14.05.2022
1.
13, piątek… Najpierw D.O. udekorował kuchnię zawartością kubełka z ogórkami małosolnymi. Uperfumowane lodówka, zmywarka, blaty, podłoga pod szafkami.
Potem starannie poszatkowany najpiękniejszy pomidor malinowy, jaki udało się D.O. kupić w tym roku z przeceny w Lidlu, wylądował na spodniach, koszulce polo, a zwłaszcza na podłodze.
D.O. poprosił Żonę, żeby odprawiła nad nim egzorcyzm, ale powiedziała, że nie umie.
I dlatego wieczorem D.O. zmókł.
2.
Po kolejnym cyknięciu przez rządowych hackerów z Moskwy maili nieocenionego ministra druha Dworczyka, Agnieszka Kublik w Wyborczej napisała, że szajka „truchleje przed dziennikarzami”. Chodziło o wywalenie Wojciecha Manna z radiowej Trójki. Jakaś jego aluzja do Krzywomordego „zmobilizowała ludzi na szczytach władzy”.
D.O. pisał dziesiątki korespondencji na temat mafii. Jej współczesnych „dokonaniach”, jak i korzeniach i wyczynach historycznych. I gdyby miał to wszystko w kilku słowach podsumować, powiedziałby: „o sile mafii stanowiły dwa czynniki: tajemniczość (omerta’, czyli absolutny zakaz mówienia czegokolwiek, co mafii dotyczy) i mściwość (absolutna konsekwencja w karaniu »zdrajców«; nawet po latach, nawet w najdalszym zakątku świata).
Zdrajców mafia karze okrutnie, by odstraszyć tych swych członków, w których obudziło się sumienie. Mafia zabija nie tylko „zdrajcę”, ale i jego rodzinę, do piątego, a czasem do siódmego stopnia pokrewieństwa, kobiety, dzieci – jak popadnie.
To, co szajka robi z przyzwoitymi ludźmi, zawsze przywodzi D.O. na myśl lektury na temat mafii.
Zaś piętnowanie przez ministrawicepremieraprofesora sztuki zdegenerowanej i nominacje miłośników korzenioplastyki na stanowiska dyrektorów najważniejszych polskich muzeów kojarzy mu się z czymś innym.
3.
Pracownicy mediów może nie, ale dziennikarze są wolą w oku wszelkiej maści kacyków.
D.O. przez lata obracał się wśród dziennikarzy z dziesiątek krajów świata i ci wspaniali ludzie zawsze mieli jakąś opowieść i prześladowaniach, a to ze strony szefostwa, a to ludzi, którym swoim pisaniem się narazili. To dotyczyło zwłaszcza tzw. gwiazd, tj. zawodowców nietuzinkowych, odważnych i wyjątkowo utalentowanych. Utalentowany jest automatycznym wrogiem swojego szefa. Szef go toleruje, bo przyciąga widzów i czytelników, ale do czasu; każdy pretekst, każda okazja będzie dobra, żeby się prawdziwego, utalentowanego dziennikarza pozbyć, bo stanowi zagrożenie dla autorytetu. Ideałem bossa w mediach są miernoty, wykonujące posłusznie niemądre zazwyczaj polecenia.
D.O. przyjaźnił się z kilkoma gwiazdami włoskiej TV, których kariery niespodziewanie zakończyły się właśnie w ten sposób. W Katarze D.O. pracował ramię w ramię z Tizianą Ferrario, prowadzącą główne wydania „dzienników telewizyjnych”, której ckniło się już być malowaną lalą w studio i zapragnęła powrócić na pierwszą linię i którą z dnia na dzień mściwy manager raz na zawsze zdjął z anteny.
No nie, jak D.O. pomyśli, to nie dotyczy tylko włoskiej TV…
A dziś czyta, że kolejna prowadząca główne wydanie dziennika TV w publicznej RAI1, Dania Mondini została przez jakiegoś bonzo z szefostwa „ukarana” w dość oryginalny sposób (https://roma.repubblica.it/…/la_conduttrice_del_tg1…/…).
