17.12.2021

Sąsiad z klatki obok jeździł windą w tych samych godzinach, co ja. W trakcie jazdy gawędziliśmy sobie na różne tematy. Przeważnie życiowe. One to właśnie przysparzały nam zmartwień.
Ostatnio było modne utyskiwanie na młodzież, więc i nas ponosiło w stronę moralizatorstwa. Że zaś miał syna w gimnazjalnym wieku, to przyznał się:
„- Też byłem zwolennikiem wychowania bez cielesnych kar. Zagorzałym amatorem egalitaryzmu w rodzinie. Lecz przeszło mi, gdy od własnego syna oberwałem drzwiami w nos. Gdy – czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi – dzieciak zamknął je z hukiem wzmocnionym ordynarną wiąchą.
Nie wiem, skąd znał te słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca moderację nad jazgot. Nigdy nie podnosi głosu. Mnie także trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.
Prowadzimy życie bardziej niż skromne; ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam związać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził wyłącznie ojciec i stać nas było na dużo więcej.
Mama – nie. Mama siedziała w chałupie. Jako zdeklarowana kura domowa, dbała o męża i zajmowała się nami w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała.
Mimo to, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na więcej. Częściej bywaliśmy w kinie i teatrze a jak chcieliśmy zażyć świeżego powietrza, to szliśmy do botanika.
Teraz zasuwam ja, ślubna zapiernicza również, nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupno książki. Nie mamy wakacji od żadnego legis, a i tak ledwie nam starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki. Pilnować, by nikt nas nie rąbnął na kasie.
Za to mały ma lepiej, niż my. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać koleżków do domu, ale on woli – nie. Woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy pytamy, dlaczego i czy ma o coś pretensje, to patrzy spode łba i odpowiada, że jesteśmy niezguły, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy reszta z jego klasy dysponuje pokojami, w których rządzi jak chce, z forsą się nie liczy, ma obrotnych starych na opłacalnych stanowiskach, starych, co to staną w ich obronie i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.
A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie no i muzy nie ma gdzie posłuchać, nie mówiąc o tym, że komputer, to marzenie.
Coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie, więc ostatnio, na osłodę, kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają za byle co, traktują go z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.
Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale ciut nie na czasie: retro i z lekka obciachowa, jak nam oznajmił.
Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego kamratach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek racje.
Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy przestrzegania wczorajszych norm i sensownych praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec to był gość, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość objawianą dzieciom.
Ale kiedy ojciec, czyli ja, nie jest już głową rodziny, tylko łysą pałą i żadna z niego alfa i omega, lecz upierdliwy zgred, to i otaczający świat sparszywiał i przeobraził się w powierzchowny stek guseł, sztuczek, bajkowych pewników zaczerpniętych z niedouczenia, wyniesionych z podwórka czy ulic, jedynych akademii obdarzonych wychowawczą charyzmą.
Toteż skołowany, pogubiony w nim, nie bardzo się orientuje, w co ma wierzyć. Przerobiliśmy go na swoje kopyto zapominając, że prawa i wymogi obowiązujące w naszym świecie, w jego, straciły poprzednią moc –
Na tym skończył, ale się nie doczekał pocieszenia, bo odrzekłem mu w ten deseń:
– chamstwo w zarodku tępić trzeba, a nie usprawiedliwiać po czasie. Nie wolno mu pobłażać, bo jak folgujesz, to dajesz sygnał, że odpuszczasz. Odpuszczanie zaś oznacza kapitulację. Przyznanie się do grzechu bezradności wobec gnojka. Jakbyś pozwalał mu na wybór: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia.
Synuś powinien mieć zakreślone granice. Ma wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Otóż łachudrą nie może być ani we wtorek, ani w inny dzień tygodnia. I tak mu klaruj póki masz nieco sił w nieodbitych płuckach. Na razie uczysz go niekonsekwencji. Już teraz jest z niego arogant, a na braku empatii zna się, jak mało kto.
O czym powiedziałby ci byle psycholog, profesjonalista z wieloletnią praktyką w zawodzie. O ile zostałby dopuszczony do zabrania głosu. O ile nie zakrzyczałby go jakiś cymbał wykształcony na bezstresowych nowinkach. Powiedziałby ci też, jak ta słuszna koncepcja zamieniła się w parodię.
Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi iść z nim w tango, czy mówić do niego per koleś. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać, którędy dochodzi się do wiedzy.
Jak zgraja naszych „wychowawców”, która uwzięła się być dla nas równiachami spod trzepaka, totumfackimi niemal, a nie przewodnikami po zawiłościach życia, tak i my robimy ze swoimi pociechami to samo. Pozwalamy im na każdy kaprys, a postępujemy tak mówiąc sobie: niech ma lepiej, niż ja, bo inaczej wyrośnie na kolejnego Breivika.
Wychowanie, kształtowanie charakterów, to gra sprzecznych interesów. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza.
Nie jesteśmy dla naszych dzieci – przewodnikami po życiu; prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do zgody na nieopierzoną wizję świata: prowadzi do tłumaczenia, wyjaśniania, pokazywania na przykładach, złożoności życia. A także – na uczeniu szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowych odmienności.
Tyle teoria. W praktyce, jesteśmy dla nich albo dostawcami frajdy, albo – nie znoszącymi sprzeciwu nauczycielami strachu, hipokryzji i alienacji. Zadowalamy się życiem pozornym. Osobnym trwaniem. Wzajemnym schodzeniem sobie z drogi.
Niedługo doczekasz się, że sprawi ci solidne bęcki. Wtedy mów, że wielbisz kij, którym cię grzmoci. Że aprobujesz jego niezrozumiały sposób życia i drażniącą taktykę postępowania.
W myśl powiedzenia, że po nas choćby potop, wszystkim wszystko zwisa; dzisiejszy nauczyciel nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji, a rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki; szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a dzieciak lata z pałą po ulicy i szuka frajera do glanowania.
Pokrzepia mnie nadzieja, że po okresie panowania absurdu, nastąpi przesyt skarlałą dotychczasowością i narodzi się z martwych – zwyczajność. Podejmiemy kolejną próbę znalezienia lepszych sposobów na istnienie. Bo przemijanie złego czasu to powtarzalny proces fermentacji lat, chaos pomieszanych zdarzeń, ruchy Browna w retortach kronikarzy bytu.
Narosły nowe pokolenia i mało kto pamięta minione czasy: nowych nie interesuje przeszłość. Nie trzeba się więc oburzać na młodzież, bo to tak samo rozumne, jak gniewanie na garnek, że smoli –
Co powiedziawszy, zadowolony, że to nie mój frasunek, udałem się do swojej kawalerki.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
