04.08.2021
Zwierzchnik

Jak donosi „Niezależna”, czyli „Stronnicza”, gazeta spod znaku „Nieprzekupnych i Uczciwych”, bezapelacyjnym królem jadu okrzyknięto lidera naszej partii powołanej do pełnienia i sprawowania.
To nasz boss sprawił, że byliśmy windowani na wszelkie piki popularności. Za co kochano go do ostatniej kropli krwi. A jako iż wiadomo, że miłość jest zazwyczaj bezwarunkowo ślepa, zadurzony elektorat pchał mu się w oczy drzwiami i oknami.
Jednak ślepa, czy nie, faktem było, że decydował, kto może wychodzić przed orkiestrę, a kto zadowalać się nędzarskim wyciem do księżyca. Kto ma opływać w zbytki i przepychy, a komu dać kopyścią w baniak. Tedy całe zastępy totumfackich zasuwały w pocie miedzianych czół, by mu wygadzać na wszelkie możebne sposoby.
Do tego stopnia, że nie musiał się schylać po cokolwiek, bo zanim tak zrobił, już leżał u jego stóp aktualny zastępca gotowy do aportowania, istny kłębek ze strachu. Leżał na brzuszku, z merdającym kuprem i domagał się łaskotek.
*
Nie musiał się czesać, myć i zakładać sznurowadeł, ponieważ miał od tego ludzi; lubił podwładnych, którym pasiło lokajstwo. Takich, co potrafią docenić korzyści wynikające z przebywania w cieniu.
Jednak gdy wierna banda akolitów zorientowała się, że jest coraz słabszy i mogą po nim ujeżdżać do woli, naraz jego promienny wizerunek opatrzył im się, spowszedniał i wypłowiał. Coraz częściej wytykano mu wady. Z początku cicho, po kryjomu, a później oficjalnie, śmiało i prosto w oczy, poważano mu zasługi, powątpiewano w jego geniusz, w jego nietuzinkową inteligencję i przywódcze zdolności do planowania kilku ruchów do przodu, więc okoliczności te zmusiły go do przeniesienia się na emeryturę.
Z pewnego oddalenia obserwował, że — nie wiedzieć czemu — postrzegany jest jako archeologiczne dziwowisko i ciekawostka. Obserwował, z jakim z lekceważącym respektem odnoszą się różni entuzjaści Starego Kontynentu do jego pomysłów względem znienawidzonej Ojczyzny. Jak starzy kumple przestają trzymać z nim sztamę. Omijają go i wywlekają na dzienne światło wstydliwe fakty z jego przeszłości. Ukazane w intymnych kontekstach, były odpłatą za lata upokorzeń i nadaremnego okazywania lojalności. Stanowiły wyśmienity żer dla hejterów z opozycji, toteż zadawał sobie pytanie: za co go to spotyka? Przecież chciał dobrze!
Demonstracja
Na wstępie Parady Tęczowych Zboków, jak nas nazywają, doszło do legalnego starcia pomiędzy blondynami a brunetami (niewtajemniczonym wyjaśniam, że do bijatyki na słówka pochodzenia obraźliwego doszło z powodu różnicy jednakowych zdań).
W potyczce tej próbowały uczestniczyć także inne warcholskie elementy o niezgodnym z konstytucją, lewackim kolorze skóry. Lecz już w trakcie ogłaszania werdyktu przez TK, wyszło na jaw, że nie otrzymały pozwolenia na darcie mordy. Prócz tego w zamówionych rankingach elementy te leciały na zbity pysk. Tak czy inaczej, przestawały liczyć się na arenie zaściankowych wydarzeń. Wykopyrtnęły się na zbyt wątłych osiągach w pohukiwaniu, na piszczącym i niehałaśliwym wrzasku, który przechodził bez echa.
*
Zwartym szykiem, niemal tyralierą, na lawecie lub obok, zgodnym chórem rozjuszonych serc, z pieśnią na ustach i różami w zębach, maszerujemy ku lepszemu jutru. Nie dajemy się prowokatorom. Ma się wiedzieć, nie możemy tak spokojnie reagować na zaczepki. Powinniśmy zmienić metodę: lać gdzie popadnie. Zamiast tego bawimy się w udowadnianie, że jesteśmy wdzięcznym obiektem do wieszania psów.
Spowiedź prokuratora
Szkoły nie skończyłem. Zacząłem, ale wtedy nie było mody na wykształcenie, no i ja miałem co innego na wątrobie. Prawdę powiedziawszy, przedtem tak samo na niczym mi nie zależało, ale wtedy każdy robił, jak inni, byłem więc w dobrym towarzystwie, a tylko to się liczy.
Wyleciałem z niej właściwie bez powodu. Nawet nazwisko nie pomogło, chociaż w zasadzie powinno. Jednakowoż, gdy nastał okres politycznego skakania przez płot, nikt mi nie schodził z drogi. Ludzie ośmielali się drwić ze mnie. Komentowali, podważali każdy mój krok i byle posunięcie. Już nie dopuszczali mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach. Już nie byłem dla nich fundamentem, filarem i wyrocznią. Byłem pariasem. Zatem odszedłem.
Ratowałem się, jak mogłem, bo nowe czasy wymagały nowej aranżacji. Taktycznie i radykalnie zmodyfikowałem swoje podejście do życia. Zmieniłem opcję, członkostwo i koncepcję. Odtąd byłem wolnym strzelcem jakichkolwiek idei. Nabożnym Ateistą lub pieczeniarzem w komży i jarmułce jednocześnie. Czym kto chciał, na życzenie.
Utrzymywałem, że mam wymienne zasady, że zalezą od kontrahenta i albo w Dekalog, albo w pornusy wierzę od dziecka. Znowu więc czułem się na właściwym miejscu jak dopasowany do wyściółki. Miałem diety, gabinety, poczciwe apanaże, dopuszczano mnie do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach, przewodniczyłem, piastowałem, zasiadałem, bito mi brawka i miałem owacje, działałem na niwie i udzielałem się na polu.
I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągnąłem to, na czym mi zależało.
A teraz klops, bryndza; mało kto mnie zna. Podupadłem na poprzednim znaczeniu, skończyły mi się apanaże i bananowe wyjazdy. Przyjaciele puścili mnie w trąbę i poszli zdrzemnąć się w innej kruchcie. Przechrzcili się i znowu tyrają jako sól ziemi czy krew z krwi. Toteż wszyscy się ode mnie odwrócili, wynająłem więc pokój, wstrętną klitkę za pieniądze wyciśnięte z kapelusza. Bo musi pan wiedzieć, że uczęszczałem pod kościół w celach zarobkowych.
Czasem, jak jestem sam, to modlę się za komunę. Przychodzę tu, bo jest ciepło od świec. Zmieniłem nazwisko na zgodne z przeklętym duchem czasu, lecz zdało się to na niewiele, bo przegrałem kolejne wybory i zabrali mi chałupę. Niedużą emeryturkę, funkcyjną jałmużnę, ot, głupie trzynaście tysięcy, zabrali też i jestem dokumentnie goły. Włosy mi wypadły, uczucia sflaczały, wszystko mi dynda, zaś o dobytku nie warto gęgać, dlatego uprzejmie proszę o łagodny wymiar pokuty.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Tragiczne rzyciorysy ! Przypomniało mi się, nie wiem czyjego autorstwa : „…więc jedną ręką trzymam się sztachety a drugą wołam Niestety !, Niestety !„