We Włoszech zwolnienie kogokolwiek z etatem nie jest tak proste, jak w Polsce. Tam są prawdziwe związki zawodowe, prawdziwe kontrakty zbiorowe, prawdziwe sądy pracy, które tych pochopnie zwalniających potrafią surowo ukarać.
Danii Mondini nie zwolniono zatem. Posadzono ją natomiast w jednym niedużym pokoju z pracownikiem, o którym powszechnie było wiadomo, że cierpi na flatulencę, czyli meteoryzm, czyli na patologiczną nadprodukcję gazów jelitowych.
Koleżanka Mondini zaskarżyła swoich szefów o mobbing i ma wszelkie szanse na wygranie procesu. W Polsce nie miałaby: na palcach jednej ręki można policzyć wyroki, w których sądy pracy przyznałyby rację dziennikarzom. Menadżerowie w mediach są ich pupilkami. Mają „podkładkę” w postaci absolutnie nieaktualnego, nieżyciowego i bardzo w sumie niebezpiecznego dla dziennikarzy „prawa prasowego”. , Do którego zmiany nie kwapił się Tusk, a tym bardziej nie kwapi się Liliput Felerny.
Ciężki kawałek chleba…
4.
No, wreszcie jesteśmy na pierwszym miejscu!
Jak pisze tvn24.pl (https://tvn24.pl/…/ranking-ilga-europe-2022-polska…): „Polska zajęła 43. miejsce na 49 krajów Europy. Gorszy wynik uzyskały m.in. Białoruś, Rosja i Turcja. Wśród krajów Unii Europejskiej wypadamy najgorzej, i to już trzeci rok z kolei”.

To jest o tyle dziwne, że w Polsce jest sporo kleru, a jak pisze znawca, Frederic Martell w książce „Sodoma”, 80% księży to homoseksualiści, choć spora część z nich, być może z poczucia winy i represjonowania własnych emocji, homoseksualizmu nienawidzi.
Równanie: Polak lubi kler, kler to homoseksualiści, ergo Polak lubi homoseksualistów, tutaj nie działa.
Cóż: stopień rozwoju cywilizacyjnego nie liczbą samochodów czy wieżowców się mierzy…
5.
À propos: zmarł prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich szejk Chalifa Bin Zayed al-Nahyan, jeden z najbogatszych monarchów świata. Miał 73 lata i od 8 lat chorował.
Chalifa Bin Zayed Al Nahyan był drugim prezydentem kraju Zatoki Perskiej, sprawującym urząd od 2004 r. Pomógł przemienić Emiraty z małych oaz na pustyni w światową potęgę, przeprowadzając je przez różne kryzysy, takie jak kryzys finansowy z 2008 r.
Kierował federacją siedmiu różnych pustynnych emiratów „z tylnego siedzenia”, zwłaszcza po udarze z r. 2014.
Nie ogłoszono jeszcze następcy, ale przewiduje się, że prezydentem będzie jego przyrodni brat Mohammed bin Zayed, który de facto już rządził swoim emiratem (Abu Dhabi) i miał decydujący głos w wielu sprawach dotyczących federacji.
Od dynastii al-Zayedów znacznie bardziej widoczni byli władcy Dubaju jak chociażby obecny, szejk Mohammed bin Raszid al-Maktoum. Którego Chalifa uratował kilkanaście lat temu, gdy budowa najwyższego wieżowca świata zagroziła Dubajowi totalnym bankructwem. Podarował wtedy al-Maktoumowi miliard $, za co wieżę nazwano jego imieniem: Burż Chalifa.
Książę Raszid al-Maktoum uchodził za najbardziej postępowego i „zachodniego” spośród władców bliskowschodnich. Dopóki w marcu 2018 r. jedna z córek szejka Mohammeda – Szeicza Latifa podjęła nieudaną próbę ucieczki z ZEA i, nim zniknęła, porwana przez agentów ojca, opowiedziała, że tatuś był odpowiedzialny za szereg morderstw, w tym żony swojego zmarłego starszego brata.
