02.02.2022

Przez ponad 20 lat, od 1983 do 2004 roku regularnie jeździłem do Niemiec do klasztoru franciszkanów do Dettelbach koło Würzburga. Byłem jednym z kilku tysięcy polskich księży, którzy w ten sposób pomagali swoim niemieckim kolego, ale też znacząco powiększali własne zarobki. Zwłaszcza pierwsze lata to była prawdziwa win win situation, Niemcy mało płacili jak na swoje zarobki, a dla Polaków to i tak była duża suma. No i pracy nie było za wiele. Właściwie tylko odprawienie jednej mszy w dni powszedni i dwu lub trzech w niedziele, plus oczywiście kazania. Te zresztą można było przeczytać z kartki, bo gospodarze zadbali o takie pomoce. W zależności od temperamentu można było ten czas przeznaczyć na wakacje i zwiedzanie okolicy lub na czytanie i pisanie.
Jak byłem w tamtych latach na „akademickim dorobku” (pisałem najpierw doktorat, a potem habilitację) więc ten czas wykorzystywałem głównie na szperanie w zasobnych bibliotekach czy to Würzburga, czy sąsiedniego opactwa benedyktyńskiego Münsterschwarzach, czy nawet lokalnej w Dettelbach, które kiedyś było franciszkańskim seminarium, więc była całkiem przyzwoicie zaopatrzona. Szczególny urok miało dla mnie Münsterschwarzach, którego zabudowania dominowały nad całą okolicą. Magnesem dla mnie był też niezwykle popularny autor bestselerów duchowościowych Anselm Grün. Łączny nakład jego książek w samych tylko Niemczech przekroczył kilka milionów. Sukces zawdzięczał połączeniu najwyższego lotu teologii (Karl Rahner) z psychologią głębi (Carl G. Jung). Wydawnictwo WAM, z którym współpracowałem, było pierwszym, które wprowadziło Anselma Grüna na polski rynek.
Pobyty w Dettelbach miały też inny wymiar. Otóż dzięki temu „wakacyjnemu księdzowaniu” dość dobrze poznałem lokalne problem i próby ich przezwyciężania. Jedną z nich było poszukiwanie nowych sposobów przeżywania chrześcijaństwa. Moje było dość tradycyjne, choć w tym czasie (dokładnie w latach 1989-1990) zapoznałem się dość dobrze z twórczymi próbami łączenia doświadczeń Wschodu i Zachodu. Mówiąc dokładniej, ten rok spędziłem razem z niemieckimi jezuitami na tzw. trzeciej probacji, czyli na pogłębianiu duchowości ignacjańskiej, będąc całkowicie wyłączonym z działalności duszpasterskiej i naukowej. Naszym przewodnikiem był Piet van Brennen, holenderski jezuita, z wykształcenia fizyk, którego znudziła nauka ścisła i zapragnął pogłębiać swoją duchowość. W dużym stopniu to on zmusił mnie to rezygnacji z intelektualnego podejścia do duchowości i zajęcia się wschodnimi technikami medytacji.
Tak poznałem Anthony’ego de Mello i jego figlarne podejście do wszystkich tradycji religijnych czy nader serio podejście do medytacji zen w przekazie Hugo Enomiya Lassala. To akurat dwóch jezuitów. U ucznia Enomiya Lassala Bernharda Schrera spędziłem kilka tygodni w centrum medytacyjnym Sonnenhaus w Beuron, gdzie po kilka godzin dziennie medytowałem zgodnie z tradycją zen. Efekt był taki, że z trudem wracałem do moich naukowych zatrudnień. Spowolniło to moją pracę nad doktoratem, który ostatecznie obroniłem w 1994 roku. Nie miałem też serca do dalszych stopni naukowych, które robiłem tylko dlatego, że tego oczekiwali ode mnie przełożeni zakonni. Medytacja stała się moją drugą naturą.
Wracam do moich niemieckich doświadczeń. Owszem słyszałem, że ze wspomnianym opactwem benedyktynów Münsterschwarzach był związany Willigis Jäger, który w roku, w którym zacząłem tam bywać, czyli w 1983 założył w Würzburgu Dom św. Benedykta. Rozwijał w nim poznane wcześniej w Japonii techniki medytacyjne, które poznałem w Beuron. Może dlatego specjalnie mnie Willigis Jäger wówczas nie zainteresował.
Tym bardziej że głośno było o jego konflikcie z opatem, a nawet z Kongregacją Nauki Wiary, którą kierował wtedy nieprzejednany wróg wszelkich flirtów z innymi religiami, a zwłaszcza z buddyzmem: Joseph Ratzinger. Znałem to z innych kontekstów, m.in. z potępienia przez Ratzingera jezuitów, którzy zajmowali się dialogiem międzyreligijnym, jak Roger Haight czy Jacques Dupuis; potępienia, choć pośmiertnie, doczekał się też wspomniany wyżej Anthony de Mello. Wiedziałem też, że kolejne książki Willigisa Jägera były tłumaczone na język polski, a jedna z nich, Fala jest morzem, była żywo dyskutowana i kilka osób pytało mnie, czy można ją czytać. Byłem jeszcze wtedy jezuitą (to był rok 2001) i dziwiłem się, że ludzie mają tak osobliwe problemy. Oczywiście, zarówno Jägera, jak i de Mello gorąco polecałem każdemu, kto interesował się możliwością pogłębienia swojej duchowości.
