Ożeniony ze szlachcianką (58)9 min czytania

()

12.12.2021

Przyjaciele, którym na 10 dni użyczyliśmy naszego domu w Miami Beach, wyjechali, zostawiając niezamknięte boczne drzwi kuchenne.

Szlachcianka:

— Ani ich, ani nikogo innego, już do tego domu nie zaproszę.

Ja:

— Po pierwsze co winni są ci inni? Przecież to nie oni zostawili otwarte drzwi?

— Ale wiesz, co mogło się stać? Mógł ktoś nas okraść, tak jak to już raz się stało.

— Ale wtedy nie było otwartych drzwi.

— Wybili szybę.

— Ale tym razem nic nie stało.

— Ale mogło.

— Przez to mogło, chcesz karać tych uroczych ludzi i wszystkich następnych gości w naszym tropiku, czy wiesz jaką przyjemność im to robi, a nam nie szkodzi?

— Ale mogło zaszkodzić.

— Ale nie zaszkodziło.

— Więc nie uważasz tego za skandal? Czyli, jak jeszcze raz przyjadą, to znów będą mogli zostawić otwarte drzwi?

— Jak przyjadą to powiemy im, żeby zamykali.

— A tym razem nie mogli?

— Mogli, ale ona, znając twój perfekcjonizm, do ostatniej chwili szorowała klozet, zmywała podłogę, odmrażała lodówkę i kuchennymi drzwiami wynosiła śmiecie, a gdy Bronek kolejny raz nacisnął na klakson samochodu, przypominając jej, że na samolot są już prawie spóźnieni, zapomniała o otwartych bocznych drzwiach.

— To napisz im przynajmniej, że dziękujemy im za podziękowania, ale następnym razem niech pamiętają.

— O czym?

— O tych drzwiach.

Droga, która maszerujemy, prowadzi wzdłuż atlantyckiej plaży w Miami Beach. Kiedyś była to ścieżka zarośnięta krzakami, gdzie kryli się przed słońcem bezdomni, załatwiając swoje potrzeby, dziś jest to wysadzone palmami molo, w nocy oświetlone latarniami.

Szlachcianka idzie spokojnie, nie gapi się na prawo i na lewo, nie ogląda za siebie, bo cel ma tylko jeden: dojść do wyznaczonego punktu, a kiedy cel swój osiągnie, zatrzyma się i pomyśli co teraz; jeżeli poczuje się zmęczona, wróci do domu, na dziś wycieczek ma dosyć.

Ja, zachwycony postępem, jaki zrobiło miasto, próbuje ją zarazić swoim entuzjazmem, gdy ona wpatrzona w ziemię, zauważa niesprzątniętą kupę psa i tak mnie pyta:

— Czy na południu ludzie nigdy nie nauczą się porządku?

Na to ja:

— Co znaczy jedna kupa wobec tych wspaniałych palm, tej szerokiej alei wzdłuż plaży, tych zadowolonych turystów, gapiących się na ocean?

Nie reagując na moje pytanie, Grażyna pokazuje palcem odstęp między elementami betonowej mozaiki, która wyłożona jest droga i mówi:

— Miasto nie potrafi wylewać betonu, w tej szparze będzie gromadził się brud, a gdy ja pozdrawiam przechodzącego grubasa, pyta mnie:

— Znasz go?

— Nie — odpowiadam, a jakie to ma znaczenie?

Ją interesuje to, co dziś ma do zrobienia, rano zacznie swój życiowy marsz, skończy go, gdy zapadnie noc. Mnie dzień dzisiejszy nudzi, interesuje mnie jutro, wybiegam przed nią, wracam z dobra wiadomością, ale ona mi nie uwierzy, dopóki sama nie sprawdzi. Upłynie jakiś czas. Ona uda się na własną wyprawę, a po powrocie tak mi powie:

— Miałeś rację, zobaczyłam to własnymi oczami.

Wciągając majtki kąpielowe, odbieram telefon od Grażyny z jej parafii, tak nazywamy nasz skład materiałów budowlanych Home Depot w Miami.

— Jestem u spowiedzi, śmieje się Grażyna, szukając po półkach swoich grzechów, wiedząc, że przy następnej wizycie zwróci ich połowę, bo śrubki będą albo za grube, albo za chude, a żarówka albo za jasna, albo za ciemna.

— Tęsknię już za tobą, mówię jej i pytam, kiedy przystąpi do komunii, to znaczy dojdzie do kasy, aby za towar zapłacić i na wózek załadować? Mówię jej, że idę do oceanu na swoje ulubione „bierz mnie bałwanie”

— O matko! Denerwuje się Grażyna, zapomniałeś już, jak się zerwała fala, gdy pluskałeś się w morzu, poruszyła piaszczyste dno i przez chwilę wydawało mi się, że toniesz?

Na to ja:

— Czy nie rozumiesz, że po tym doświadczeniu nie będę już na spotkanie z bałwanami tak daleko od brzegu odchodził?

— Zabraniam ci wchodzić do wody, ta sama fala może znów cię zabrać, grzmi Grażyna, która jest sceptyczna wobec fundamentalnej teorii filozoficznej, że wszystko płynie i do tej samej wody dwa razy się nie wchodzi.

Składam broń. W parku przy plaży stoją długie stoły, które w weekendy służą do rodzinnych pikników, a w dzień powszedni są puste jak cały park, po którym leniwie przechadzają się bezdomni. Ale tym razem przy stole siedzą cztery Polki emerytki. Dwie grają ze sobą w oczko, inne dwie kibicują. Siadam obok i zamiast pisać co miałem w głowie, zaczynam notować, co mi do ucha wpada.

