05.01.2022

Szlachcianka przeczytała mój poprzedni wpis i napisała: To jest najlepszy ze wszystkich. Pisz pan. 👍
A ja do niej z kwarantanny kowidowej: A to jest najlepsza żona ze wszystkich. U mnie racuchy z jabłuszkami odgrzane na płycie, płatki zagotowane we wrzątku, skarpetki czekają na zanurzenie. Nowy rok nudny, ale E. to uwielbia. Powołując się na Tołstoja, napisałem mu, że ja szczęśliwego roku nikomu nie życzę, bo szczęście nie istnieje, więc nie mogę za to wziąć odpowiedzialności. Polski „Newsweek“ potraktował to tak na okładce: »Przyzwoitego Roku!«. Na trzy godziny przed tym świętem zegarmistrzów idę spać, ty też idź do łóżka!
Ale obudziłem się przed północą i nad wjazdem do mostu Poniatowskiego, zobaczyłem sztuczne ognie ogłaszające rok 2022.

Z mojego okna na Smolnej (przeniosłem się na wysokie piętro) widać też gmach dawnego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dziś siedlisko różnych giełd i korporacji finansowych. Oczami wyobraźni widzę towarzysza Gomułkę (Bartek i Anya: to był szef partii komunistycznej, który zaproponował nam emigrację z Polski), po życzeniach szczęśliwego nowego roku, pierwszy sekretarz pląsa w walczyku z bufetową stołówki KC.
A. spacerowała po terenie dawnych domków fińskich na Jazdowie, gdzie mieszkaliśmy w latach 1945 – 1969 i przysłała mi zdjęcie jednego z istniejących jeszcze domków.

To zdjęcie przypomniało mi jeden z polskich Sylwestrów. (Bartek i Anya: Sylwester to imię, którego obchody na ten dzień w Polsce przypadają, stąd nazwa wigilii Nowego Roku). 55 lat temu moi rodzice wyszli na przyjęcie do rodziny, a nasza szóstka miała domek dla siebie: Bohdan Tomaszewski, sprawozdawca sportowy, ze swoją arystokratyczną żoną, Izabellą Sierakowską, scenograf telewizyjny Wowo Bielicki z żoną, projektantką mody, Grażyną Hase, szlachcianka i ja. Jedliśmy, piliśmy i tańczyliśmy.
*
Mail z Miami: Maryś kochany, za chwilę Nowy Rok. Życzymy ci utrzymania pogody ducha i talentu znajdywania w ludziach i wydarzeniach, pozytywnych, stron, które nie każdy zauważy. Trzymaj się przysłowiowego pędzla, bo drabina leci, ale nie w twoich oczach. Wracaj szybko ! – Janka i Norbert.
— Halinka wcale nie jest umierająca — powiedziała mi przed odlotem Grażyna. Ma 90 lat, straciła zainteresowanie życiem i nie chce jej się wstawać, poza tym nic jej nie jest. Pamiętasz jej ojca? 15 lat nie opuszczał łóżka. Opowiadałeś mi, że Halinka po stracie matki, która uciekła z getta, była twojej matki, Broneczki, przyszywaną córką. Za mąż wyszła za kolegę z dziennikarstwa, otwartego antysemity, który jej powiedział: „nie znoszę Żydów, ale ciebie kocham”. W listopadzie 1969 ty byłeś już ze swoimi rodzicami w Kopenhadze. Po zlikwidowaniu naszego domku fińskiego na Jazdowie, przed odlotem do ciebie, 2-letni Bartek i ja chcieliśmy spędzić u kogoś ostatnią noc w Warszawie. Gdy zapytałam Halinkę, czy może to być u nich, odpowiedziała, że teraz w Polsce wszyscy się boją i mąż się nie zgadza.
— Ta historia nie ma dla mnie żadnego znaczenia — odpowiedziałem Grażynie — obiecywałem Halince wiele razy, że ją odwiedzę. Muszę to zrobić teraz, bo może to być ostatnia szansa rozmowy z nią i przypomnienia sobie naszego mieszkania w warszawskim getcie na Siennej 54, gdzie bawiliśmy się w „Niemców”. Chowaliśmy się w wielkim, wiklinowym koszu, udając, że Niemcy nasz szukają. Gdy ja krzyczałem „poszli!”, wychodziliśmy z kosza.