Rok później z dubajskiego raju uciekła żona szejka Mohammeda bin Raszida al Maktouma, księżniczka Haya bint Hussein wraz z synem i córką. Podobno miała romans ze swoim ochroniarzem. Udało jej się zabrać ze sobą 31 milionów funtów. To pryszcz, zważywszy, że po paru latach procesów sąd przyznał jej „aliment” w wysokości 720 milionów $. Parę miesięcy temu wyszło na jaw, że agenci szejka Mohammeda wykorzystali izraelskie oprogramowanie szpiegujące Pegasus do zhakowania telefonów księżniczki Hayi, jej prawników, osobistego asystenta i dwóch jej ochroniarzy.
To może na zakończenie jeszcze parę słów o wieżowcu Burż Chalifa, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje nawet więcej niż w Warszawie: ponad 43.000 $ za m2. Co ciekawe, na wyższych kondygnacjach słońce jest jeszcze widoczne kilka minut po zachodzie na poziomie gruntu, co sprawiło, że imamowie z Dubaju zarządzili, że ci, którzy mieszkają powyżej 80. piętra, muszą odczekać 2 dodatkowe minuty, aby przerwać ramadan, a ci, którzy mieszkają powyżej 150. piętra – 3 minuty.
Po śmierci szejka bin Zayeda w ZEA ogłoszono 40-dniową żałobę.
6.
O, historia jakich wiele w „Guardianie” (https://www.theguardian.com/…/the-invisible-ukrainian…)
„Niewidzialny Ukrainiec, który z Mariupola przeszedł 225 km w bezpieczne miejsce”.
Kiedy rosyjscy żołnierze zaczęli chodzić od domu do domu strzelając do ludzi, Igor Pedin wyruszył ze swoim psem Żu-żu do Zaporoża.
Jego celem było bycie człowiekiem niewidzialnym, mówi 61-letni Igor Pedin. Musiał dryfować, jak duch, ze swoją małą torbą na kółkach z zapasami i psem Żu-żu, dziewięcioletnim terierem kundelkiem, przez piekielny krajobraz z oblężonego miasta portowego Mariupol, na pustkowia terytoriów okupowanych przez Rosję i dalej do stosunkowo bezpiecznego miasta Zaporoże, które jest we władaniu Ukraińców – zaledwie 225 km.
Szedł przez wojnę niespotykaną na skalę europejską od 1945 roku, mijając nadciągające konwoje czołgów, pojazdów opancerzonych i nerwowych żołnierzy rosyjskich, którzy pędzili do Mariupola; oznaczało to omijanie min i przekraczanie z psem i bagażem zniszczonych mostów, gdzie fałszywy krok oznaczał upadek z 30-metrów i pewną śmierć; musiał mijać tlące się domy i płaczących mężczyzn i kobiety z ich rozdzierającymi serce opowieściami o śmierci, cierpieniu i utracie woli życia. (…)
Ostateczna decyzja Pedina o opuszczeniu Mariupola zapadła, wspomina, 20 kwietnia, kiedy rosyjscy żołnierze dotarli do jego części miasta i szli od domu do domu, strzelając do kogo popadnie.
Nie było już sensu zostawać; brakowało jedzenia i wody, zmarli piętrzyli się na ulicach.
Pedin przygotowywał się skrupulatnie. Spakował torbę, zważył ją i postawił sobie wyzwanie zmniejszenia początkowej wagi 70 kg do 50.
Najpierw chciał przebyć 5 kilometrów, na przedmieścia miasta. Opuścił swój dom na ulicy Tkoczenko-Petrenko w pobliżu portu w Mariupolu o 6 rano 23 kwietnia i zajęło mu dwie godziny, aby przebić się przez kratery, poskręcaną stal i niewybuchy, na północ w górę ulicy Kyprino, gdzie leżały porozrzucane trupy, i dalej do portu.
Rosyjscy żołnierze rozdawali żywność i wodę na końcu długich kolejek zdesperowanym ludziom o popielatych twarzach. Przekradł się przez tłum, unikając kontaktu wzrokowego z żołnierzami i ruszył na Zaporoże.
