pańskiego miasteczka, czy może z niższych cen żywności, a może to wynik programu 500+ czy wreszcie być może z faktu, że generalnie dzieci na ulicach mniej widać, bo jest ich po prostu mało (pisał Pan, że młodzi, a więc potencjalni rodzice wyjeżdżają).
Zaniedbane, niedożywione dzieci przestały być widoczne na ulicach 15-10 lat temu. Pamietajmy, że problem jest piętrowy, silnie powiązany z kombinacja bezrobocie-alkoholizm rodziców. Bardzo często w rodzinach z dramatycznie niskimi dochodami dzieci nie chodzą głodne, od wielu lat nie muszą być również źle ubrane. Zapobiegliwe matki potrafią robić cuda. Pierwszym efektem transformacji było często zagubienie w nowym świecie, jedni poszli w dół, inni w górę. W takim miasteczku jak moje, alkoholizm jest poważnym problemem, Jeśli jest to tylko alkoholizm głowy rodziny, pomoc ze strony gminy może uratować sprawę. Pamiętajmy dodatkowo, że koszt żywności w stosunku do dochodów cały czas maleje, a tu żywność jest znacznie tańsza niż w dużych miastach. (Rosną ceny czynszów, energii, transportu, itp.) 20 lat temu normalnym, codziennie obserwowanym zjawiskiem był widok faceta kupującego kilka piw, a po chwili jego żona kupowała na zeszyt jakieś kurze łapy, kości, okrawki z wędlin, itp. Dziś jak raz w miesiacu widzę ekspedientkę wyciągającą zeszyt to dużo. Kupowana żywność jest zupełnie inna. (O sytuacji najwięcej mogą opowiedzieć ekspedientki małych lokalnych sklepików.)
Się nie powstrzymam. Wiele lat temu zobaczyłem w sklepiku dziecko poety Grochowiaka. Jakaś czuła pani pochyliła się nad dzieciątkiem i spytała : „przyszedłeś sobie ciasteczko kupić?” Mały Grochowiaczek odparł : „Ciasteczko ? Gówno ! Bułke sobie kupie !
Bardzo dziękuję za odpowiedź.
Pisze Pan o zapobiegliwych matkach, które cuda potrafią zdziałać, a także o taniejącej żywności, która pozwala na to, że dzieci (zresztą nie tylko dzieci) nie są niedożywione.
I nie są źle ubrane. I przywołał Pan alkoholizm – chorobę toczącą polskie społeczeństwo.
Alkoholizm nie zniknął. Nie mam pod ręką badań, natomiast jestem przekonany, że widziałem i czytałem takie, które mówiły o większym spożyciu alkoholu w Polsce i większej łatwości uzależnienia. Zamiast wspomnianego przez Pana piwa, królują „małpeczki” z kolorowymi drinkami lub wódką bądź nalewkami. Także spożywany jest też mocniejszy alkohol. Dodatkowo jest łatwo dostępny. W zasadzie łatwiej w Polsce kupić alkohol niż gazetę…
Pisał Pan o tych zaradnych matkach – alkoholizm w Polsce coraz częściej dotyczy też kobiet.
..
No i teraz znów pytania, spekulacje:
Czy żywność, ale i alkohol, stały się tak tanie, że nas po prostu stać na jedno i drugie?
Co do ubrań, one na pewno staniały. I na pierwszy rzut oka (a często i na drugi i trzeci i nawet przy pogłębionej obserwacji) nie widać jakościowej różnicy między kupionym na wagę kartonem ubrań używanych a jedną parą spodni kupioną w „markowym” sklepie. Ubrań jest mnogość u siebie od czasu do czasu na dnie szafy odkrywam ubrania, które rzadko nosiłem (mimo iż lubiłem), a w które nie wejdę, bo, że tak powiem, zbiegły się w praniu. Dzieciaki zwłaszcza do 14-15 roku życia wyrastają z ubrań jeszcze szybciej niż ja 😉 W związku z czym często mają pełne szafy ubrań praktycznie nienoszonych, albo nawet całkiem nienoszonych.
Tu nakłada się jeszcze jedno – kiedyś babcia miała gromadkę wnucząt i chciała mieć coś dla każdego – więc dawała po cukierku.
Dziś jedno dziecko bywa, że ma czworo dziadków i jest jedynym wnukiem w jednej i drugiej rodzinie. Ten dzieciak jest obdarowywany przez dziadków, rodziców i ewentualnie bezdzietne rodzeństwo tych rodziców.
To obserwacje, że tak powiem – wielkomiejskie – na ile mają zastosowanie do małego miasteczka?