— Żeby wygrać, trzeba najpierw przegrać — mówi przegrywająca, wyjmując jednego centa z fiolki po lekarstwie i dokładając go do puli, niektórzy nawet przegrywają domy.

— Tak, ale to przeważnie Chińczycy, dodaje wygrywająca.

Dwie kibicujące wyglądają na siostry, młodsza pyta starszą, czy jej nie zimno.

Mówiłam ci już, że nie — odpowiada starsza, a wtedy młodsza zakłada ciepłe szorty, żeby starszą zachęcić, po czym próbuję siostrę nakryć ręcznikiem, przeszkadzając jej w rozmowie z grającymi.

— A pani to ma jedną sypialnię?

— Jedną.

— A balkon pani ma?

— Mam.

— A okno w kuchni pani ma?

— Nie mam.

— My mamy, mówi kibicująca w imieniu własnym i siostry.

— Dom państwowy?

— Jaki państwowy? Normalny.

— Ja rentuję na rok — mówi przegrywająca, dokładając centa.

Do stołu podchodzi Tereska, która tak wita przegrywającą:

— Hej mała, deszcz będzie, w kinie byłaś? Na co przegrywająca:

— Poznaj, to są panie z Montrealu.

Na co Tereska:

— Ja też z Montrealu, po ile gracie?

— Po jednym, mówi przegrywająca.

— Wracam z ruskiego sklepu — mówi Tereska — objadłam się polskimi kopytkami.

A wtedy wygrywająca:

— Ja rozmawiać nie mogę, bo ręce mam zajęte, gramy czy gadka?

— Mój brat jak umierał — zmienia temat przegrywająca — to przyszedł do niego jeden, spojrzał mu na dłonie i powiedział, że bratu skończyła się linia życia.

Pięć kobiet wyciąga ręce, a przegrywająca tak im mówi:

— Spójrzcie na moją linię, takiej prostej i takiej długiej się nie spotyka — na co młodsza siostra z Montrealu:

— Na pianinie pani gra?

— Nie, bo karty się ślizgają — odpowiada przegrywająca i zaczyna oglądać ręce koleżanek.

— Twoja jest dobra, twoja w porządku, twoja też dobra, twoja trochę przerywana, ale nie szkodzi, każdemu może się przerwanie zdarzyć, ale spójrzcie na moją, jaka długa i prościutka — chwali się przegrana, zamykając fiolkę po lekarstwach, w której zostało już tylko kilka centów i tak kończy:

— To jest linia życia, od rozumu do serca.

W Home Depot szlachcianka wybierze cztery donice do przesadzenia kwiatów, ja załaduję na wózek osiem worków ziemi, z trzech wzorów lamp, wybierzemy ten, który mnie się spodobał, łososia zakupimy w Costco, koreańskie przyprawy do sałaty znajdziemy obok rosyjskich sałatek, w Europa Market, w kinie koło naszego domu, kupimy bilety na operę Elixir Amore Dionizettiego, transmitowaną z Paryża.

Gdy wrócimy do domu nowa kamienna dachówka, której kolor przez kilka dni wspólnie wybieraliśmy, będzie już położona.

— A jednak ta w dwóch odcieniach byłaby lepsza — zmartwi się szlachcianka, na co ja:

— Zapomnij o wczoraj, nawet dzisiaj się nie liczy, ważne co będzie jutro.

Po latach spania na tanich materacach postanowiliśmy sprawić sobie materac drogi. Sprzedawca w Miami pokazał nam taki, co po jednej stronie jest miększy, a po drugiej twardszy, ten co waży więcej, powinien mieć miękko, ta co waży mniej, twardo, mówi jedna teoria, ale według drugiej powinno być odwrotnie. Ale co zrobić z miękką połową, jeżeli i on, i ona, którejś nocy polubią twardą?

W sypialni wylądował kompromis, materac ni miękki, ni twardy, dla obojga sprawiedliwy. Doszły do tego jedwabiste zmiany bielizny pościelowej w kolorach srebrno–szarych, takich, w jakich szyło się szaty królewskie, nie bez powodu materace nazywają się „queen” i „king”.

Nastaje noc. Nie wytrzymuję napięcia i pierwszy walę się na materac. Na oglądającej Larry King Live Grażynie, moje zachęty do odwiedzenia nowego łózka małżeńskiego nie robią wrażenia. Zapadam w pierwszy sen, z którego budzę się po północy, a stwierdzając, że w łóżku jestem sam, wybieram się na poszukiwanie i znajduję ją śpiącą w fotelu przed telewizorem, siadam w drugim i oglądam wczorajszą kampanię prezydencką, a gdy kątem oka zauważam ją maszerującą do łóżka, wracam do królewskiej sypialni, pytając jakie wrażenie robi na niej nowy materac.

— Żadne, wyrzucone pieniądze.

— Mnie się podoba — mówię, przytulając się do niej i podczytując jej New York Times.

O ósmej rano jak zwykle nie ma już jej w łóżku. Od godziny podlewa kwiaty, podcina gałęzie, a nawet zdążyła zasadzić kilka nowych krzaków.

— Wstawaj i zobacz co się tu dzieje — krzyczy z ogrodu — ptaszki znów mają orgię, trzech samców bije się o samicę, słyszysz te piski?

Biegnę do ogrodu i tam w objęciach z nią kibicujemy kolorowym ptakom, które na swoim zielonym materacu zażywają życia.

Cdn.

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.