„Wyglądałem dla nich jak włóczęga, byłem niczym. Byłem brudny i pokryty kurzem, bo mój dom wypełniał dym. Wyszedłem z miasta tą autostradą i na górce odwróciłem się. Spojrzałem z powrotem na miasto i powiedziałem sobie, że to była dobra decyzja. Przeżegnałem się. Nastąpiła eksplozja. Odwróciłem się i poszedłem dalej”.
Szedł obok wypalonych pojazdów wojskowych, tylko ze swoim psem i odgłosem ostrzału za nim, aż konwój pojazdów opancerzonych, tak ciężkich, że drżał mu asfalt pod stopami, przemknął obok. Przykucnął, owijając przerażonego Żu-żu w płaszczem, dopóki nie przeszli. „Byłem wtedy człowiekiem niewidzialnym” — wspomina. „Kim jestem dla nich: kim jest ten cień?”
Jego celem było miasto Nikolske, oddalone o 20 km. Kiedy dotarł do pierwszych domów, zrobiło się ciemno i bardzo zimno. Zobaczyłem człowieka przed domem. Powiedział: „Człowieku, chciałbyś się ze mną napić? Dziś pochowałem syna. Wypijmy za mojego syna”.
Pedin zrezygnował z picia 15 lat temu, ale nie mógł odmówić. Wypił dwa kieliszki wódki, podczas gdy jego nowy przyjaciel opróżnił butelkę. „Powiedział mi, że Rosjanie zabili jego 16-letniego syna 3 marca w Mariupolu. Szrapnel zdjął mu głowę. Po jego zniknięciu przez całe tygodnie szukał go w Mariupolu. Znalazł grób, a rosyjscy żołnierze powiedzieli, że będzie musiał go wykopać rękami, jeśli będzie chciał ciało. Powiedział mi: „Chcę umrzeć – zabiję się”.
Pedin spał tej nocy na kanapie, budząc się o 6 rano. Wiedział, że jedyną drogą do Zaporoża jest miasto. Gdy wyjeżdżałem z miasta, był punkt kontrolny: Czeczeni. Widzieli mnie i dwóch z nich podeszło do mnie. Gdzie idziesz? Skąd pochodzisz? – pytali. „Czy przeszedłeś przez obóz filtracyjny?”
Pojawił się dowódca i wywołał kogoś przez radio. „Przyjechał minivan i trzech dużych mężczyzn wyszło, a mnie wsadzono do furgonetki. Pojechaliśmy 2 km z powrotem do Nikolske i dotarliśmy do dwupiętrowego budynku komunalnego, który otoczyli stalowym ogrodzeniem. Na terenie czekało około 40 osób, ale furgonetka podjechała pod wejście do budynku”.
Pedin zostawił swoją torbę na zewnątrz i przywiązał Żu-żu, zanim został zabrany na drugie piętro. „Rosyjski oficer siedział przed biurkiem i zapytał, dokąd idę. Kłamałem. Powiedziałem, że mam wrzód żołądka i muszę dostać się do Zaporoża, ponieważ zapłaciłem za leczenie. Kazano mi zdjąć bluzkę i szukali tatuaży. Miałem siniaka na ramieniu i oskarżyli mnie, że miałem karabin. Zapytał: „Gdzie są twoje tatuaże?” Powiedział: „Nudzisz mnie. Może powinienem cię bić? Powiedziałem: „Jak sobie życzysz, komandorze”. Ale zabrano mnie do innego pokoju, w którym były cztery wojskowe kobiety z komputerami osobistymi, zeskanowali moje odciski palców, postawili mnie pod ścianą i zrobili zdjęcia policyjne”.
Otrzymał dokument z tzw. ministerstwa spraw wewnętrznych samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. Mógł odejść i ponownie wyruszyć z psem i torbą do punktu kontrolnego.
„Czeczeni powiedzieli, że wsadzą mnie w następny samochód, który zawiezie mnie do wsi Roziwka. Byłem tam przez dwie godziny. Nudzili się i rozmawiali ze mną, dając mi papierosy. Żaden z kierowców mnie nie zabrał, więc powiedziałem, chłopaki, po prostu pójdę na piechotę. Jeden powiedział: „Nie, to mój autorytet”, wskazując na swoją broń”.
