18 min czytaniaWaldemar Korczyński: Dlaczego nie warto studiować?

24.05.2022

Tekst ten widziany być może jako z jednej strony moje refleksje na temat wyrażanych kiedyś głośno opinii pracodawców o poziomie absolwentów naszych uczelni, z drugiej jako próba namówienia chętnych do studiowania do jakiegoś namysłu, refleksji nad ważną decyzją, która na pewno zaważy na ich życiu. To, oczywiście, tylko moje raczej osobiste refleksje, ale rzecz dotyczy praktycznie wszystkich; i studiujących, i tych, którzy — z własnych podatków — za studia swoich i nie swoich dzieci płacą. Adresowałem je kiedyś i dziś też adresuję głównie do maturzystów, więc pisze „per ty”. Mam nadzieję, że mimo to da się to jakoś i na SO czytać.

Czy warto studiować?

To dziś dla maturzysty pytanie zasadnicze. Dziś chyba szczególnie, bo sytuacja daleka jest od sprzyjającej dobrym wyborom jasności. Pod nosem mamy wojnę, a w kraju wysoką inflację, której „zbijanie” musi prowadzić przez perturbacje, m.in. na rynku pracy. Odpowiedź nie jest, niestety prosta. I – jak to zwykle w życiu bywa – zależy od wielu czynników. Wymieńmy te podstawowe:

UZDOLNIENIA, ogólna inteligencja, predyspozycje umysłowe, czy jak to jeszcze zechcesz nazwać. Dobrego określenia tego parametru nie ma i żadne badania wyników nauczania (np. stopnie na maturze) czy inteligencji wiele tu nie wniosły. Nauczyciele Einsteina twierdzili, że jest matołem („Er ist wirklich ein Stein” tzn. „On jest rzeczywiście (tępy jak) kamień”), ale Nobla mu potem dali, a wielu prymusów nie ukończyło nawet pierwszego roku studiów. Zasadniczo chodzi raczej o pewną „łatwość przyswajania wiedzy” niż „inteligencję”. Najlepiej ocenisz to sam. Jeśli w szkole miałeś kłopot z samodzielnym uczeniem się i często korzystałeś z pomocy kolegów (np. zrzynając „prace domowe”) i nie lubiłeś czytać, to raczej tej „łatwości” nie masz. W takim przypadku, jeśli nie musisz (bo np. rodzice się uparliby mieć magistra) daruj sobie studia, bo niewiele zyskasz, a znacznie więcej stracisz.

MOTYWACJA. Może być różnej natury. Znam chłopaka, który poszedł na studia, bo podjęła je jego dziewczyna. Znam takich, którzy podjęli studia, bo liczyli na fajne wesołe i beztroskie przedłużenie życia na cudzy koszt. Czytałem o licznych przypadkach „studiowania” dla otrzymania stypendium i zakwaterowania potrzebnych do w miarę łatwego podjęcia pracy w obcym mieście. Jest pewnie jeszcze tysiące innych powodów, dla których ludzie podejmują studia, ale ogromna większość deklaruje, że chce „zdobyć – poprzez uzyskanie dyplomu – zawód”. To najgłupsze z możliwych uzasadnień. Jeśli tak właśnie widzisz cel studiowania to lepiej kup sobie fajny plakat. Pożytek z niego na ogół będzie podobny jak z dyplomu, może wisieć sobie nad łóżkiem, za szafą czy np. w toalecie, gdzie od papieru toaletowego odróżnisz go głównie po przydatności do wykonywanych w tym przybytku czynności higienicznych. Dyplom nie gwarantuje dziś zawodu, a wkrótce będzie przeszkadzał, informując pracodawcę, że jego posiadacz zmarnował kilka lat życia. Tych lat, kiedy najlepiej uczyć się można zawodu, odpowiedzialności i zarabiania oraz wartości pieniędzy.

CIEKAWOŚĆ. Nieliczni, niestety, abiturienci idą na studia ze względu na możliwości zaspokojenia ciekawości świata. Nieważne czy interesują Cię abstrakcyjne rozważania algebraiczne, fizyka kwantowa, funkcjonowanie organizmu czy stosunki międzyludzkie – jeśli tylko bawi cię stawianie pytań i szukanie odpowiedzi, idź na studia (zastanów się jednak, gdzie, bo jeśli źle wybierzesz, możesz dużo stracić). I ta ciekawość świata jest jedyną sensowną motywacją podjęcia studiów. Niektórzy mówią na to „pasja poznawcza”, co podobno brzmi bardziej naukowo i wzniośle. Jak zwał tak zwał, jeśli nie czujesz się takim pasjonatem podaruj sobie studia, bo więcej stracisz niż zyskasz. Bez względu na Twą sytuację materialną, cechy charakteru itp.