Jak zauważył Cervantes, „wszyscy cierpimy z powodu braku pieniędzy, ale na różne rzeczy”. W 1972 roku przewodniczący wielkiego związku zawodowego w Szwecji, Stig Malm grzmiał na wiecu, że kiedy on był mały, zarabiał tylko ojciec, a mięso było na stole pięć razy w tygodniu, a teraz w robotniczej rodzinie mąż i żona pracują zarobkowo, a je się mięso raz, dwa razy w tygodniu. Krytycy wyśmiali demagoga pokazując ile za średnią robotniczą pensję można było kupić mięsa kiedy pan Malm był dzieckiem, a ile można kupić za jedną pensję w 1972 roku. (Oczywiście kilkakrotnie więcej.) Zmienił się koszyk wydatków, na żywność wydawano czterdzieści lat wcześniej 80 procent dochodu a w 1972 – 12 procent dochodu, w 1972 roku szwedzki robotnik miał swój własny dom, samochód, wakacje zagranicą były normą, standard życia zmienił się radykalnie, a obfitość towarów w sklepach skłaniała do pytania typu kotlet czy zegarek? Kotlet często przegrywał, szczególnie, że namawiano do zmiany diety. U nas najniższe dochody (i zasiłki) wzrosły nieprawdopodobnie, praktycznie nie spotyka się domu bez pralki, lodówki i innego wyposażenia, rzeczy które radykalnie zmieniły życie. Dzieci z biednych domów nie chodzą głodne (chyba, że jest to wynik zaniedbania, a nie braku środków), większość ma telefony komórkowe, ale już z komputerami jest znacznie gorzej. Tak lumpeksy doskonale pozwalają ukryć brak pieniędzy na modne ciuchy. W tych biednych domach często wybiera się raczej nowy telewizor niż laptop dla dziecka. To kwestia mentalności, ambicje dziecka są częściej tłumione niż wzmacniane i nie jest to ich wina.
Ad vocem do Pańskiej uwagi o „małpeczkach”.
Mieszkam w niewielkiej wiosce w mocno wyludnionej części centralnej Polski. Dwa, trzy razy do roku, razem z przyjacielem zbieramy śmieci wzdłuż drogi w naszej miejscowości, oraz na poprzecznej drodze wiodącej do gminy. Tej gminnej drogi „obsługujemy” mniej więcej odległość około kilometra. Właśnie na tej drodze zbieramy około 50 – 60 kilogramów różnego rodzaju śmieci, pośród których dominują małpki. Miesiąc po naszym sprzątaniu sytuacja wraca do normy, tj. znowu jest pełno śmieci. Oprócz nas drogę sprząta nauczycielka wraz z dziećmi, nie tylko w ramach akcji „sprzątanie świata” – kilka razy w roku. Śmieci nieustannie przybywa i nikt sie tym specjalnie nie przejmuje.
*
Zjawisko wyrzucania śmieci do lasu czy z samochodów obok dróg było jakoś zrozumiałe do czasu, kiedy wszyscy mieszkańcy nie zostali obciążeni przez gminę kosztami wywozu śmieci. Po tej decyzji zjawisko to jest dla mnie nie do końca zrozumiałe. Roboczo tłumaczę to sobie różnie, a po zwycięstwie pisu w 2015 roku to tłumaczenie sprowadza się do przeświadczenia o biedzie, a nawet o nędzy umysłowej śmiecących.
Zjawisko wyrzucania śmieci do lasu…
Z pańskiego opisu wynika, że nie tyle do lasu, co przy drodze. Las tam jest tylko przy okazji.
To zjawisko to kwestia elementarnego wychowania (lub jego braku).
Przecież to nie z biedy puszki po piwie, papierki po słodyczach, buteleczki po małpkach etc lądują w przydrożnych rowach.
To jest poziom dzieci, które zjedzą cukierek a papierek zostawiają pod nogami, wypije piwo, puszkę zostawi tam, gdzie się akurat skończyło itd. Z okienka tramwaju obserwowałem, jak mężczyzna stojący na przystanku autobusowym, przy śmietniku z popielniczką! palił papierosa. Gdy skończył palić niedopałek cisnął na ulicę – kosz stał dosłownie pół metra obok. Wielokrotnie z okien samochodów niedopałki wypadają na ulicę.
To nie koszt jest problemem tylko mentalność.
Ja kiedyś miałem nadzieję, że akcje typu „sprzątanie świata” kiedy dzieciaki chodzą i zbierają śmieci nauczy choć te dzieci, że nie warto śmiecić, bo potem i tak trzeba posprzątać.
A mam wrażenie, że jest odwrotnie. Że dzieci, które sprzątały teraz mają poczucie usprawiedliwienia. Skoro sprzątali/będą sprzątać to wolno śmiecić…
Nie widzę niestety światełka w tunelu.
Choć z drugiej strony 20 lat temu byłem przekonany, że w Polsce zawsze będzie trzeba uważać, by na chodniku nie wejść w psią kupę, a wszelkie trawniki przy budynkach bądą po wieki obsrane. Znikać to będzie na zime, ale gdy śnieg stopnieje, to swego rodzaju przebiśniegi będą wychodzić… A ten rpoblem może jeszcze w 100% nie zniknął, ale zminiejszył się bardzo zauważalnie.
Pozbyć się problemu śmieciowego w jakimś stopniu można by wprowadzając wzorem innych państw kaucję i to wysoką, na wszelkie opakowania napojów.
I to kaucje na poziomie 2 zł.
Harnaś w promocji po 1.99, ale butelka jeszcze 1 złoty (puszek nie ma) – zgaduję, że nie byłoby butelek przy drodze.
Właśnie dlatego pisałem o biedzie umysłowej. Zgadzam się natomiast, że wysokie kaucje za butelki czy puszki częściowo rozwiązałyby problem. W USA wyrzucano nagminnie śmieci z samochodów jeszcze w latach 60-tych. Problem udało sie rozwiązać z początkiem lat 70-tych, kiedy wprowadzono 500 USD kary dla złapanego na goracym uczynku a policja działała sprawnie.