Od 2005 roku straciłem kontakt z duchowością, bo musiałem stanąć na własnych nogach, co w katolickiej Polsce nie było łatwe. Kościół i jego urzędnicy dawali mi jednoznacznie do zrozumienia, że nie powinienem wścibiać nosa w ich biznes. Rozumiałem ich racje i starałem się unikać kontaktów zarówno z instytucją, jak i jej przedstawicielami. Nie przestałem się jednak interesować religią jako zjawiskiem kulturowym. Pisałem i wykładałem sporo na temat jej styku z polityką, literaturą, a nawet popkulturą. Stawała mi się jednak coraz bardziej obca w sensie egzystencjalnym, że tak powiem. Jednak nie mogę tego powiedzieć o duchowości, która ciągle mnie zajmowała jako możliwość innego patrzenia na szereg zjawisk niepoddających się racjonalnemu opisowi czy rozumieniu.
To wszystko powyżej napisałem sprowokowany lekturą osobliwej książki. Ofiarował mi ją autor Alexandr Poraj-Żakiej. Tytuł: Stulecie Willigisa. Biografia duchowa Willigisa Jägera, benedyktyna i mistrza zen. Osobliwość tej biografii polega na tym, że stanowi przedłużenie rozmów, jakie autor prowadził z tytułowym bohaterem przez ostatnie 30 lat. Jest właściwie zaproszeniem, by się w tę rozmowę włączyć, a nie tylko, by się jej przysłuchiwać. Ja tak w każdym razie zrobiłem.
Urodzony w 1925 roku Willigis Jäger zmarł w 2020 roku. Przeszedł długą drogę od tradycyjnego bawarskiego katolicyzmu uwikłanego w faszyzm i z trudem z tego uwikłania się uwalniającego, do nowoczesnego spojrzenia na religię, w którym chrześcijaństwo jawiło się jako jeden z możliwych przejawów. Dla niego wprawdzie ciągle najważniejszy, ale potrafił wychować ludzi, dla których już tak nie było.
Nie był w tym osamotniony. Niektórych wspomniałem wyżej. Najważniejszym dla duchowego przebudzenia Niemców był niewątpliwie jezuita Hugo Enomiya Lassalle’a (1898-1990), który niemal całe spędził w Japonii i tylko od lat 70. zaczął bywać w Europie i pokazywać jak ważnym może być dla niej Daleki Wschód. Również istotną rolę w tym przebudzeniu odegrał znacznie od niego młodszy Anthony de Mello (1931-1987), którego książki do dzisiaj należą do bestselerów. Ciekawa jest rola odegrana w Niemczech przez Josepa Ratzingera ur. 1927, zwłaszcza w świetle ostatnich rewelacji raportu na temat tuszowania pedofilii księży katolickich w diecezji monachijskiej, opublikowanego 20 stycznia 2022 roku. Jednak interesuję nas przede wszystkim Willigis Jäger i jego trudna droga rozstawania się z dogmatyzmem kościoła katolickiego. Na dobrą sprawę nie rozstał się z nim. W istocie w testamencie zażyczył sobie katolickiego pochówku. Jego wola została uszanowana zarówno przez uczniów, jak i przez benedyktynów. Został pochowany na klasztornym cmentarzu w Münsterschwarzach.
Tę książkę najlepiej czytać równolegle z lekturą własnego życia. Dla mnie zmagania Willigisa Jägera są zrozumiałe, ale ich nie podzielam. Już od roku 2000, gdy Joseph Ratzinger przy aprobacie Jana Pawła II ogłosił ekskuzywistyczną i arogancką deklarację Dominus Iesus, wiedziałem, że katolicyzm przestaje być moim domem. Od tamtego czasu tylko się w tym odczuciu utwierdziłem. Moim kościołem jest mój umysł, że powtórzą za Thomasem Painem, a bycie utożsamianym z kościołem katolickim uważam za obrazę nie tylko intelektu, ale i moralności. Dowodów na zasadność takiego stanowiska mam coraz więcej. O niektórych z nich piszemy od kilku lat z Arturem Nowakiem. Mamy przy tym świadomość, że to tylko nieznaczny wycinek niegodziwości, jakich kościół katolicki, zwłaszcza przez swoich urzędników się dopuszczał i nadal dopuszcza.
Oczywiście, że zachęcam do lektury Stulecia Willigisa. Biografia duchowa Willigisa Jägera, benedyktyna i mistrza zen. Może się okazać wielce pomocna dla każdego, kto próbuje usłyszeć własny głos, a ciągle zmaga się z konsekwencjami socjalizacji religijnej i kulturowej do ciągle jeszcze dominującego w Polsce wyznania. Co ciekawe to właśnie główni oponenci Willigisa Jägera, czyli Joseph Ratzinger i Karol Wojtyła są w tej chwili obiektami gwałtownych ataków i to z różnych kierunków. Są to sprawy dobrze znane i nie ma potrzeby ich tutaj przywoływać.
Jednak sprawą najważniejszą jest fakt, że stygmatyzowani przez katolickich hierarchów „heretycy” mają i mieli szczególnie wyczulony słuch na potrzeby współczesnego człowieka. Zwłaszcza tego, który czuje się zagubiony w świecie zinstytucjonalizowanej przemocy wobec różnego rodzaju mniejszości, czy to seksualnych, etnicznych czy kulturowych.

