09.05.2021

Obserwujemy intensywne milczenie w sprawach podstawowych dla Polaków, a mianowicie w problemach zdrowia. No, ale my, swoim zwyczajem, wolimy młócić słomę i pleść androny tracąc czas, aniżeli zajmować się w sejmie – konkretami. Dajemy się uwieść złudnym roztrząsaniom nieistotnych zagadnień. Błahymi tematami pełniącymi obowiązki superważnych.
*
Nie od dziś wiadomą jest rzeczą, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Lepiej i taniej. Nawet jeśli drogim specyfikiem, to przebieg terapii jest krótszy i skuteczniejszy. Proces leczenia, szczególnie chorób przewlekłych, będących w stadium znacznego awansowania, jest kosztowny. Wymaga drogiej aparatury.
Urządzenia medyczne ratujące ludzkie życie, tak jak leki najnowszych generacji, winny być refundowane. Przynajmniej tak być powinno. Że jednak tak nie jest, przekonujemy się na każdym kroku.
*
Czy zastanawialiście się, ile kosztuje nas utrzymywanie wrażenia, że jesteśmy leczeni? I ile za to wrażenie musimy zapłacić? Pytań jest znacznie więcej, a wszystkie one są w dużym stopniu kłopotliwe, jednakowoż zaoszczędźmy sobie zbędnej fatygi… I bez tego jest głupio, po cóż mamy więc przejmować się buchalterią, skoro zajmują się nią nasi najlepsi sabotażyści?
Ograniczmy się tylko do płacenia składek zdrowotnych. Czyli dajmy się nadal robić w konia. Ostatecznie taki jest podział ról: jeden jest rzeźnikiem, a drugi – baranem.
Pod względem finansowego szlachtowania baranów, a więc nas, pokornych podatników, nie da się wyróżnić żadnej Instytucji. Począwszy od ZUS, a na NFZ skończywszy, wszystkie te urzędy idą nam na rękę, byśmy ani przez chwilę się nie nudzili; zapewnienie nam godziwej rozrywki, to ich zadanie.
By nie być posądzonym o gadanie bzdur, dam przykład. Byliśmy dotychczas zdrowymi typkami, ale ni z tego, ni z owego poczuło się nam źle. Wychowani jeszcze na logicznym podchodzeniu do wszelkich zjawisk, pomyśleliśmy sobie całkiem debilnie, że gdy z człowiekiem zaczyna być źle, to ów człowiek powinien udać się do przychodni. Lecz udać się gdziekolwiek nie jest rzeczą łatwą, a co dopiero dostać się do niej.
Techniki skutecznego zaliczania placówek medycznych są dwie. Jest, co prawda jeszcze trzecia, lecz jej nie polecam, gdyż polega ona na prywatnym przekonywaniu kieszeni Jaśnie Wielmożnej Pani Rejestratorki.
Na marginesie: zauważyć trzeba dosyć osobliwą prawidłowość. Polega ona na tym, że im kto mniej może, umie, znaczy itd., tym bardziej zadziera nosa i stwarza pozory kompetentnego ludzia.
Ale skupmy się na legalnych metodach docierania do medycznych ośrodków. Pierwsza to rejestracja telefoniczna. Pani od kartoteki zaczyna szychtę o siódmej rano. O tej godzinie telefon jest czynny i można próbować się dodzwonić. I prawdopodobnie o tej godzinie robi to ze sto osób. Lecz już o godzinie siódmej sekund dwie, połączenie z przychodnią jest niemożliwe.
Kto ma czas i ochotę, stara się uzyskać audiencje u balwierza, kto zaś tego czasu nie ma i na ochocie też mu zbywa, drałuje do kolejki. Przy czym nie ma żadnej gwarancji, że zostanie przyjęty. A gdy zostanie przyjęty, gwarancji nie ma żadnej, że zostanie przebadany. A gdy zostanie przebadany, nie ma żadnej gwarancji, że został zdiagnozowany właściwie. Gdyż, aby tak było, konieczne jest wykonanie dodatkowych badań.
Zazwyczaj chory spędza dniówkę w poczekalni i dowiaduje się, że ma przyjść jeszcze raz. Ale mamy niebywałe szczęście, bo już po trywialnej półgodzinie dodzwoniliśmy się i dostąpiliśmy zaszczytu bycia przebadanym od stóp do głów.
Jak wszystkim lekarzom wiadomo, specjalista różni się od medyka szeregowego nie tylko chałatem. Otrzymanie wejściówki na wizytę u fachowca, nie jest już taką fraszką jak w przypadku wyprawy do internisty. Tu obowiązują terminy, limity, obostrzenia i refundacje.
Terminy są odległe. Najmarniej paromiesięczne. W tym czasie choroba rozwija się ku uciesze ZUS i NFZ; oto zbliża się dla nich radosny moment, gdy przestaną do nas dopłacać.
Kiedy nareszcie zgromadziliśmy wszystkie konieczne wyniki, ponownie zapisujemy się w przychodni internistycznej i po paru tygodniach jesteśmy wniebowzięci. Lecz gdy sądzimy, że skończyły się nasze kłopoty, okazuje się, że mamy nieaktualne wyniki i całą operetkę musimy zaczynać od nowa, toteż czujemy się jak facio z naroślą, który trafił do facia z tępym kozikiem do patroszenia, bowiem wyszło, że z małej brodawki powstała nam nieoperacyjny nowotwór.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
