
24.05.2021
Podsumowanie
Dzień był w zasadzie niecodzienny. Już od świtu wziąłem się za zmagania z bilansem życia. Jednak w okolicach śniadania przeszła mi chętka na dogłębną ekspiację. Co z tego, że robię te rozrachunki, że wchodzą mi one w krew, że nawykam do swojej porcji pokuty, nie mogę bez niej zasnąć, a z nią tym bardziej.
Co z tego, skoro nadal nie mam pojęcia, gdzie lekko pobłądziłem, a gdzie na dobre zaniedbałem się w konkluzjach!
Siła przyzwyczajenia
Kiedy mam się dosyć, mam dosyć siebie takiego, jakim widzą mnie ludzie, którym wydaję się wart litości, a nie takiego, jakim jestem w środku. Kiedy zakładam swoją codzienną, obronną twarz, oddycham z ulgą, że zostawiając ją na nocnym stoliku, rankiem odnajduję w niej te same wady, czy te same zalety, że koszmar nocy nie pozbawił mnie ulizanego uśmiechu, że jeszcze sprawuję władzę nad swoim grymasem niewinnego bęcwała.
Wątpliwe pewniki
Nie jestem wstrzemięźliwy w doborze słów, w wyrażaniu emocji. Nie przestrzegam świętej zasady, że lepiej dwa razy pomilczeć, aniżeli raz wyskoczyć z pożyczonej skóry; nazywanie rzeczy po imieniu przychodzi mi z trudem. Lecz, że jest to dla mnie trud nieuleczalny, z różnych względów cały ten rwetes wydaje mi się wyolbrzymiony.
Jest to moja podróż do kresu, tam, gdzie buszuje antysens, a człowiekowi będzie dozwolone prowadzić ludzkie życie. Lecz nie ma rady, bywa – jak bywa i nic mi nie pomoże: ani mój bunt, ani moja rezygnacja, toteż tanecznym krokiem dziarskiego safanduły wkraczam w zawiesistą atmosferę knajpy.
Jednakże uprzednio zrozumiałe tęsknoty, nikotynowy klimat dyskusji o czymkolwiek te rajcowne nastroje z wychuchanych wspomnień, ulatują ze mnie wprost w sielankową dal, bo oto, zamiast już od progu znaleźć się w znajomych zauroczeniach, widzę się w pejzażu innej spelunki, w atmosferze z drastycznie innej bajki.
Niegdysiejsze śniegi
Uważam, że kiedyś było, ogólnie rzecz biorąc, cacy: też nic mi się nie chciało, ale mniej się czepiano. Teraz jednak częściej lubię uczestniczyć w życiu, aniżeli być jego beznamiętnym kibicem i zimno patrzeć, jak się ono kręci.
Wolę nie wieszać się przy wspomnieniach, ściemach i jojczeniach do ściany. Chcę widzieć niebo, chmury, wiosnę, a jako że posiadam okno z widokiem na rodzinne miasto, dostrzegam to lub owo na nowo i ze zdziwieniem obserwuję zachodzące w nim zmiany. Niektóre na lepsze, niektóre na jak cię mogę.
Albo kocham siedzieć nocą, przy biurku, gdy świeci żarówka i przeglądam albumy. Jest mi wówczas do przodu i zgodnie z procedurami. Ale kiedy mnie ciśnie, lecę do znajomych, by się wychlipać w zaprzyjaźniony mankiet. I wtedy wracają do mnie obrazy, zapodziane strzępy, zmiotki, ulotne, jakby migawkowe…
Myślenie indywidualnymi kategoriami nie licuje z obecną godnością jednostki. Liczy się myśl zbiorowa. Dawniej, gdy pleniła się pojedyncza, każdy mógł, bez uciążliwych konsultacji, mieć rację. Teraz poglądy mają szansę powstawać szybciej, a często z wyprzedzeniem realiów.
Rzecz jasna, możemy obserwować nieuchronną wpadkę, większą awarię, bywa, że jakiemuś wesołkowi, wypsnie się nie uzgodniona idea, lecz, mój ty Panie, tego rodzaju szczęście jest od razu tępione.
Zawodowiec
W nie tak odległych czasach czerwonej zarazy przestrzegano żelaznej zasady, że prezenterem TV czy dziennikarzem, nie mógł zostać burak wyposażony w niekompetencję. Teraz prześladuje nas klęska urodzaju „fachowców” od wszelkich dziedzin.
Nastąpiło swoiste rozwolnienie kryteriów i profesjonalistą jest nie ten, co ma pojęcie o wykonywanym zawodzie, lecz ten, co wyżej skacze w rankingach oglądalności.
Tak więc lektor może nie mieć dykcji, kaleczyć polszczyznę i gadać niepoprawne bzdury, a żurnalista nie musi znać się na czymkolwiek; zgodnie z wytycznymi PiS-u: nie stój, nie czekaj, tylko błyśnij byle czym i napisz byle co.
