02.03.2022

Fajny film wczoraj widziałam.
Momentów nie było i bardzo dobrze. Nie czas na momenty, na goliznę, na wytatuowany i coraz wulgarniejszy seks, gdy za oknem zimny lutowy wieczór, a złowrogie chmury przykrywają zimowy księżyc. Pora natomiast, by chwilę, godzinę, może dwie, odpocząć po ciężkim dniu pełnym okropności wojny, napływających do polskich miast uchodźców z Ukrainy, i wzmożonych ruchów wojsk nie tylko za naszą wschodnią granica, ale i u nas. Raz na jakiś czas trzeba oderwać się od programów informacyjnych pełnych napastliwych oskarżeń i płynących zewsząd sprzecznych informacji. A każda z nich jest zatrważająca.
Jak to zrobić?
Proponuję nalać sobie lampkę lekkiego wina, wejść pod ciepły kocyk i włączyć film na Netfliksie. Przekonałam się do tej platformy, przyznam jednak, że ostatnio pilotem strzelam jak gdyby na „chybił – trafił”. Wczoraj trafił mi się serial kryminalny, o którym już słyszałam. Nawet nominowany został do branżowej nagrody. Nie jest najnowszy (pierwsza seria pochodzi z 2017 roku) , to znaczy nie gorący, nieopisywany w mediach, ale dość aktualny. Nosi tytuł „Ultrafiolet”. Nie ukrywam, że głównie zwabiły mnie nazwiska aktorów: Kulesza, Lubos, Topa, Kalita. To ci starsi. I młodzi, zdolni, już popularni: Nieradkiewicz (w roli głównej), Fabijański, Żurawski. Poza tym bliźniaczki Chapko i Czerwińska. Wszyscy znakomici warsztatowo, artyści sceniczni ze sporym dorobkiem artystycznym. Trzeba kierować się jakimiś kryteriami pierwszego doboru. Nawet wtedy, gdy celujemy na oślep.
Oba sezony tego powstałego w latach 2017 do 2019 serialu reżyserował Bartosz Prokopowicz, którego nazwisko niewiele mi mówiło, ponieważ oglądałam jedynie wyreżyserowaną przez niego lekką i dość sympatyczną komedię romantyczną pt. „Narzeczony na niby”. Teraz natomiast nazwisko Prokopowicz kojarzy mi się z gościem naprawdę dobrym w tym, co robi. I obejrzany przeze mnie film (dokładnie, pięć pierwszych odcinków serialu „Ultrafiolet”) uznać mogę za całkiem niezły, dynamiczny, z interesującą fabułą. Z niegłupim przesłaniem, o którym kilka słów potem. Nadto owa fabuła wydaje się rzeczywista, mocno osadzona w polskich realiach. Co więcej, bliska jest prawdziwemu życiu, pomimo faktu czerpania inspiracji z tej ciemniejszej, mrocznej codzienności wielkiego polskiego miasta oraz, jak przystało na kino fabularne o tematyce sensacyjnej (kryminalnej, obyczajowej itp.), z ludzkich charakterów. W tych krótkich filmach namiętności są tak skrajnie silne, że każą zabijać. Ludziom inteligentnym, wykształconym, pochodzącym z tak zwanych dobrych domów. A w realnym życiu zdarza się to przecież dość często. Za często.
To normalne dla „kryminału”, że w tym wszystkim mocno tkwi policja. Tu: formacja niedofinansowana, niedoetatowana, sformalizowana procedurami, których nagięcie może przysporzyć (funkcjonariuszom) nie lada problemów. I, niemal obowiązkowo, pokazane zostały tak powszechny w kręgach policyjnych nepotyzm oraz rutyna. A że ja sama poznałam trochę detektywistyczno-kryminalną rzecz, to znaczy polski real od tak zwanej kuchni, to z całą stanowczością mogę potwierdzić profesjonalizm reżysera i scenarzysty (Igor Brejdygant). Doskonale oddał klimat i prawdziwość policyjnej codziennej służby, relacji przełożony – podwładny, przedmiotowe traktowanie petenta.

Wracając do serialowych technikaliów, to: na jeden odcinek przypada jedno ciekawe morderstwo. W tym sensie, że nietuzinkowe, wyrafinowane. I równolegle toczy się normalne życie w mieście Łodzi. Oto śledzimy losy trzydziestoletniej Oli Serafin (gra ją Marta Nieradkiewicz), która przyjeżdża z kilkuletniego pobytu w Anglii do rodzinnego miasta, by zaopiekować się matką (Agata Kulesza) dochodzącą do zdrowia po operacji ortopedycznej. Po tym, jak Ola jest świadkiem dziwnego zdarzenia z trupem młodej dziewczyny w tle, potem z niepokojem przygląda się nieudolności policji w rozwiązaniu zagadki kryminalnej, trafia w Internecie na ogólnopolską grupę zapaleńców – amatorów, którzy z wielką pasją współpracują nad nierozwiązanymi sprawami zabójstw. Każde z nich jest świetne informatycznie i „ogarnia” wszechpotężne możliwości sieci. Zwłaszcza pewien młody Polak wietnamskiego pochodzenia (Viet Anh Do). Tak na marginesie, to posiadający egzotyczną urodę aktor dodaje temu serialowi niezwykle sympatycznego, lekko uśmiechniętego kolorytu. Ola dołącza do tej ekipy noszącej miano Ultraviolet. Prosi o pomoc znajomego, byłego partnera matki (Marek Kalita), człowieka doświadczonego, aczkolwiek patrzącego na kwestie wykrywania przestępców bardziej analogowo. Tak jednak trzeba. Inny punkt widzenia, praktyka i doświadczenie bardzo przydają się Ultrafioletowym. Z biegiem czasu grupa zapaleńców zaczyna współpracować z młodym policjantem (Sebastian Fabijański), zainteresowanym Olą prywatnie. Ale o tym, sza! Okaże się, co wyniknie z tej znajomości.