TWOJA OSOBISTA SYTUACJA ŻYCIOWA (rodzinna, prawna, materialna itp.). Bywa, że człowiek ląduje w sytuacji. gdzie myślenie o swojej – na ogół fatalnej – sytuacji odbija się negatywnie na jego stanie psychicznym i fizycznym. Jest tak np. w przypadku ciężkiej choroby, odosobnienia czy po tzw. przejściach. W takiej sytuacji każde odwrócenie uwagi od natrętnych, negatywnych myśli jest bardzo pożądane. Podjęcie studiów jest w takim wypadku bardzo sensowne, często pozwala wyjść z psychicznego „dołka”. Bywają też przypadki, gdy np. ciężko chory sam – poprzez własne rozważania lub eksperymenty – znajduje środek na swoją chorobę. Jednak zarówno w przypadku studiów „dla zabicia czasu”, jak i motywowanych chęcią znalezienia lekarstwa na swoje dolegliwości tematykę studiów dobierać musisz szczególnie ostrożnie. W tych przypadkach studia obiecujące (zwykle i tak fałszywie) dobrą, popłatną pracę czy tzw. prestiż nie mają sensu. Równie płonne są nadzieje na dobrą zabawę; tzw. kulturalne wspólne spędzanie czasu na studiach polega najczęściej na wspólnym chlaniu piwa i samotnym leczeniu kaca.

Co na studiach możesz zyskać?

Jeśli potraktujesz studiowanie poważnie, to główną z nich korzyścią jest tzw. wiedza. Uczelnie mogą zaoferować Ci bardzo różne rodzaje owej „wiedzy”. Standardem jest, niestety, tzw. wiedza encyklopedyczna tzn. wciskanie Ci do głowy mnóstwa informacji, które znaleźć dziś możesz w wielu innych miejscach np. w Internecie. Mogą to być rozmaite opisy realnie istniejących przedmiotów (np. na tzw. studiach przyrodniczych: fizyce, chemii, biologii itp. czy inżynierskich), wydarzeń historycznych czy wyobrażeń co większych mędrców o tym, jak to ten świat powinien być urządzony (np. na studiach filozofii, ekonomii czy zarządzania).

Sama znajomość takich opisów jest dużym atutem wszędzie tam, gdzie chcesz popisać się erudycją (np. na imieninach cioci), ale jest praktycznie bezużyteczna w jakiejkolwiek sensownej działalności np. pracy zawodowej. Tym, co realnie napędza tzw. rozwój, są umiejętności przetwarzania takich opisów. I tego poprzez samo poznawanie owych opisów nauczyć się nie można. To trzeba zwyczajnie wielokrotnie ćwiczyć, praktykować, jak lubią mawiać np. mogący Cię kiedyś zatrudnić pracodawcy. W standardowej uczelni zrobić się tego nie da, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Trochę lepiej jest na uczelniach medycznych i (niekoniecznie „wyższych”) szkołach zawodowych, ale i tak zawodu lepiej nauczysz się poprzez pracę, a nie studia.

W niektórych uczelniach (np. na Oxfordzie, Yale czy w Stanford) zyskać możesz jeszcze pewien specyficzny sposób bycia i poczucie wartości własnej osoby. Pierwsze (sposób bycia) to po prostu przyzwyczajenie do określonej formy spędzania czasu na studiach (zakładam, że masz dostatecznie dużo forsy, by w tym uczestniczyć), drugie zaś (poczucie wartości) to konsekwencja tzw. prestiżu uczelni oraz faktu, że Twoi kumple ze studiów zajmować będą wcześnie ważne stanowiska w życiu społecznym (wielu zostanie np. politykami czy menadżerami), a do dobrego tonu należy kultywowanie studenckich znajomości po ukończeniu tych uczelni. I te dwie „wartości” tj. ogólna lub „specjalistyczna” erudycja oraz „znajomości” to tak naprawdę wszystko, co w normalnej sytuacji możesz zyskać. Zupełnie inaczej, gdy jesteś naprawdę ciekawy świata i posiadasz tzw. pasję poznawczą. Jeśli trafisz na dobrą uczelnię, która mniej będzie Cię nauczała, a zaoferuje więcej okazji do samodzielnych badań czy choćby luźnego pogadania z wykładowcami, to masz szansę na kilka lat fantastycznej zabawy, którą będziesz potem miło wspominał. Jeśli jednak mając wspomnianą pasję poznawczą, trafisz na „naukowców” wciskających Ci do głowy spleśniałe mądrości innych „uczonych” to przechlapane masz nie tylko lata studiów, ale i wiele możliwości późniejszej zawodowej realizacji. „Normalne” studia nie są już dziś dla ciekawych; to jedynie przedłużenie kiepskich szkółek. Tych z pasją poznawczą zanudzą i zniechęcą.