Odsapka Donkiszota
Otwierasz radio lub telewizor i zaczyna się twój zgryz pod tytułem „masz babo placek”. Słuchasz zwyczajowych dawek przerażeń, trefnych michałków, lukrowanych nieszczęść i sprawozdań z klęsk tratujących twój mózg.
Masz w oczach strach, a twoje usta same składają się do przekleństw. Lecz, spoczywając w lubym zasięgu laczków, w stylu niewyszukanym i mało pontyfikalnym, wydziwiasz na zadany temat, wrzeszczysz w niewinny ekran „a nie mówiłem?”.
Mówiłeś i powiesz jeszcze nieraz, dobry człowieku, stara fujaro, wiotki brutalu, z kożuchem w butonierce. Jeszcze nie raz powiesz, z taktownym westchnieniem ulgi, że na szczęście to już nie twój cyrk i to nie o tobie pieśń, a ty, to nie ty.
Zrzędzianowe główkowania
Pisuję na rozmaitych forach literackich i często zdarza mi się publikować ten sam tekst. A robię to, dlatego że ciekawi mnie odbiór mojego gryzdania.
Niekiedy zauważam brak komentarzy i to też jest swoista reakcja. Zniechęcająca, ale taki los piszącego. W każdym jednak wypadku głos czytelnika jest pouczający i ważny; z uporem tetryka nawykłego do wszystkiego, co trąci logiką, stwierdzam ostatecznie i po wieki wieków, że CZYTELNIK, to dla autora – grunt. Uzasadnienie literackiej egzystencji.
Bardzo lubię sobie wyciągać wnioski z odbioru moich tekstów i cichcem stwierdzam, że ta sama treść na jednym portalu została uznana za taką sobie, na innym natomiast oceniono ją jako śliczności.
A znowuż na jeszcze innym przechodzi bez komentarzy. Na jednym czytelnicy uważają mnie za grafomana i proponują, bym zamknął pysk, na innych namawiają na dalsze ciągi.
Z uporem naiwnego maniaka zadaję więc sobie pytanie: czy mając zasób wiedzy i doświadczeń porównywalny z wiedzą i doświadczeniami wyniesionymi z przedszkola lub żłobka, mam wystarczające powody do zadzierania nosa i mogę czuć się pyszałkiem, wiedząc o istnieniu Saroyana, Dostojewskiego, Bunina, Czechowa, Maupassanta?
Kiedy czytam Białoszewskiego, Faulknera, Joyce‘a, Updike‘a, Leśmiana, Balzaka, Baudelaire‘a, Słowackiego, Różewicza, Twardowskiego lub Herberta, jak mogę, z aroganckim czołem, przeciwstawiać tym ludziom niezdawkowej myśli, swoją mizerotę? Jak mam pouczać kogokolwiek, skoro nie potrafię napisać lepiej?
*
Człek decydujący się pisać na forum, nie może być mimozą; musi liczyć się z konsekwencjami. Ma obowiązek mieć skórę z żelaza, bo kiedy już coś tam napisał i opublikował, kiedy namozolił się nad tekstem liczącym pół metra, to już po trywialnym kwadransie od jego wywieszenia, znajduje pod nim jednocentymetrowy wpis: bredzicie, koleś!
Efekt jest taki, że zdezorientowany autor zachodzi w głowę, na czym bredzenie to polega. Jest rozczarowany, zniesmaczony i zastanawia się, po kiego grzyba starał się tu pisać.
Zachodzi w głowę niezadługo jednak, ponieważ następny kwadrans owocuje kolejnym komciem. Tym razem jest on poświęcony przecinkom, kropkom i literówkom. Dziwić się nie ma co, bo użytkowników tu siła i przeważnie same Bralczyki, Miodki, czy Kapuścińscy.
Komentator nonszalancko pomija problematykę i sens przesłania, ma gdzieś zamysł i ekspresję, nie pomija natomiast ortografii. Płodzi zawiły elaborat, traktat, refutację dla stylistycznych astmatyków, tworzy dogłębną analizę językowej poprawności, wytyka autorowi to, czego sam nie pojął.
Z bolesną szczerością przyznaje, że nudzi go Leśmian, o językowych wygibasach Lema pojęcia nie ma, Mickiewicz dostałby u niego pałę za słowne dokonania, Słowacki za neologizmy, Wyspiański za grafomańskie WESELE, a Norwid nie dostałby nic, bo o Norwidzie nie słyszał.
ps. zjawiska tego nie zawężam do literatury wyłącznie; literatura stanowi tylko jedno z pól coraz szybszego rozprzestrzeniania się zarozumiałości, pychy, a także – ignorancji, coraz gwałtowniejszego atakowania świata opowiedzianego i dookreślonego językiem nieszczekliwym i bezinwektywowym.
