10.10.2025
O domu dla literatów pisałem już w 2014 roku, a o niedofinansowaniu kultury – wielokrotnie. W czasach, gdy internet istniał tylko w głowie Lema i później, gdy internetowa sieć pokryła się wrzodami, zdarzało mi się pyszczyć na te wstydliwe tematy. Na ”dzień dzisiejszy” rezultat tego pyszczenia taki jest, że domu nie ma, a kulturze ciągle wiedzie się pod górkę.
A kiedy kulturze wiodło się lepiej, zapyta ktoś. Nigdy, odpowiem temu ktosiowi. I nie będzie to kłamstwo, tylko wierutna prawda. Literatura, to taka niedemokratyczna dziedzina twórczości, że mało któremu pisarzowi darzy się finansowo. Jeden z nich, to Mróz, pisarz dobry, a do tego poczytny, co budzi zawiść. Tak jak zawiścią kierują się przeciwnicy trudnej prozy Tokarczuk.
Policzyć ich można na palcach uciętej nogi. O czyimś talencie, jego braku, czy rozmiarze, nie decyduje większość. Nie można zagłosować za tandeciarzem. Uznać kamyk za diament. Ale tak gadają profesjonaliści. Gros konsumentów kultury twierdzi zaś: niech sobie mówią, co chcą. My i tak „wiemy swoje”, bo żaden krytyk nas nie przekona.
Większość utalentowanych pisarzy jak Masłowska, klepie biedę, lub ratuje się przed pieniężną degrengoladą sporadycznym publikowaniem swoich tekstów. Nieczęstym, bo z uwagi na liczną konkurencję, publikuje rzadko. Lecz kiedy któryś z nich dorwie się do posiadania własnej rubryki w poczytnym piśmie, i załapie się na stały redakcyjny etat, trzyma się swojej synekury i jest mu niezgorzej w sakiewce.
*
Za poprzedniego panowania PO, siedzący we mnie naiwniak łudził się nadzieją, że w exposé premiera oprócz co chwilowej odmiany słowa „miłość” usłyszę co nieco o kulturze i o planach rządu w sprawie podniesienia jej poziomu w społeczeństwie. Że jest narodowi potrzebna, jak tlen. Nadaremnie jednak oczekiwałem na cud, gdyż cud nie nastąpił.
Po przegranych nadziejach, na tron wstąpił PiS; powiało smrodem i rozpoczęły się rządy bezprawia. Nie dość, że kultura sparciała do reszty, to do roli jej cenzora doszlusował obywatel Gliński i zaczęło się polowanie na nieprawomyślne czarownice. Redakcje i wydawnictwa uznane przez niego za obrazoburcze i przez to wichrzycielskie, znikały. Podobnie reżyserzy niecnotliwych spektakli oraz przedstawienia, których nie pojmował oraz malunki artystów, którzy nie przypadli mu do gustu. Zakazywanie więc dzieł niezrozumiałych dla PiS-u, stało się jego radosną codziennością.
I w tej oto mózgowej duchocie pojawiły się bunty, sprzeciwy i zrywy. Wydawało się, że w szybkich porywach wiatru historii nadchodzi normalność i zaraz po wygranych wyborach zdarzy się nagły przypływ ludzi posługujących się rozumem. Przestanie istnieć brak rozsądku i do łask powróci intelekt. Lecz nic takiego nie zaszło: rozsądek przemienił się w dialog wieprza z perłą.
Potoczny rozum przeszedł na relatywizm, a zamiast radykalnych zmian na lepsze, pojawiły się odwieczne wahania, zastrzeżenia i wątpliwości. Problemy związane z myśleniem odeszły na dalszy plan i konsekwentnie pomijano je milczącą dezaprobatą, a to, co rozpalało wyobraźnię zwycięzców, uległo zapomnieniu; amnezja będzie zatem bożyszczem przyszłych pokoleń.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Pan Marek Jastrząb w swoim tekście z gracją zmęczonego proroka przechadza się po spalonych zgliszczach polskiej polityki kulturalnej, dmuchając w popiół, jakby jeszcze miał z tego buchnąć ogień. I choć nie sposób się z nim nie zgodzić (a nawet jeśli ktoś by próbował, to i tak Pan Marek go przewidział i uprzedził), to trzeba przyznać, że robi to z humorem godnym kogoś, kto dawno przestał wierzyć w cuda, ale wciąż ma na nie miejsce w terminarzu.
Mamy tu wszystko, czego dusza inteligenta łaknie – krytykę polityczną, analizę społeczną, literackie dygresje i lekką nutkę mizantropii, co zawsze działa lepiej niż espresso. A co najważniejsze – dostajemy tekst, który nie udaje, że literatura to hobby zamożnych, tylko przypomina, że pisarze częściej żonglują rachunkami niż nagrodami. Jak napisać powieść, gdy trzeba wybierać między prądem a papierem do drukarki? To nie jest pytanie retoryczne. To codzienność.
Szczególnie celna – i bolesna – jest diagnoza, że kultura w Polsce była, jest i będzie na marginesie. Trochę jak ten zdolny, ale dziwny kuzyn, którego wszyscy znają z opowieści, ale nikt nie zaprasza na święta, bo „on tak dziwnie patrzy”. I nawet kiedy któryś z twórców jakimś cudem wypłynie – jak Mróz – to połowa go nie czyta z zazdrości, a druga połowa nie czyta z zasady, bo „to pewnie jakaś masówka”.
No i mamy wisienkę na torcie: politykę. Tu autor serwuje diagnozę, którą należałoby czytać na głos w Ministerstwie Kultury – o ile ktoś tam jeszcze czyta cokolwiek poza sondażami. Cenzura, ignorancja i instytucjonalna pogarda dla twórców to nie nowość – to polski folklor, tylko bez ludowych strojów i tańców. A kiedy przychodzi nadzieja – zmienia się tylko kostium, nie treść.
Ale mimo tego wszystkiego – tekst Jastrzębia nie jest rozpaczliwy. Jest ironiczny, celny i, o dziwo, pełen energii. To taki literacki zryw w stylu: „nikt nas nie słucha, ale mówimy dalej, bo może kiedyś ktoś się potknie o nasze słowa i się obudzi”. A jeśli nie, to chociaż my będziemy wiedzieć, że nie siedzieliśmy cicho. I może właśnie to jest sedno kultury – nie wygrywać, tylko nie dać się „zamilczeć”.
Więc Panie Marku – chapeau bas. Pański tekst to jak dobrze przyprawiona kasza w kraju wiecznego cateringowego plastiku. Trochę ostro, trochę gorzko, ale nasyca.