18.07.2021

Jestem świeżo po obejrzeniu dramatu F. Durrenmatta „Wizyta starszej pani”. Jego zawartość w skrócie: tytułowa starsza pani ofiarowuje miasteczku miliard. Za tę cenę pragnie kupić sprawiedliwość. Żąda wydania wyroku śmierci na jednym z nich, a mówiąc krótko i na temat — dokonania linczu na byłym kochanku. Dzięki spełnieniu tego warunku mieszkańcy będą mogli nieźle prosperować. Z powodu niespełnienia warunku, grozi, że popadną w jeszcze bardziej rozwojową nędzę. Bohaterzy sztuki pędzili dotąd życie finansowo plugawe, lecz w imię spodziewanego dobrobytu, chowają ad acta swoje niewczesne skrupuły i obiekcje: decydują się na popełnienie łajdactwa w majestacie bezprawia. Decydują się zatem: ze względu na obiecaną poprawę losu, wykonują samosąd i od tej pory żyją ze ścierką zamiast twarzy.
*
Ponowne spojrzenie na zawarty w niej problem pozwoliło mi zrozumieć, że zjawiska występujące przed pierwszym przeżyciem dramatu, wzbogaciły się o naukę płynącą z bieżących doznań. O wnioski z tej nauki wyciągane. O skojarzenia bijące po gałkach; w stwierdzeniu tym nie ma nic odkrywczego. Większość ludzi zdaje sobie sprawę, że w miarę zdobywania doświadczeń, rośnie im drzewko mądrości. No, chyba że mowa jest o ludzikach z PiS-u; im dłużej sprawują rządy, tym bardziej drzewko to schnie. Skoro gadka skręca w stronę PiS-u i kamaryli, wypada przypomnieć, że dramat o starszej pani i o losach jej plugawego kochanka, interesuje mnie średnio. W utworze tym intryguje mnie za to mechanizm zbrodni popełnianej w imię fałszywej sprawiedliwości; niby wszyscy uczestnicy owego dylematu wiedzą, jakim kosztem wywindują się z biedy, mimo to, nie bacząc na moralne konsekwencje, z łatwością przystają na oferowane rozwiązanie; gdy mamy do czynienia z wyborem pomiędzy przyzwoitością a pieniędzmi, większość z nas wybiera forsę.
*
Od czasu, gdy pałętam się po tym najlepszym padole łez, utwierdzam się w myśli, że powiedzenie o człowieku nie brzmi tak dumnie, jakby sobie tego życzyli humaniści. Historia dziejowych turbulencji dowiodła nieraz, że gdy w oczy zagląda strach, odżywają poczucia społecznych więzi. Wraca do łask i odradza się tęsknota za realnym braterstwem. Obywatelską solidarnością. Sprzężeniem celów. Wydaje nam się wówczas, że gdy jesteśmy skazani na zdechlaczy los, umiemy się zmobilizować. Walczyć o jego poprawę. Że, w imię zdrowego rozsądku, potrafimy zdobyć się na szlachetne odruchy. Wykazać zdyscyplinowaniem i odpowiedzialnością.Lecz tylko nam tak się wydaje. Nasza troskliwość i odpowiedzialność ograniczona jest do własnego pępka. Bo kiedy strach przemija, pod sielankowym wpływem uspokojenia, rwą się nierozerwalne więzi. Znowu jesteśmy sobie obcy i nieprzystępni. Znowu nie mamy wspólnych marzeń i wygląda na to, że łączy nas kocioł, który z utęsknieniem nas oczekuje i który już zachęcająco bulgocze.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