Bezprecedensową zaletą serialu jest wybitne aktorstwo. Nie tylko wykonawców ról pierwszoplanowych.
Zauroczona jestem grą Marty Nieradkiewicz. Nieczęsto widuję ją ostatnio, może dlatego, że nie chadzam do kina. Marta jest śliczną aktorką młodego pokolenia, szerszej i telewizyjnej publiczności znaną z debiutanckiej roli w tasiemcu „Barwy Szczęścia”. Ot, obserwujemy zwyczajną młodą kobietę z problemami. Ma je jak każdy przeciętny Polak. Ale przede wszystkim dziewczyna ma pasję, zmysł śledczy, sprzeciwia się niesprawiedliwości, buntuje przeciwko bezdusznym urzędniczym procedurom i indolencji niektórych policjantów. Próbuje dowiedzieć się, dlaczego policja nie jest skuteczna. Docieka, czy to kwestia ignorancji, czy może organicznej niechęci do niej samej? Jak inni jej towarzysze z Ultrafioletu Ola chce działać, zrobić coś.
W „Ultrafiolecie” aktorka jest tak pospolicie prawdziwa, naturalna, gra bez cienia przesady czy fałszu, że wydaje się znaną od dziecka dziewczyną z sąsiedztwa, a jej problemy (rodzinne, służbowe, uczuciowe) od początku stają się problemami widza. Chciałoby się ją po przyjacielsku przytulić, pocieszyć, wysłuchać, poczęstować domowym ciastem z kruszonką. Dziwne to uczucie, kiedy człowiek zaczyna żyć sprawami serialowych bohaterów wiedząc, że to tylko filmowa fikcja. Godzi się na to, bo uczucie jest przyjemne. I chyba trochę czuje się spełniony. Jako prawy członek społeczeństwa.
Co do wspomnianego przesłania, to jest takie: świat rozwija się, ewoluuje. Nim zaś zaczynają niepodzielnie rządzić nowe technologie. Przyszłością cywilizowanego, coraz szybciej pędzącego donikąd świata jest rozwój i prawidłowe wykorzystanie informatyki. Informatyka jako nauka może zdziałać cuda i pomóc wielu ludziom, jednak tylko w korelacji z wiedzą i doświadczeniem. Oraz pragmatycznym rozsądkiem. Tu: ułatwić policji wykrycie nieoczywistej zbrodni oraz jej sprawcy. Ale, wykorzystana perfidnie, potrafi zaszkodzić, (o czym wyraźnie mówi jeden z początkowych odcinków).
Niestety, odkryłam też pewien niewielki minus tej produkcji. Serialowe odcinki trzeba oglądać od początku i po kolei. Nie jest to wygodne, zajmuje dużo czasu, wymusza regularność siadania przed telewizorem. Dlaczego? Bo akcje toczą się równolegle. Bohaterowie wikłają się w relacje towarzyskie, każdy z nich ma swoje, stanowiące tło kryminalnej akcji, życia zawodowe i intymne, których rozwój warto uważnie śledzić. Stanowią bowiem doskonałe uzupełnienie filmowej fabuły. No i w powietrzu unosi się pewna bolesna, może traumatyczna, tajemnica. Intrygująca. Odsłania się po trochu w każdym z odcinków, jakbyśmy dostrzegali światło w długim tunelu. Czy kryminalna? Wszyscy zaczynamy nabierać wątpliwości. Ktoś coś sugeruje, docieka, widz domyśla się i już prawie wie. To, jak przystało na porządnie utkaną interakcję fabuły z widzem, zapewne okaże się na końcu serii. A reżyser odkrywa karty niespiesznie niczym wytrawny brydżysta.
Serial ukazuje ludzi takich jak my. Żadni z nich superbohaterowie, celebryci, brylujący na politycznych i artystycznych parkietach osobistości z okładek tabloidów. Mają problemy podobne do naszych. Żyją i pracują tak jak my. Zwyczajnie. Mieszkają w naszych mieszkaniach, śpią obok nas, jedzą z naszych talerzy. Kochają, nienawidzą, spierają się.
I chyba także dlatego ten serial wywarł na mnie tak dobre wrażenie. Proste, normalne życie przeciętnych ludzi. Bo, oglądając na razie pięć jego odcinków, na dwie i pół godziny zapomniałam o bożym świecie. Odłączyłam się, zresetowałam. To wszystko było takie pospolite, takie chciane. Normalność. Mimo trupów, zbirów, ludzkich tragedii. Zrelaksowałam się, odpoczęłam psychicznie. I może nie jest to wielkie, ambitne kino, jakiego szuka wytrawny krytyk albo kinoman nastawiony na Oskarowe superprodukcje. Prokopowicz nie aspiruje do maestrii Kieślowskiego czy Wajdy. A może ja nie powinnam tego włączać, bo szkoda czasu?
Włączyłam, obejrzałam, nie żałuję. Fajnie się ogląda, zaciekawił mnie, a to chyba najważniejsze. Na pewno obejrzę do końca serial „Ultrafiolet”. Tylko kiedy?
Aneta Wybieralska
