31.12.2021

W epoce Bolesława Bieruta, który zmarł po przeziębieniu się w Moskwie, krążył dowcip: „Wyjechał w sukience, wrócił w trumience”. Przypomniała mi go moja szlachcianka tuż przed odlotem z Miami do Warszawy.
Kartkę „pozytywny” dostałem 5 dni temu, na Marszałkowskiej 74. Był to test, którego wymaga się przy odlocie do U.S., jeden z tych, za który „prywaciarze” (termin mojego ojczyma), biorą, ile chcą. 160 złotych.
Do taksówki wsiadłem w masce, a taksówkarz tak do mnie:
— Wie pan, dlaczego ja nie noszę?
— Dlaczego?
— Bo ja przez tydzień tak się wiłem w bólach, że chodziłem po ścianach, ale teraz jestem ozdrowieniec i ja pana nie zarażę.
Moja kwarantanna odbywa się w hotelu „Chopin”. Taki mam widok z pokoju.

— Tu mówi policja. Czy to pan Marzyński? Chcemy się dowiedzieć, jak się pan czuje.
— A pan? Co u pana? Jak się pan nazywa?
— Ja kapral Kasperek. Sprawdzamy, czy pan nie wychodzi z pokoju.
— A jak często będzie pan do mnie dzwonił?
— Jest już po świętach, więc co dwa dni.
Nasz przyjaciel, Jarek Chołodecki, który jest właścicielem tego hotelu, urodził się w Miliczu na Dolnym Śląsku w rodzinie nauczycieli: ojciec z Wołynia, gdzie dziadek był wójtem granicznej gminy Ludwipol, matka z kresów zachodnich, koło Krotoszyna, na granicy z Niemcami.

Gdy Jarek miał 15 lat, a był to rok 1965, ja przewodziłem pospolitemu ruszeniu w pobliskim Sycowie, który w telewizyjnym turnieju miast, stanął do pojedynku z pięciokrotnie większą Oleśnicą.
W latach „Solidarności” Jarek Chołodecki był wiceprzewodniczącym regionu opolskiego. Zamknęli go na rok. Siedział w Opolu, Nysie, Grodkowie i Uhercach blisko wschodniej granicy. Po stanie wojennym wyjechał do Ameryki.
Poznaliśmy się w Chicago, ja filmowiec — dokumentalista, on, popularny talk-show-man w chicagowskiej Polonii, którą chciał zmienić do szpiku kości: z konserwatywnej, nacjonalistycznej i antysemickiej, na racjonalną i postępową.
W tym czasie szlachcianka Grażyna prowadziła Bed & Breakfast, gdzie kiedyś zebrało się przy śniadaniu siedmiu laureatów Nobla, którzy zjechali na konferencję w pobliskim University of Chicago. Tak w głowie Jarka powstała wizja Smolnej 14.