Po godzinie podjechał czarny minivan i Czeczeni zażądali, aby kierowca, który jechał z żoną i dwiema córkami w wieku około 18 i 20 lat, zabrał Pedina. „Nikt nie powiedział ani słowa. Zabrali mnie do Roziwki. Po drodze zauważyłem na polach wielkich kopaczy kopiących doły. A dalej na dole były krzyże. Jestem pewien, że były to masowe groby”.
Po przybyciu do Roziwki Pedin wyszedł z miasta ulicą Lenina i dotarł do innego punktu kontrolnego, przez który z łatwością przeszedł z nowym dokumentem i szedł dalej. Kiedy dotarł do następnej wsi, Wierżyny, było już ciemno. „Nagle oślepiły mnie latarki. Było sześciu żołnierzy, szczekali na mnie, podniosłem ręce. Kazali mi zdjąć bluzkę, opróżnili torbę. Było lodowato. Kazali mi iść za nimi. Weszliśmy do Domu Kultury, który był ich siedzibą”.
Pedin dostał trochę wołowiny w puszkach i trochę zupy i został umieszczony w małym pokoju ze stalowym łóżkiem w rogu. Powiedziano mu, że jeśli wyjdzie przed świtem, zostanie zastrzelony – ale następnego dnia będzie mógł jechać.
Rano przekradł się obok śpiących żołnierzy i kiwnął głową jednemu z wartowników, kiedy wychodził. Szedł tego dnia przez 14 godzin, docierając do kolejnego punktu kontrolnego około godziny 20:00, gdzie ponownie go przeszukano. Żołnierze skierowali go w stronę małego opuszczonego domu, w którym mógł spać. Ale wyszedł ponownie o 6 rano, gdy wschodziło słońce.
„Widziałem dużego mężczyznę po sześćdziesiątce. Zapytał: „Skąd jesteś?”. Powiedziałem Mariupol, a on wezwał żonę, żeby przyniosła jedzenie. Dali mi worek chleba, cebulę, smażoną wieprzowinę, ogórek. Nalegali. I szedłem dalej”.
Pedin był już wyczerpany, a jednak największa przeszkoda miała nadejść. Most drogowy, przez który musiał przejść, został zniszczony, pozostawiając 30-metrowy spadek na tory kolejowe poniżej. „Można oszukiwać ludzi, ale nie zniszczony most”. Metalowa rama mostu była jednak nadal na swoim miejscu, z dwoma belkami: jedną wąską poniżej i jedną szerszą na wysokości ramion. Pedin związał psa torbą i przetestował przeprawę. To było wykonalne. Wrócił i ponownie przeszedł ze swoją torbą. Potem wrócił i zabrał psa, który szedł po belce powyżej. „Po prostu krzyknąłem: »Udało się«”!
Zbliżyli się do następnego punktu kontrolnego. Żołnierz chciał wiedzieć, gdzie jest mój towarzysz. „Powiedziałem, że mam tylko psa. Potem chcieli wiedzieć, jak przekroczyłem most”.
Pedinowi powiedziano, że może zostać na noc w tylnej połowie furgonetki radiowej, która została trafiona z przodu ukraińskim pociskiem. Było już ciemno. Historia Pedina była dokładnie tym rodzajem rozrywki, jakiej potrzebowali znudzeni żołnierze. Pięciu zebrało się wokół niego, aby usłyszeć o jego przygodach i śmiałych czynach na moście. „Jeden chciał utrzymywać ze mną kontakt po wojnie, mówił, że powinienem zostać. Nie miałem nic do powiedzenia”.
Pedin spał na swoim krześle, z Żu-żu pod płaszczem. Następnego ranka powiedziano mu, że nie wolno mu jechać dalej drogą do Zaporoża, ale musi wybrać powrót lub południe do miasta Tokmak. Pedin skierował się w stronę miasta, ale stanął przed dwoma dużymi wzgórzami. Pies po prostu nie mógł iść dalej. Musiałem iść drogą z moją torbą, a potem wrócić po niego i nieść go. Powiedziałem: „Jeśli nie będziesz chodzić, obaj umrzemy, musisz iść”. Wszedł na następne wzgórze.