Literatura zyskowna
Już Jan Kochanowski napisał:
Teraz jak w pieniądzach ludzie smak poczuli
Cnota i przystojeństwo do kąta się tuli
Tworzenie dzieła wiąże się z wysiłkiem i wymaga przygotowania do jego odbioru, lecz teraz wysiłek jest traktowany jako nudziarstwo; problem poruszany w utworze nie powinien być trudny, gdyż wszystko, co wykracza poza łatwe rachowanie na palcach, uważane jest za treść nieomal awangardową. Budzi histeryczny zachwyt i uruchamia w czytelniku estetyczne konwulsje.
Stąd lansowani są twórcy marni, lecz gwarantujący szybką sprzedaż. Stąd autorzy współcześni produkują oczekiwane fabuły; pragną w nich powiedzieć tyle jedynie, ile chce dowiedzieć się z utworu ten, co mu płaci.
Bezinteresowność
Moje kłopoty zaczynają już w momencie ustalania definicji. Kto jest, a kto nie jest bezinteresownym. Najprzystępniej mówiąc, to człowiek publikujący gdziekolwiek i za friko.
Jedni pragną ujrzeć swoje nazwisko, dowartościować zatkane ego i przyłożyć lepszym od siebie, innym zależy na przekazaniu odbiorcy jakichś słów. U jednego największą zaletą pisania są kropki, przecinki i bezmyślniki, natomiast wyrazy pomiędzy nimi nie mają znaczenia; pisze, jak mu świśnie we łbie i niewiele dba o sens. Zależy mu tylko na wymierzeniu spektakularnego kopa. Z czego ma dziką satysfakcję.
Drugi rąbnie doskonały tekst zmuszający do pogłębionych rozważań. Przy czym ten, co wysmażył przecinki, znajduje pod swoim potworkiem setkę gratulacyjnych i czołobitnych komentarzy. Różne bezinteresowne kpy namaszczają go na geniusza, drugi zaś, choć dał z siebie, co najlepsze, zadowala się lakonicznymi komencikami na modłę swawolnego Dyzia. Z czego wynika, że bezinteresowność ma dwa oblicza: zafałszowane i autentyczne.
Pierwsze, wańkowiczowske, to reprezentacyjna twarz o rysach wirtuoza bzdur i omnibusa hecnej erudycji. Bazgrze tylko w tym celu, by zaistnieć, za wszelką cenę powiedzieć rozlazły dowcip, w każdym calu marny kalambur, ponury gag i nadgniły bon mot w stylu Ferdka Kiepskiego. Pomaga wyłącznie sobie, a inni, to rechoczący chórek wielbicieli.
U tego rodzaju ludzi mamy przerost ambicji nad możliwościami, niepohamowane parcie na szkło czy druk. Pchają się na afisze, tabloidy i lodówki przejawiając koszmarną ochotę na błyszczenie gdziekolwiek; nie znają się na niczym, ale na każdy temat mają wyrobione zdanie.
Język naszych wypowiedzi
Styl, to wypadkowa przeżyć. To, w jaki sposób widzę i przetwarzam świat, zależy od moich filtrów, od zdarzeń, które mi się przytrafiają, albo które żyją we mnie za pomocą przetrawionych lektur, filmów, muzyki, obrazów.
Nikt nie żyje w izolacji od wrażeń i wszystkie mają na niego wpływ. W tym znaczeniu nie istnieje pojęcie samotności absolutnej. Chcemy czy nie, jesteśmy bez przerwy bombardowani doznaniami. Wchłaniamy je przez wszystkie zmysły. Na jawie, lub w trakcie snu, nieustannie i niepodzielnie władają nami kolory i dźwięki. Powstają w nas obrazy przeszłości, to, co jest teraz i to, co antycypujemy, słowa wypowiedziane przez najbliższą osobę, a także słowa zasłyszane w tramwaju, filmy oglądane samemu, z rodziną, w telewizorze, albo w sąsiedztwie ciemności w kinie.
Zależnie od miejsca „poboru” wzruszeń, które modelują nam osobowość, w zależności od „surowca” (tandeta, albo perła), dzięki któremu potrafimy odczuwać, jesteśmy albo ludźmi wyposażonymi w subtelność, albo widziadłami krążącymi po umysłowej piaskownicy; jeśli zakończymy kulturalną edukację na disco polo, wkrótce zaczniemy ujadać, podpisywać się krzyżykami, a miejscem, w którym będziemy cokolwiek rozwijać, stanie się toaleta.