Poza Halinka i mną z dzieci w naszej rodzinie uratował się tylko Adaś, którego rodziców zamordowano w Treblince. Zaadoptował go pewien inżynier spoza Warszawy, który zastrzegł sobie, że Adaś po wojnie nie będzie utrzymywał żadnych kontaktów ze swoją żydowską rodziną. Po latach, jako dorosłego człowieka, odnalazła go Halinka.
Pamiętam, jak Halince i mnie tuż po wojnie moja matka wyczesywała z głów wszy gęstym żelaznym grzebieniem. Później ten ostry grzebień zamieniony został na przedwojenny, delikatniejszy; z kości słoniowej? Masy perłowej? Ebonitu? Moi koledzy i ja próbowaliśmy bawić się z Halinką w doktora; nie wychodziło to, bo była dla nas za stara, za dużo wiedziała o anatomii. Znaleźliśmy sobie młodszą dziewczynkę.
Oboje poszliśmy do szkoły na Czerniakowską 128. W drodze ze szkoły Halinka zatrzymywała się w naszym domku fińskim, stawała przed lustrem i pytała: „Ładna Halusia? Piękna Halusia?

Później chodziliśmy do tego samego Liceum im. Stefana Batorego na Myśliwieckiej 6. Znaleźliśmy się również na tym samym wydziale dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Gdy ja zaczynałem, ona była już dziennikarką.

Napisała mi Ewa z Montrealu: Matka mówiła, że dobre uczynki nigdy nie będą odpłacone. W angielskim jest taki idiom: good deeds will not go unpunished.
Moja odpowiedź: Zajrzałem do Internetu i dowiedziałem się, ze napisał to Dante, a później powtarzali inni pisarze, między innymi Oscar Wilde, pod takim tytułem jest też piosenka w musicalu „Wicked”. A więc —przy sporej dawce cynizmu — można by powiedzieć, że za odwiedzenie w Polsce 90-letniej Halinki, spotkała mnie kara w postaci kowidu.
E-mail ze Sztokholmu: Lawirujemy między strachem a rozsądkiem. Jesteśmy potrójnie szczepieni i to daje nam jakieś poczucie bezpieczeństwa. Jak mawiają Rosjanie, nie płacz, że nie masz butów; ciesz się, że masz nogi. Czekamy pokornie na lepsze czasy. – Janusz,
Halinkę odwiedzałem za każdym przyjazdem do Polski, co dwa, trzy lata. Wspominając przeszłość, wygłupialiśmy się. Tym razem przywiozłem jej poważny temat. Opowiedziałem jak umarła moja matka, a jej ukochana ciotka – Bronuchna. Po latach niedomagania serca kończąc 82 lata, spędzała długie godziny w łóżku i zapytała: — Przestałam gotować, sprzątać, nie jestem w stanie w niczym już wam pomóc, wszystko zapominam, po co ja właściwie żyje? Na co ja: — Żyjesz dla mnie. — Ja też tylko po to żyje, żeby Agata miała matkę — wtrąciła Halinka.

— Masz rację — kontynuowałem — ale gdy przestaniesz wstawać, rozumieć pytania, jakie ci zadajemy, gdy życie przestanie mieć sens dla ciebie?
Halinka zamyśliła się, a ja wróciłem do śmierci Bronuchny, która nie chciała umierać na naszych oczach. Pojechała na farmę do naszych przyjaciół a tam — poza naszą kontrolą — przestała brać lekarstwa na ciśnienie i po tygodniu zwalił ją masywny atak serca. W naszej rozpaczy było jedno pocieszenie: do ostatniego tchnienia była bohaterką. — Nie bój się śmierci, piękna Halusiu, porażkę zamień w zwycięstwo — powiedziałem, żegnając się z kuzynka, której odejście moje dzieciństwo pozbawi konturów. Musiałem wrócić do wiklinowego kosza , w którym w getcie bawiłem się z Halinką i zamienić to w bajkę.

Cdn

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
