22.09.2021

Podróże kształcą – zwykliśmy mówić. Sam dużo podróżuję i zawsze coś z tych wojaży przywożę do domu. Czasem o tym piszę w SO. Tym razem chciałbym jeszcze raz wrócić do podróży Franciszka do Bratysławy. W przeciwieństwie do Budapesztu gdzie wyraźnie strofował Orbana i sprzyjających mu biskupów, w Bratysławie czuł się jak u siebie w domu. Szczególnie serdeczny charakter miało spotkanie ze słowackimi jezuitami.
Myślę, że warto o nim parę słów napisać, tym bardziej że pojawiły się różne interpretacje słów Franciszka. Polscy jezuici na swoim portalu twierdzą, że papież krytykuje gender, liberalny National Catholic Reporter uważa, że w sposób zawoalowany krytykuje fundamentalistyczną stację telewizyjną EWTN (ostatnio otworzyła swoją filię w Polsce), która z krytyki gender zrobiła swoją rację istnienia (jak koncern medialny Rydzyka). Ale nie tylko, stacja EWTN, mimo że jest formalnie katolicka, należy do regularnie i z prawdziwą furią atakuje papieża Franciszka. To właśnie w niej były nuncjusz w USA Vigano jest stałym gościem i twierdzi, że Franciszek już dawno przestał być katolickim papieżem i powinien się podać do dymisji.
Z rozumowy ze słowackimi jezuitami wynika, że Franciszek doskonale zdaje sobie sprawę, że nawet wielu księży regularnie go atakuje i twierdzi, że zamiast mówić o świętości, to on ciągle zajmuje się sprawami społecznymi i tak naprawdę jest komunistą. On sam jest przekonany, że nie bardzo może coś z tym zrobić. Jednak naprawdę jest to, co powiedział o gender i jak to zostało zrozumiane.
Jak zwykle prawda jest gdzie indziej. Mówiąc krótko – Franciszek o gender nie ma zielonego pojęcia i powtarza, co mu niekompetentni doradcy podpowiadają, natomiast jego naturalna wrażliwość humanistyczna podpowiada mu, że z tym „złym gender” to do końca nie wiadomo jak to jest, ale trzeba akceptować ludzi takimi, jakimi są.
Oto jego dwa, wzajemnie się wykluczające twierdzenia. Najpierw mówi o niebezpieczeństwie ‘abstrakcyjnej ideologii gender’, a za chwilę o konieczności wrażliwego podejścia do osób homoseksualnych. Tak więc zdaniem Franciszka: „Ideologia »gender«, jest niebezpieczna, owszem. W moim rozumieniu jest ona niebezpieczna, ponieważ jest abstrakcyjna w odniesieniu do konkretnego życia osoby, tak jakby osoba mogła abstrakcyjnie decydować o tym, czy i kiedy ma być mężczyzną albo kobietą. Abstrakcja jest dla mnie zawsze problemem”.
Ale zaraz dodaje: „nie ma to nic wspólnego z kwestią homoseksualną, bo jeśli jest para homoseksualna, to możemy prowadzić z nimi pracę duszpasterską, iść dalej w spotkaniu z Chrystusem”.
Franciszek dodaje coś, co wskazuje na rodzaj zakłopotania, jakie czuje on sam, gdy mówi o gender: „kiedy mówię o ideologii, to mówię o abstrakcji, dzięki której wszystko jest możliwe, a nie o konkretnym życiu ludzi i ich rzeczywistej sytuacji”.
I tu widzę furtkę do możliwego dialogu z Franciszkiem, a raczej okazję doinformowania go, o co tak naprawdę „z tym gender chodzi”. Nadarza się dobra okazja, bo właśnie dwie polskie badaczki Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk opublikowały znakomitą książkę w języku angielskim Anti-Gender Politics in the Populist Moment. Książka jest dostępna online, jest też przygotowywana jej polska wersja.
Nie wiem, czy Franciszek po nią sięgnie, ale na pewno by mu się jej lektura przydała. Zdałby bowiem sobie sprawę, jak bardzo to właśnie katolicy są uwikłani „w abstrakcje”, a jak bardzo gender studies są konkretne i zanurzone w doświadczeniu ludzi z krwi i kości, a nie są żadną ideologią, jak to się bezkrytycznie powtarza.
Oczywiście można w tym widzieć również jezuickie pokrętne myślenie Bergoglia, który chce wszystkich zadowolić, a w sumie wszystkich denerwuje. Moim zdaniem jednak jest w nim wiele dobrej woli i chce wskazać katolikom raczej sposób wyrabiania sobie własnego zdania bez popadania w skrajności.
Ku takiej interpretacji skłania się też dziennikarza NCR Christopher White. Jego zdaniem najważniejszym wskazaniem, jakie Franciszek chciał przekazać słowackim jezuitom, jest konieczność podejmowania ryzyka. Nawiązał zresztą Bergoglio do przemówienia papieża Pawła VI z 1974 roku, jakie skierował do jezuitów w 1974 roku w czasie Kongregacji Generalnej XXXII, w której on sam brał udział. Otóż Paweł VI mówił jezuitom, że powinni być ludźmi rozdroża. Tymczasem dzisiaj, jak powiada: „Przeraża nas to, że musimy iść naprzód w doświadczeniach duszpasterskich, aby uświadomić ludziom, że pary w drugim związku nie są już skazane na piekło. Boimy się towarzyszyć osobom o odmienności seksualnej. Boimy się rozdroży, o których mówił nam Paweł VI”. I dodał jeszcze, że „To jest wyzwaniem tej chwili. Postępować tak, by nie szukać rozwiązania w rygoryzmie i klerykalizmie, które są dwoma perwersjami”.