Po drodze była Tarasówka, mała wioska. „Widziałem czubek głowy mężczyzny w oknie i zawołałem go. Dałem mu trochę papierosów żołnierzy, miałem nawet papierosy mentolowe. Jedyna droga do Zaporoża prowadziła wąskimi drogami i przez tamę, a potem, jak powiedział, iść szlakiem przemytników”.
Zrobił tak, jak został poinstruowany. Ale za tamą było skrzyżowanie – i nie było żadnej wskazówki, w którą stronę iść. Szczęście sprzyjało Pedinowi ponownie. „Pojawiła się ciężarówka. Zawołałem. Powiedziałem: „Jestem z Mariupola”. Drzwi się otworzyły. Jechaliśmy dwie godziny, krętymi drogami. Nigdy bym nie znalazł swojej drogi. Nic sobie nie powiedzieliśmy. Na posterunkach ten człowiek powiedział tylko dwa słowa do milicji Donieckiej Republiki Ludowej i został przepuszczony”.
Pedin zobaczył przed sobą ukraińską flagę, przy której żołnierze sprawdzili dokumenty mężczyzn i wypuścili ich. „Kierowca wysadził mnie w centrum Zaporoża przy namiocie. Podczas podróży nic nie powiedział, ale dał mi 1000 hrywien (~150 zł). Powiedział: „powodzenia”. On wszystko rozumiał – co było więcej do powiedzenia?”
Pedin wszedł do namiotu pełnego ochotników. Zapytany przez kobietę, czy potrzebuje pomocy. Umilkł, a potem powiedział tak.
Pani zapytała: »Skąd pochodzisz?« Powiedziałem: »Przybyłem z Mariupola«. Krzyknęła: „Mariupol!” – wspomina Pedin z uśmiechem. „Krzyknęła do wszystkich, ten człowiek przybył z Mariupola na piechotę. Wszyscy się zatrzymali. Przypuszczam, że to była moja chwila chwały”.
7.
Czy wśród P.T. Czytelników nie ma kogoś, kto się zajmuje Internetem?
D.O. chciałby przekształcić się w newsletter, który będzie do zainteresowanych Czytelników docierał pocztą elektroniczną na ich skrzynkę mailową. Czy ktoś ma know-how i możliwości techniczne rozsyłania tekstów do kilkuset, czasem kilku tysięcy Odbiorców?
Wczoraj D.O. został przez szanownych panów z facebooka ocenzurowany i otrzymał serię pogróżek za print screena z wielkonakładowej gazety z reklamą z Adidasa. Były na niej kobiece piersi, dużo, dużo piersi. D.O. „naruszył standardy społeczności”.

Przynależność do społeczności pana Zuckerberga robi się coraz bardziej nieprzyjemna, polowania na golizny, coraz bardziej przypomina walkę Goebbelsa z „Entartete Kunst”, a karanie cytujących zamiast cytowanych – praktyki różnych faszystowskich szajek.

Tony Finn, który przez 24 lata pracował w firmie produkcyjnej w West Yorkshire, ma prawo do odszkodowania
Wypadanie włosów jest znacznie bardziej powszechne wśród mężczyzn niż kobiet, więc używanie ich do opisywania kogoś jest formą dyskryminacji, podsumował sędzia. Odkrycie sugeruje, że komentowanie łysienia mężczyzny w miejscu pracy jest równoznaczne z uwagą na temat rozmiaru kobiecego biustu” (https://www.theguardian.com/…/calling-a-man-bald-is…).
A propos: gdyby ktoś był ciekaw, jak wygląda ocenzurowana reklama biustonoszy Adidasa, o której D.O. pisał wczoraj, a fb ocenzurował, niech zajrzy pod ten link. Otwórzcie się niebiosa, skandal! Kobiety mają piersi!!! https://www.repubblica.it/…/se_il_marketing…/…

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.
