06.05.2022

Czytałem teksty pisane językiem staromodnym. Zrozumiałym dla pokoleń zbliżonych do kończących nieświęty żywot. Wśród nich poruszałem się bez wysiłku i czułem się swojsko.
Lubiłem beletrystykę, jednak nie do fabuł mnie ciągnęło. Popychało mnie w kierunku czegoś niezabarwionego fałszem: faktów, szczegółowych opisów, niekwestionowanego realizmu, biograficznych i reportażowych ponderabiliów. W stronę treści ilustrowanych obrazami znanych i nieznanych malarzy, artystów o zamaszystym, a celnym ruchu pędzla, grafikami mistrzów ołówka, rysika czy rylca, spiętych klamrą trafnych komentarzy do rzeczywistej rzeczywistości.
Pochłaniałem także utwory z klasycznych półek: Balzaka, Prousta, Manna, Frischa, prozaików i odnowicieli słów, wirtuozów rytmu zdań i szyku wyrazów; prekursorskich konstruktorów świata swojej wyobraźni. Odmalowywali go tak plastycznie i tak przejmująco sugestywnie, że nie mogłem nadziwić się, iż pozostali, pomniejsi i epizodyczni, wytykają im wady, szukają w nich błędów, mielizn, stylistycznych potknięć, starając się wykazać wyższość własnej nędzy nad ich językowym majsterstwem.
Ale największą satysfakcję, wręcz rozkosz odczuwałem, robiąc sobie okłady ze słowników, kompresy z encyklopedii, nurkując w odmętach relacji z przeszłości, w niuansowych głębinach oceanów Historii. Historii, która z każdą chwilą stawała się mniej obca, a bardziej zrozumiała.
*
Kiedy mam napad nostalgii i zaczynam tęsknić za nieniegdysiejszymi śniegami, do głowy przychodzą mi obrazy z powieści Orwella Rok 1984. Migawki zdarzeń dotyczących prac nad nowomową. Nad poprawą używanego języka.
Poprawą? Eliminacją pojęć raczej, które zostały ocenione jako zbędne, niesensowne, wymagające zastąpienia czymś w rodzaju myślowego skrótu.
Nowomowa, słowo – zarzut, słowo zarezerwowane dla partyjniackich elokwentów, słowo tożsame z językową tandetą, chcący czy niechcący wżarło się w dzisiejszy lud, i opanowało niejedną strzechę. Jeżeli jednak orwellowska nowomowa zmierzała w kierunku oszczędności, to nasza, stosowana tu i teraz, podąża w stronę językowego ubóstwa. Redukcji środków wyrażania myśli.
Jak wiadomo, język nie zanika, tylko niektóre wyrazy schodzą ze sceny do archiwum znaczeń, a ich miejsce zajmują świeże, bo są pojmowalne współcześnie. Niekiedy lepsze od poprzednich, a niekiedy gorsze. Lecz skoro niektóre z bogatego repertuaru powiedzeń mają wychodne z potoczności, nie oznacza, że należy o nich zapominać; wystarczy wydobyć je z ukrycia nazywanego lamusem.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