10 lat później, po niespełnionej misji kulturalnej w chicagowskiej Polonii, w poszukiwaniu szklanych domów, jak po niepodległości Cezary Baryka z „Przedwiośnia”, Jarek wrócił do wolnej Polski, gdzie został menadżerem amerykańskiego programu rozwoju gospodarczego małych miast.
Po dalszych długich latach pojawiła się w jego życiu kamienica na Smolnej 14, którą socjalizm zostawił jako zrujnowany mieszkaniowy „kołchoz”: olbrzymie mieszkania z wysokimi sklepieniami i freskami na ścianach i sufitach, podłogami ułożonymi w mozaiki z najlepszego drzewa, podzielone na kwaterunkowe klitki z prymitywnymi kuchniami i łazienkami, zrujnowana klatka schodowa i brama, w której przez lata ludzie spod budki od piwa oddawali mocz.
Po zmianie ustroju lokatorzy wykupywali mieszkania od miasta, które nie było ich prawnym właścicielem, a potem odsprzedawali je z zyskiem. Ze swoich amerykańskich oszczędności jedno z opuszczonych mieszkań kupił Jarek, potem drugie i trzecie. W innym wynajętym od miasta mieszkaniu urządził Stowarzyszenie Smolna 14, z salonikiem i kawiarnią. Z własnych środków odbudował walącą się bramę, odnowił klatkę schodową, zagospodarował podwórko. W wyremontowanej przez Jarka windzie zawisła proklamacja odrodzenia historycznej kamienicy:
My mieszkańcy Smolnej 14 chcemy, żeby było „normalnie”. Nie palimy i nie śmiecimy na schodach. Rowery zostawiamy na podwórku. Nieznane nam osoby pytamy, kogo zamierzają odwiedzić. Pozdrawiamy się uśmiechem. A może nawet pytamy „jak leci?” Zero tolerancji dla demoralizacji! Codziennie przypominają nam o tym wkładane bez naszej aprobaty, gorszące w treści i formie, zaproszenia do domów publicznych. Wrzucane przez kierowców, stają się dostępne dla każdego, w tym dzieci. Nie godzimy się na taką ingerencję w naszą prywatność. Jeżeli domy publiczne nie zaprzestaną tej działalności, będziemy szukać prawnych sposobów ich karania!
Deklaracja ta wciąż wisi w windzie kamienicy przywróconej do blasku z lat, gdy przed wojną mieszkali tam polscy arystokraci. Dziś jest tu 35 hotelowych pokoi, z odnowionymi gdzie się dało freskami na sufitach i ścianach, reprodukcjami mebli z lat międzywojennych i ostatniej technologii, łazienkami. Za odrestaurowana bramą umieszczono recepcję przypominającą oranżerię, na dachu zbudowano taras z ogrodem i pasieką, gdzie pszczoły odparowują nektar, z którego powstaje miód dla gości hotelowych.

W Café Chopin kawa arabska wypalana jest na miejscu, a na stolach tak jest napisane na papierowych matach:
Nasze wartości: spotykać ludzi przy wspólnym stole, radować się zdrową żywnością, otwierać się na świat i mocno zakorzeniać w Warszawie, mieście muzyki.
Każdy pokój nosi tu imię innego podziwianego przez Jarka twórcy lub twórczyni. Mój pokój nazywa się „Irena Krzywicka”, a gościłem już u Hrabala, Lema, Szymborskiej, Rubinsteina i innych. W kawiarni „Chopin” wisi portret noblistki Olgi Tokarczuk, a w klatce schodowej zdjęcie załogi hotelu z filmowcem na miarę Polańskiego, laureatem Oskara za „Idę” i autorem znakomitej „Zimnej wojny” Pawłem Pawlikowskim (w środku, w okularach).