Co na studiach możesz stracić?

Na normalnych, „standardowych” studiach, gdzie większość zajęć to wykłady i ćwiczenia, czyli tam, gdzie zamiast studiować jesteś nauczany, prawie na pewno stracisz swój oryginalny sposób widzenia świata i Twoją kreatywność. Na tym właśnie polega nauczanie, gdzie jakiś autorytet z wysokości swej katedry przekazywać Ci będzie jego widzenie świata i (częściej nawet nie własne, lecz swych nauczycieli) poglądy. Poglądy te pasują już jakoś do charakteru i możliwości poznawczych tego akurat wykładowcy, ale niekoniecznie do Twoich. Tzw. zrozumienie np. wykładu polega właśnie na zaakceptowaniu poglądów wykładowcy. Nazywa się toto niekiedy „interioryzacją” tzn. uwewnętrznieniem przyswajanej wiedzy. Dobrze, jeśli wiedza ta może jakoś koegzystować z Twoim „zdrowym rozsądkiem”. Jeśli nie, jej przyswojenie podobne będzie karmieniu wilka szczypiorkiem.

Nie łudź się jednak. Normalny człowiek przyswaja każdą wiedzę tylko przez jej używanie, czyli tzw. praktykę. Wiedza uzyskana poprzez wykład czy lekturę jest bardzo nietrwała. Jeśli pamiętasz coś z matematyki, to może warto byś przemyślał sobie poniższy wykres przedstawiający tzw. krzywą zapominania. Hermann Ebbinghaus już w 1885 zauważył, że większość nabywanego materiału tracimy bardzo szybko (ok. 1 godzina po przyswojeniu), po czym tempo zdecydowanie spada:

m7894948

Jak zapewne zauważyłeś, najszybciej zapomina się zaraz po nabyciu wiedzy. W ciągu relatywnie krótkiego czasu zapominasz znacznie więcej niż przez całą resztę życia. Praktyczne wykorzystywanie nabytej wiedzy polega na jej zastosowaniu w różnych sytuacjach. Jeśli będziesz robił to natychmiast po uzyskaniu tejże wiedzy, to rzeczywiście masz szansę jej utrwalenia. Mówi się, że przeciętny człowiek opanowuje nowe słowo po 50-ciokrotnym użyciu go w różnych kontekstach. Na opanowanie czegoś bardziej skomplikowanego potrzebujesz odpowiednio więcej „praktyki”. Na standardowych studiach możliwości takowej zazwyczaj nie posiadasz. Zamiast podawania wiedzy w małych dawkach aplikuje Ci się dwugodzinny na ogół wykład, którego większą część zapominasz jeszcze tegoż samego dnia. O normalnym zmęczeniu psychicznym spowodowanym słuchaniem i oglądaniem (np. przez rzutnik) przez bite dwie godziny cudzych poglądów wspominać nawet nie warto. Jeśli myślisz, że nie wpływa to długofalowo na Twą psychikę i zdrowie, to grubo się mylisz. To jest normalnie przymuszanie Cię do przebywania w niekomfortowej sytuacji, gdy jesteś atakowany informacją, jakiej nie jesteś w stanie w podawanym tempie przyswoić. To gorzej niż absolutnie bierne słuchanie np. koncertu hard rocka. O podobnych „walorach” przekazywania wiedzy poprzez wykład można by napisać książkę (odsyłam zainteresowanych do odpowiednich pozycji z zakresu psychologii czy pedagogiki). Tak więc pierwsze co tracisz na wykładach to czas i zdrowie.

