14.02.2022

Można zacząć przypomnieniem tytułu z przedwojennej (to ważne) satyrycznej gazety – „Śmiejmy się, albowiem nie wiadomo czy świat będzie trwał jeszcze dwa tygodnie” albo, sięgając do naszych czasów, rozbudowanego materiału dziennikarskiej analizy treści polskich gazet z maja, czerwca, lipca i sierpnia roku 1939. Taka książka ukazała się chyba w zeszłym roku i wtedy nie wzbudziła szerszego zainteresowania. Teraz jest już za późno, aby stała się hitem i weszła do obiegu i dyskusji.
Nie mam zamiaru prezentować kolejnych scenariuszy tego, co stanie się za naszą wschodnią granicą. Takich prognoz i scenariuszy aż nadto we wszystkich mediach. Wypowiadają się politycy, generałowie, analitycy, specjaliści od wschodu, a zwłaszcza Rosji i jej nowego cara.
Każdy może mieć własne, ja mam też, ale to nie o to chodzi, by silić się na oryginalność i dodawać kolejne opowiadanie. To, co chciałbym powiedzieć dotyczy poziomu meta, a nie tego, jak wygląda dyslokacja wojsk rosyjskich na przygranicznych do Ukrainy terenach, ani tego ile już szpitali wojskowych Putin zbudował na zapleczu przyszłego frontu. To, na co chciałbym zwrócić uwagę dotyczy mechanizmu każdej władzy, a zwłaszcza tej opartej na brutalnej sile.
„Władza rodzi się na końcu lufy karabinu” – to myśl chińskiego przywódcy, który zrobił chińską rewolucję, a ona stała się podstawą obecnej chińskiej potęgi. A to, że Chiny stały się wielkie, budując swoją pozycję na założeniach całkowicie przeciwstawnych teorii Mao dodaje im tylko oryginalności.
Siła rosyjskiego cara jest oparta na lufach karabinów i dział, wyrzutniach rakietowych, lotnictwie i flocie wojennej. To są znaczące siły, z ich skutecznością musi się liczyć każdy. Putin jest zdeterminowany, armia posłuszna, zwykli Rosjanie nie organizuję manifestacji i protestów, maszyna wojny i dyplomacji pracuje sprawnie.
A co mamy po drugiej, tej naszej stronie?
Mamy aktywność dyplomatyczną, mnożące się wizyty u cara, deklaracje słowne. Że agresja spotka się z „surowymi sankcjami”. Jakie to będą sankcję, jak surowe – to niewiadoma. Okaże się w praniu.
Porównując strony politycznego konfliktu i stan przygotowań do wojny widzę ogromne różnice. Z jednej strony wielka armia a z drugiej ciąg narad, konferencji, oświadczeń i strojenia groźnych min (to nasz pan prezydent) – nietrudno sobie odpowiedzieć, jaki będzie wynik tej konfrontacji.
To o groźbie wojny. A co jest w debacie, w mediach, w obiegu opinii publicznej?
Olimpiada i dorobek medalowy Polaków, afery dopingowe w ekipie rosyjskiej i to, że mimo stwierdzonego dopingu młoda zawodniczka rosyjska będzie nadal brała udział w zawodach. Zamęt wokół Polskiego Ładu, do którego wprowadzono już ponad osiemset poprawek – i nikt, nawet najlepsi księgowi, nie potrafi tego zrozumieć; a to oni, zdaniem premiera, będą odpowiedzialni za prawidłowe naliczanie podatków swoim pracownikom.
Inne sprawy to rozpoczynające się ferie uczniów, bliska perspektywa ich powrotu do nauczania stacjonarnego, trwający strajk w Polarisie i niebotyczne zarobki prezesa PLL LOT – 230 tysięcy za każdy miesiąc jego trudu.
Żyjemy w nadziei, że za chwilę covid odpuści i życie wróci do normy, nastanie wiosna i będzie pięknie.
Zupełnie tak jak latem 1939, aż do 1 września, do wczesnych godzin rannych, gdy spadły pierwsze bomby, a nieco później zaczął się ostrzał Westerplatte.
Teraz pewnie na nas bomby nie spadną, wszystko będziemy obserwować w swoim telewizorze siedząc w fotelu (młodzież na tabletach) i będziemy odczuwać współczucie, ale i radość, że to nie na nas lecą te bomby i pociski.
Realnym efektem tej wojny będzie potrzeba przyjęcia i zorganizowania pomocy dla uciekających z Ukrainy ludzi. To nie będą emigranci, to będą uciekinierzy, których Polska będzie musiała przyjąć.
Jak to się jej uda skoro nie potrafiliśmy otoczyć opieką kilkuset ludzi z Afganistanu, naszych współpracowników, naszych sojuszników?
Obrazki z tych ośrodków, w których ci ludzie przebywają już od bardzo dawna wystawiają nam jak najgorsze świadectwo i mogą spowodować, że nikt, nigdzie, w żadnym kraju, nie będzie chciał stać się naszym współpracownikiem.
Jesteśmy jako świat na zakręcie.
Jeżeli ma być tak, że podstawowe sprawy, decydujące o życiu lub śmierci wielu ludzi, zależą od woli jednego tylko chorego, zimnego i cynicznego człowieka, który – będąc najbogatszym człowiekiem na świecie – chce realizować misję odbudowy upadłego imperium, a reszta świata ma tylko apele, wezwania, zapowiedzi „surowych sankcji”, to jest to najlepszy dowód potrzeby wypracowania nowego systemu rządzenia światem.
Tym nowym światem musi rządzić sztuczna inteligencja, taka samoucząca i samoprogramująca się. Albo świata, świata ludzi, nie będzie!

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
