18.01.2026
Trzygodzinny spektakl w Teatrze Narodowym nowego dyrektora Jan Klaty to doświadczenie osobliwe. Termopile polskie, niedokończony dramat Tadeusza Micińskiego, już raz sprawdzony na deskach innego teatru, gwarantował wysoką temperaturę przede wszystkim ideologiczną. Jednak globalny kontekst przełomu 2025/2026 roku dodał znaczeń, których w roku 2014 – gdy Klata realizował ten spektakl we Wrocławiu – nie było. W minionym dziesięcioleciu wydarzyło się sporo. Na tyle, że możemy mówić o nowym układzie sił nie tylko w Europie, ale również na świecie. Polska też jest inna. Odmieniły ją ośmioletnie rządy PiS-u, zmieniają nasz kraj coraz śmielej, by nie powiedzieć z rosnąca bezczelnością, wchodzące w przestrzeń publiczną radykalne ugrupowania, które nie tylko za nic maja demokrację, ale z gwałcenia jej podstawowych praw czynią rdzeń swego programu. A kościół katolicki w Polsce? To pytanie, po trwającym zblatowaniu większości katolickiego kleru, w tym zwłaszcza dużej grupy biskupów, z partiami prawicowymi, nacjonalistycznymi i homofobicznymi politykami jest czysto retoryczne. Ta instytucja sama postawiła się poza chrześcijaństwem. Co więcej, są księża, którzy nawet nie kryją swoich związków z neofaszystowskim grupami, czego najbardziej wyrazistym przykładem jest prezydencki kapelan ks. prof. Jarosław Wąsowicz, identyfikujący się z kibolskimi, nie stroniącym od chuligańskich zachowań grupami jest wyjątkowo wyrazisty. Dodajmy, że jego sympatie w pełni podziela jego duchowy podopieczny Karol Nawrocki.
To nie jest stwierdzenie odkrywcze. Również katolickość została zakwestionowana już dawno, gdy obserwowaliśmy rosnący dystans polskiego katolicyzmu wobec tego, co proponuje Watykan ustami ostatnich papieży. Można wręcz zasadnie mówić o czołowym zderzeniu wrażliwości wobec imigrantów, nienormatywnych grup seksualnych czy osób rozwiedzionych. Polski kościół proponuje homofobiczne, ksenofobiczne i skrajnie legalistyczne podejście do konkretnych ludzkich problemów. Trudno się wiec dziwić, że staje się instytucją coraz bardziej odklejoną od rzeczywistości i tracącą w sposób błyskawiczny poparcie społeczne.
I to właśnie w tej odmienionej tak bardzo rzeczywistości pojawia się wyrazisty głos Micińskiego i Klaty. Został on wzmocniony przez dyskretną obecność artysty grafika Bartłomieja Kiełbowicza, którego reżyser zaprosił do współpracy. Kiełbowicz nie tylko wykonał prowokujący plakat z wielce mówiącym przesunięciem znaczenia angielskiego wyrażenia War Is Over, które przechodzi w War Is On, ale też przeniósł jedną ze swych wystaw „Kraj” do foyer teatru. Na jego marmurowych ścianach pojawiły się też nawiązujące do treści spektaklu grafitti. Kiełbowicz, urodzony w 1985 roku zaznaczył już swoją obecność na artystycznej mapie Polski takimi wystawami jak wspomniany „Kraj” czy „Zamalowywanie papieża”. W obu tych przypadkach stał się wyrazicielem rosnącego poczucia zagubienia i rozmywania znaczeń pojęć takich jak patriotyzm, narodowość, czy ambiwalentnego stosunku do Jana Pawła II. Jego sztuka nie zamyka się w galeriach, nie stroni też od publicznych interwencji jak chociażby wskazując na dramat uchodźców na granicy z Białorusią czy na skrajne zideologizowanie urzędu prezydenckiego, który służy tylko jednej politycznej opcji.
Wracając do spektaklu ‘Termopile polskie’ Micińskiego i Klaty. Nie jestem miłośnikiem teatru proponowanego przez Jana Klatę. Drażni mnie nadużywanie środków technicznych takich jak głośna muzyka, dym czy przejaskrawiona ekspresja gry aktorskiej. Jednak w tym przypadku nie mój gust jest najważniejszy a ideowe przesłanie teatru. Określiłbym je jednym słowem – to przesłanie pacyfistyczne. Pokazuje bowiem absurd wojny i odsłania jej niszczące konsekwencje. Jej głównym bohaterem jest imperialna Rosja i to nie tylko uosobiona postacią carycy Katarzyny. Może nim być również Putin ze swoją ideą ruskiego miru, ale może nim też być nieprzewidywalny gospodarz Białego Domu, który nie tak dawno w obszernym wywiadzie zadeklarował, że jedyną granicą dla jego poczynań jest jego wielki umysł. Ale mogą być też inni, to w końcu teatr.
Po raz pierwszy zdarzyło mi się zobaczyć ludzi, którzy o tym zapomnieli i zaczęli śpiewać (na stojąco) hymn narodowy z aktorami jakby to była akademia ku czci… to też znak zmian jakie zaszły w Polsce. Niektórym myli się reality show z rzeczywistością. Jak amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi, ale naszemu chyba też.


Jan Klata udzielający wywiadów (GW) jest ostry, precyzyjny, wyrazisty… Kiedy to przenosi do teatru – niekoniecznie. Jakiś czas temu widziałem jego „Wesele’ w Teatrze Starym, po którym wyszedłem z bólem głowy z powodu nadmiaru obrazu i dźwięku. Wyspiański i Miciński to pisarze namysłu a nie show’u, który zdominował inne spokojniejsze przejawy życia (i sztuki). Skoro widzowie śpiewają z aktorami hymn państwowy, to mogą razem wyjść na ulice… A to już nie będzie teatr tylko nawalanka albo ustawka…
Pełna zgoda, dodałbym tylko że precyzja i ostrość Jan Klaty dotyczy nie tylko opowiedzianej historii, ale również jej czytania przez mało rozgarnietych recenzentów, którzy dopatrzyli się w nim prawaka i krytyka Tuska. Szczyt absurdu tym smutniejszy, że pojawił się w kiedyś bliskim mi piśmie Teatr…