Pytany o to, jak się czuje po operacji jaka przeszedł w lipcu, Franciszek żartobliwie odpowiedział: „Jeszcze żyję. Pomimo tego, że niektórzy chcieliby mojej śmierci, nawet dochodziło do spotkań między prałatami, którzy uważali, że stan zdrowia papieża jest poważniejszy niż to, co się mówi i już przygotowywali konklawe”.
Ciekaw jestem, ile z tych nauk papieża jezuity wezmą sobie do serca jego słowaccy konfratrzy. Jeśli chodzi i polskich to na razie są wyraźnie przyczajeni i jakoś nie widać by podejmowali ryzykowne wyzwania, jakie przed nimi stawia polska rzeczywistość.


Papież Franciszek czyli Bergolio jest prawdopodobnie dobrym, pozytywnym człowiekiem, który chce dobrze dla KRK oraz dla ludzkości. Kłopot z wieloma zjawiskami współczesności na które krk jest uczulony, czy ma poważny kłopot z ich akceptacją, wynika z kompletnego anachronizmu samej konstrukcji krk. Te zjawiska począwszy od rozwodów, przez zjawiska homoseksualizmu a szerzej LGBT, czy wreszcie gender studies, oraz wiele innych, kulturowych zjawisk współczesności, wobec których religie w ogóle, a chcrześcijaństwo wśród tych religii, są coraz bardziej nieadekwatne do doświadczeń współczesnego człowieka, stanowią zasadnicze problemy kościoła i kościołów wszelakich.
*
W przypadku gender studies papież się miota między uznaniem dorobku badaczy gender a klasyczną doktryną krk. Zrozumienie i uznanie gender, czyli kulturowych uwarunkowań płci człowieka zaprzecza „nauczaniu” krk czyli kompletnie anachronicznej wizji społeczeństwa paternalistycznego, jakiego w świecie rozwiniętym nie ma już co najmiej 50 lub 60 lat. W tym sensie problem Bergolio jest problemem nierozwiązywalnym dla krk jeżeli nie zmieni się zasadniczo doktryny.
*
To co powiedzą jezuici słowaccy czy bardziej bojaźliwi polscy nie ma tutaj żadnego znaczenia.
Pewna dobroć czy względna postępowość Bergolio tak naprawdę opóźnia tylko nieuchronną atrofię krk jako instytucji i chrześcijaństwa jako religii.
Zasadniczo się zgadzam, że krk nie radzi sobie ze wspołczesnością, a już szczególnie z seksualnością, w czym „zasługi” JP2 są nie do przecenienia. Mój problem jest taktyczny, jak zmieniszyć szkodliwość tej instyttucji, która jest ciągle ważna dla milionów ludzi, stąd moja sympatia dla prób jej zreformowania jakie podejmuje Bergoglio.
Szkodliwośc każdej instytucji jest wprost proporcjonalna do poparcia, jakie potrafi sobie zapewnić u bezkrytycznych adherentów. To ich stosunek do uzurpatorskich roszczeń Kościoła trzeba re-formować. Problemem zasadniczym pozostaje pytanie, jak i kto miałby to robić, by przy okazji nie odbierać wiary tym, którzy jej do radzenia sobie z życiem potrzebują.
To jest właśnie taki diabelski dylemat: krk jest rzeczywiście ważny dla wielu milionów ludzi. I jak długo będzie dla nich ważny niewiele się w nim zmieni. Dopiero kiedy straci tę ważność dla wielu milionów byc może zacznie się zmieniać.
*
Kłopot z krk jest taki że to religia, wiara, ewangelia powinny być ważne dla milionów ludzi a nie instytucja. W ten sposób te miliony podtrzymują (mniej lub bardziej świadomie) tę odwieczną patologię krk.
*
Miliony bezrefleksyjnie celebrują obrzędy krk. KIedy rodzice posyłają dziecko do komunii czy bierzmowania twierdzą, że dają mu szanse wyboru, kiedy dorośnie. Otóż właśnie tymi aktami bezrozumnej celebry odbierają lub bardzo utrudniają swoim dzieciom przyszłe, dorosłe prawo wyboru.
Wyobraźmy sobie, że w ciągu 100 lat zasięg KK spadnie z kilkuset milionów do kilkudziesięciu tysięcy (powiedzmy że skala utraty wręcz logarytmiczna). Dalej w katolickim środowisku znalazłby się glos, że zachowanie ciągłości doktryny (w tym nauki o płciowości „kobietą i mężczyzną stworzył ich…”) było sprawą słuszną, byłby to wręcz głos dominujący.
Mnie w postawie KK co innego martwi w związku z „Gender”. KK teoretycznie jest autorytetem w dziedzinie życia wolnego od seksu czy zmysłowości, a w przypadku „Gender” kreuje się na autorytet precyzyjnie rozróżniający dobrą i złą aktywność seksualną. To niekonsekwencja – ścieżka donikąd, która jest coraz większym „maglem towarzyskim” ujawniającym pokłady hipokryzji „ascetów”.