Większość załogi Jarka to imigranci: Ukraina, Azerbejdżan, Czeczenia, Białoruś, Iran, Południowa Afryka, Tanzania. Niektórzy dawni pracownicy „Chopina”, odnoszą sukcesy zawodowe: Azerka Sabina w logistyce (ma już polskie obywatelstwo), Ukrainiec Jurij, który studiował w czasie pracy, kieruje firmą deweloperską, Irańczyk Mohammed codziennie po pracy w hotelu, ćwiczy freestyle – akrobacje piłką, został wicemistrzem Europy.
Przyjeżdża tu średnio 8 tysięcy gości rocznie. Specjalnym zainteresowaniem, cieszy się „Chopin” wśród turystów amerykańskich, szczególnie emigrantów poszukujących swoich polskich korzeni. Polsko-amerykański Jarek Chołodecki, jest ich cennym przewodnikiem po tym świecie.
Smolna 14 przeżyła wszystkie możliwe bóle reprywatyzacji. Spory własnościowe zakończyły się, pojawili się nowi właściciele mieszkań i nowi inwestorzy. Horyzont finansowy wydawał się czysty, ale od dwóch lat, jak wszystkie warszawskie hotele, „Chopin” choruje na kowid.
Ucieleśnieniem tego stałem się ja – w pustym hotelu, odbywający kowidową kwarantannę.
Z poprzednich, wesołych tu pobytów, pamiętam „Najdłuższe Urodziny” na 200 lecie urodzin Chopina, projekt Jarka, którego na dźwięk muzyki Chopina, jak mnie, przechodzą ciarki. Fortepiany stały na ulicach Warszawy, odbywał się maraton muzyczny z udziałem ponad 300 wykonawców, którzy Chopina grali non-stop, przez 192 godziny.
Szeregowy Ogórek z Wojsk Ochrony Pogranicza też ma mnie na liście zadżumionych, ale robi wrażenie, że pierdzi w stołek, nie wie nawet, o co mnie zapytać, a na wszystkie moje pytania kieruje mnie do pacjent.gov.
— Czy wolno mi wyjść naprzeciwko, do apteki? Pytam Ogórka.
— A wie pan, nawet nie wiem. Kiedyś nie było wolno…
— A zadzwoni pan jeszcze?
— Ja nie, ale żołnierze z innych jednostek.
15 lecie Polski w UE to był na Chłodnej 14 happening z zawieszonym nad chodnikiem fortepianem. „Oda do radości” była zaśpiewana przez 60 osób zgromadzonych na balkonach. Poniżej na ulicy protestowali narodowcy.
Epidemia kowidu jest kolejną ilustracją Polski źle tłumaczonej z angielskiego. Od cierpiących dziadków oczekuje się umiejętności komputerowych na poziomie ich wnuków. Panie i panowie ze służby zdrowia nauczeni są tylko jednego zdania, w epoce PRL nieznanego: „W czym mogę pomóc?” („How can I help you?”), po czym pada złowieszcze: „proszę się zalogować!”.
Gdy nacisnąłem na „teleporadę internistyczną” za 110 złotych (o kowidzie się nie pisze, mało eleganckie słowo? Czy też ktoś zaniedbał uaktualnienia strony?) wskoczyła moim niezgrabnym palcom na ekran również teleporada ginekologiczna za 160 złotych i pediatryczna za 130. Razem w koszyku pojawiło się 400 złotych. Na mojej bostońskiej stronie napisane jest wołami CHANGE CHARGES (USUŃ), tutaj, dopiero po wystąpieniu pierwszego potu, znalazłem mamy pstryczek do tego celu, a nie byłem nawet ani cierpiącym, ani staruszkiem.
Osoba „w czym mogę pomóc?”, nie potrafiła, jak to się dzieje w Bostonie, poprowadzić mnie przez własną stronę internetową, a tylko znów: „proszę się jeszcze raz zalogować”. Visą amerykańską nie mogłem zapłacić (zanim nie zapłacę, nie uświadczę teleporady), moja polska Visa z Millenium wyskoczyła, bo był tam adres amerykański, co wymagało mojego telefonu do banku, żeby adres ożenić z kartą. W czym mogę pomóc? W niczym.
Z teleporady zrezygnowałem. Na szczęście mój najlepszy przyjaciel z Liceum Batorego, Mirek, jest lekarzem na emeryturze, przepisał mi lekarstwa i przyniósł do „Chopina”.