Uwagi powyższe dotyczą wszystkich, ale nie w tym samym stopniu. Jeśli jesteś mocno zainteresowany tematyką wykładu, to zazwyczaj jest on w dużej mierze dla Ciebie pewnym powtórzeniem i usystematyzowaniem posiadanej już wiedzy. W takim wypadku możesz go postrzegać jako namiastkę normalnej, interesującej rozmowy, która nie tylko nie męczy, ale też daje sporo satysfakcji. Jest to, oczywiście, jedynie namiastka, bo znacznie lepiej byłoby gdybyś mógł pogadać o wykładanych treściach np. przy kawie lub piwie (w umiarkowanych ilościach). Jednak żadnej uczelni nie stać na tylu „prywatnych” wykładowców, stąd lepszy rydz niż nic, więc fajniej jest posłuchać dobrego wykładu niż w ogóle o interesujących Cię kwestiach nie słyszeć. Jeśli masz dostatecznie dużo wspomnianej wyżej „pasji poznawczej”, to jakoś swój bierny udział w wykładzie przeżyjesz, rekompensując to sobie zapełnieniem luk w posiadanej już wiedzy. W takim przypadku Twoje emocje (prawdziwe zainteresowania to również emocje) zmienią kształt Twojej prywatnej krzywej zapominania i pozwolą Ci zoptymalizować przyswajanie wiedzy. Opanujesz ją szybciej, łatwiej i w mniej stresujący sposób. Jeśli jednak tematyka wykładu Cię nudzi i żadnych pozytywnych emocji nie wzbudza, to opanowanie przekazywanej w ten sposób wiedzy będzie cię sporo kosztować. I czasu i zdrowia.

Niedocenianym, niestety, aspektem współczesnego studiowania jest niszczenie tej części osobowości, która związana jest z pracą w zespole. W edukacji obowiązuje konkurencja, można powiedzieć, że jest ona (konkurencja) motorem napędzającym ją obecnie. Konkurencja, jak wszystko w naszym życiu, ma jednak zarówno dobre, jak i złe strony. Te pierwsze (dobre) bazują głównie na jakichś atawistycznych rywalizacjach o jedzenie, możliwości płodzenia potomstwa etc. Większość zwierząt stadnych żyje w systemach hierarchicznych, gdzie ciągle trwa walka o przewodzenie stadu. Być może nasz duch konkurencji jest właśnie odbiciem tamtejszej rywalizacji. W tym sensie jest on zjawiskiem naturalnym, więc jakoś pozytywnym. Z drugiej jednak strony tzw. cywilizacja wymaga współpracy tj. postawy będącej zaprzeczeniem rywalizacji. Stan pewnej równowagi między oboma zachowaniami wydaje się dla trwania społeczeństwa, a może i ludzkości optymalny. Napisano o tym sporo mądrych opracowań i ja nie potrafiłbym z takim poglądem polemizować. Twój kłopot polega na tym, że twierdzenie to odnosi się również do jednostek. Ty też musisz równoważyć, naturalną niekiedy, chęć przeskoczenia Twego kolegi w pracy z koniecznością pomagania mu w wykonaniu powierzonego Wam obu zadania. To jedna z wersji znanego powiedzenia „Opanuj siebie, a opanujesz świat”. A tej formy rozumnej powściągliwości tj. godzenia rywalizacji ze współpracą szkoła, może poza grami zespołowymi w ramach zajęć WF, bynajmniej nie uczy. „Normalne” nauczanie wymusza rywalizację o lepsze oceny, zapominając przy tym o korzyściach z pracy zespołowej. Na studiach ta forma „wyścigu szczurów” bywa jeszcze ostrzejsza, a świadomość faktu, iż oceny mają się często nijak do posiadanej wiedzy czy umiejętności powoduje dodatkowy stres i frustrację. I tego nie da się poprawić, bo poziom umiejętności jest w przeciwieństwie do ilości posiadanej wiedzy wielkością niemierzalną.

Które studia są „trudne”, a które „łatwe”?

Jeśli wybierzesz się na studia, bo naprawdę jesteś ciekawy świata i posiadasz wspominaną już tu wielokrotnie „pasję poznawczą”, pytanie to Ciebie nie dotyczy. Studiuj to, co lubisz; będzie to dla Ciebie na pewno łatwiejsze niż studia uznane powszechnie za „łatwe”. Możesz mieć niekiedy problem z wyborem tzw. kierunku studiów, ale dziś w wielu uczelniach funkcjonują już studia, gdzie Ty sam możesz wybrać „przedmioty nauczania” i stworzyć własny „interdyscyplinarny” kierunek studiów.