Celebryci
Gość, który nigdy nie zhańbił się myśleniem, znienacka doznał samozachwytu i wyprodukował książkę. Cegła o trzydziestu kartkach trafiła pod strzechy i rozpełzła się po galaktyce w słownie pięciu egzemplarzach, lecz nie przeszkadza to jej autorowi dygać z odczytami po zadupiach, bywać na rautach, wernisażach, internetowych płotach.…
Błyszczenie odbywa się za bardzo wysoką cenę. Koszt jest dubeltowy, bo pierwsza cena nazywa się astronomiczną gażą, druga nosi miano kontuzji moralnego kręgosłupa. No, ale niektórym to nie wadzi; niektórzy zrobią wszystko, by być rozpoznawalnym, przytaczanym, oplotkowanym z góry na dół.
O babcinej gazetce
Staram się nie oglądać wiadomości, a to ze względu na podskakujące ciśnienie. Za to z omszałej pamięci wyłaniają się fragmenty śpiewanych przemyśleń. Krótkich, celnych i spuentowanych po mistrzowsku. Pierwsza z brzegu piosenka, „RÓBMY SWOJE”, druga, BALLADA O DZIKIM ZACHODZIE – wyznaczają szlak moich wędrówek przez czas.
Niekiedy wychodzę na tym jak Zabłocki na mydełku, a czasem jak niegramotna babcia: na czytaniu gazetki okrojonej do słownej pogodynki. Piosenka pana Wojtka Młynarskiego jest aktualna dotąd. Ośmielam się przypuszczać, że i jutro taką pozostanie; dostajemy do wierzenia informacyjną papkę, nieszkodliwy, odpowiednio przetworzony kleik z faktów oszlifowanych z prawdy. Pulpeciki z polepszaczem.
Oczywiście, będziemy nadal utyskiwać na obłudę i ocenzurowaną rzeczywistość, nie zmienia to jednak sprawy, że zjawiska te są nieśmiertelne, a walka z nimi – dożywotnia. Co nie przeszkadza mi tęsknić za jego śpiewaną publicystyką. Felietony Młynarskiego, poważne i uśmiechnięte, dokuczliwe i rozbrykane, zawsze były dla mnie mądre, głębokie, zabarwione filozoficznymi refleksjami. A do tego – prorocze.
Dzisiaj z rzadka pisze się takie teksty. Teksty – ostrzeżenia. Giną w hulankach literatury spożywczej. Stadnej. Nie pisze się ich, gdyż cichcem wracamy na drzewa. Głupiejemy na umór. Ulegamy modzie na spłycenia. Manierze spłaszczania świata; za nami zwyczajność, a przed nami dno: recydywa jaskiniowej egzystencji. Cofka do maczugowych obyczajów.
Świat, który nas utrzymuje, gości i cacka się z nami, który, tak czy owak, znosi nasze swawolne życie, nie wyrzucił nas jeszcze na inną planetę i na razie zezwala, byśmy spieprzali go nadal, więc nie chcę być obsadzany w roli radosnego przygłupa, nie pragnę też kuśtykać po relatywnych niejasnościach, bo nie dla mnie znojne roztrząsanie tego, co jest prawdą, a co względnością, i nie nęci mnie tworzenie równoległych zaświatów. Mam za to ochotę na jednoznaczne kryteria i czarno-białe definicje.
Toteż szukam człowieka umiejącego pomóc mi przejść przez obecny, niegustowny gust. Zrozumieć, dlaczego nie rozumiem i wyjaśnić, po jaką cholerę mam się zachwycać czymś, co budzi mój sprzeciw.
Melancholia
U mnie jak zwykle: dzień przechodzi w noc, noc zamienia się w sen, a co ubiegłego dnia, zdarzy się jutro; towarzyszy mi nuda, maltretuje powtarzalność: niczego już nie oczekuję, tylko leżę, a w kościach czuję kolejny, podarowany czas: wiosenną pluchę.
Niekiedy stoję zanurzony po kostki: we mgle. Czuję, jak przenika mnie ogień entuzjazmu, otacza rzęsisty aplauz, jak uczestniczę w misiowatych poklepywaniach, jak dobiegają do mnie zaległe owacje, rozbrzmiewają nawałnice oklasków, jak okiem wyobraźni dostrzegam nie to, co jest, lecz to, co mogło być.
Toteż pytam: kogo tak naprawdę obchodzą moje duchowe rozterki, ględzenia o bytach i absolutach powtarzane w kółko. Kogo, krzyczę, a echo, szydząc z moich rozterek, odbija się od kamiennych ścian, stwierdzam więc ze spóźnionym sarkazmem, że jestem sensualistą dla ubogich, duchowym przywódcą samego siebie, uprzedzająco grzeczną pierdołą.
Ale to w deszcz; intensywny, miotający zaokiennymi drzewami, zagłuszający odgłosy podskórnego świata zasłoną z kropli. Gdy ustaje, park lśni od wilgotnej zieleni, a na szybie pojawia się słońce i wędruje we wczorajszy zmierzch.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