Marian — pisze do mnie Anka — pani farmaceutka pyta, czy jakieś krople na zatoki by ci się przydały, są dwa rodzaje składników, zapytaj Mirka. Zaproponowała też jakieś krople rozluźniające wydzielinę, oparte na olejkach eterycznych. Ale powiedziałam, że masz już płynny katar. Zapytaj Mirka co do nosa.
Anka, myślę, że mam już wszystko do łykania plus żonę, która nie wierzy w lekarstwa i muszę się z nią liczyć, bo jest współwłaścicielką mojego ciała, a ja jej!
Jarkowi, który święta spędza w Chicago (nic w pustym hotelu nie miał do roboty), posyłam pomysł z punktu widzenia ofiary kowidu:
Pomyśl o cudzoziemcu, ale również o kimś, kto nie mieszka w Warszawie. Co zrobi w momencie dostania pozytywnego testu? Wsiądzie w taksówkę, zarazi kierowcę, z hotelu go wyrzucą, polski szpital zakaźny brrrr…
Posyłam mu informacje z Nowego Jorku, gdzie, gdy ofiara kowidu nie ma odpowiadającego jej schronienia, miasto za darmo umieszcza ją w hotelu z pełnym utrzymaniem.
„Świetny pomysł, nie ten kraj”, odpowiada mi Doktor Judym — Jarek Chołodecki, laureat nagrody miasta Warszawy, który kiedyś objechał rowerem Opolszczyznę, aby zostać tam senatorem i poprawiać ludziom życie, ale większość wyborców zdecydowała, że ktoś, kogo nie stać na samochód, nie może im w niczym pomóc.
— Jak się czujesz? Pyta mnie Marita, a ja udaję doktora: mam nową odmianę wirusa, po trzech szczepieniach, objawy jak w grypie, katar się kończy, lekki kaszel wraca, dziś od rana brak apetytu, wygląda na to, że po tygodniu, jak w grypie, wszystko minie. Moja prognoza: w ciągu najbliższych lat wszyscy będą zarażeni, szczepieni, z lekkimi objawami, przeżyją, cześć idiotów wykorkuje, czyli darwinowska “, odporność szczepu”, o jakiej mówił Trump, który ofiary miał w dupie.
Urodziłeś się pod szczęśliwą gwiazdą. Nowy dzień, nowa przygoda, nowa inspiracja. Katar minie, gardło wypłucz solą, żeby ta zaraza nie poszła do płuc, ja to przerabiałam. I oczywiście pójdź na spacer. Trzeba żyć. Pełna podziwu dla ciebie, Wanda.
I ja dla ciebie jestem pełen podziwu, odpowiadam jej, takim kobietom jak ty, pełnym mądrych emocji i pozbawionych wyrachowania, wiele zawdzięczam w życiu, całuje cię Wando — Ekstrawagando, M.
Kwarantanna kojarzy mi się z polskim „siedzeniem nie za swoje grzechy”. Czekając na wolność, czytam genialnego hrabiego Tołstoja. O jego zasadach postępowania i samodoskonalenia się.
- To, co polecono ci wykonać, bezwarunkowo wykonaj.
- To, co wykonujesz, wykonuj dobrze.
- Jeżeli coś zapomnisz, nigdy nie zaglądaj do książki, staraj się przypomnieć sobie sam.
- Zmuszaj swój umysł do jak najbardziej intensywnego myślenia.
- Czytaj i myśl na głos.
- Nie krępuj się mówić ludziom, którzy ci przeszkadzają, że przeszkadzają, najpierw daj im to delikatnie do zrozumienia, a jeśli nie rozumieją, przeproś i powiedz wprost.
W telewizji oglądam bełkot pana Dudy. Nie śledząc polskich wydarzeń, treści nie rozumiem, ale poraża mnie prymitywna manipulacja językowa źle wykształconego Polaka.
Wyłączam dźwięk i widzę ciemną mapę kulturalną Polski, w której, pod innym marnym reżimem, narodziła się moja własna kultura. W oknie hotelu „Chopin”, w pokoju mojej kwarantanny na Smolnej 14, pali się światełko. Mam nadzieje, że takich światełek jest więcej. Zapewnia mnie o tym Jarek, który w ostatnim roku zmontował takie happeningi jak „Orkiestra Uchodźców” i „Chopin też był uchodźcą”, wywieszając na kamienicy zdjęcia Wielkich Polaków, którzy szukali schronienia za granicą.
Zapowiadając uliczny festiwal muzyczny „Odtrąbienie kowidu”, z udziałem nieznanej mi gwiazdy dawnego „Pożaru w Burdelu”, Leny Piękniewskiej, Jarek Chołodecki prosi o dołączenie jej linku.

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