Uniwersytet w Pipidówie Dolnej Ci tego nie zapewni, ale w wielu innych miastach możesz tak właśnie studiować. Tak więc, jeśli poznawanie rzeczywistości jest dla Ciebie fajną zabawą, to nie ma sprawy; nie musisz szukać kierunków „łatwych”. Znacznie gorzej wygląda sprawa, gdy na studia wybierasz się z innych powodów. W takiej sytuacji musisz sporządzić listę celów studiowania oraz kontr listę swoich możliwości, które funkcjonować będą jako ograniczenia. Jak znam życie, to jeszcze przez wiele lat jako pierwszy powód podejmowania studiów większość maturzystów wybierze „zdobycie dobrego tj. zapewniającego godziwe zarobki zawodu”. Potem będzie długa przerwa (dla głębokiego namysłu:)), a następnie pojawią się rozmaite nadzieje na miłe spędzenie kilku „wspaniałych lat”. Smutna prawda polega jednak na tym, iż jeśli studia rzeczywiście mają zwiększyć Twe szanse na tej lepszej części rynku pracy, to wiele czasu na uciechy studenckiego życia Ci nie pozostawią. Będzie to raczej okres ciężkiej, zwykle mało sympatycznej czy interesującej pracy polegającej głównie na biernym „zakuwaniu” rozmaitych informacji i – raczej rzadkim – sprawdzaniu jak mają się one do rzeczywistości. I tyle o celach studiowania.

Z możliwościami jest zwykle znacznie gorzej. Na „mierzenie sił na zamiary” mógł sobie pozwolić Wieszcz, Ty już niekoniecznie. Najlepiej byłoby przed podjęciem decyzji o studiowaniu poprosić o ocenę Twych możliwości jakichś „fachowców”. Dawniej robili to zwykle pracownicy uczelni podczas egzaminu wstępnego. Dziś w większości uczelni nie tylko nie ma egzaminów wstępnych, ale wręcz istnieje potrzeba reklamowania się np. w mediach. Idzie o to, by nie wypaść z rynku edukacji i zapewnić pracę swym uczonym wykładowcom. Twoich interesów w procesie rekrutacji uczelnia raczej nie uwzględni. Możesz popróbować zasięgnąć opinii rozmaitych poradni np. psychologicznych, ale szanse na to, iż jakiś psycholog w ciągu ok. godziny potrafi ocenić, do czego się nadajesz są raczej marne. Tak realnie patrząc najlepiej uczynisz wysyłając rodzica na krótką rozmowę z wychowawcą, a następnie przedyskutujesz uzyskane informacje z rozsądnymi życzliwymi ludźmi, którzy dobrze Cię znają. Może się jednak zdarzyć, że trudno Ci będzie takowych w swym otoczeniu uświadczyć, jeśli tak przeczytaj poniższe uwagi, może będą stanowić pomocną wskazówkę.

Najpierw o „trudności” nieco ogólnie. W języku potocznym słowo to rozumiemy zwykle jako „obcość”, „nietypowość”, „nienaturalność” itp. No i przy takim pojmowaniu tego słowa tzw. studia humanistyczne są rzeczywiście łatwiejsze niż np. studiowanie fizyki czy matematyki. Źródłem tej „łatwości” jest fakt, że jako zwierzęta stadne mamy permanentny kontakt z innymi ludźmi, ich uczuciami i emocjami oraz sposobami ich wyrażania np. literaturą, muzyką, mediami itp. wydaje nam się więc, że skoro „mamy to na co dzień” na pewno jest to łatwiejsze od niecodziennych w końcu rozważań toru pocisku czy zależności w trójkącie prostokątnym. I byłoby to może i prawdą, gdyby nie fakt, że „pewność” (jeśli wolisz, nazwij to „wiarygodnością” czy jakoś podobnie) poznania jest w takiej np. matematyce nieporównanie większa niż w literaturoznawstwie, dajmy na to. Tak więc nasza, potocznie rozumiana, „łatwość” ma u swych podstaw zaakceptowanie sporej i nieusuwalnej powierzchowności poznania. „Humanista rasowy” powie na to zapewne, iż człowiek jako przedmiot poznania jest z natury rzeczy „wielowymiarowy”, „głębszy”, „nieskończenie bardziej złożony” itd. niż najbardziej nawet skomplikowane obiekty fizyczne, choćby dlatego, że posiada wspomniane wyżej emocje jakich „punkt materialny” jest całkiem pozbawiony. To prawda, lecz stanowi to raczej „usprawiedliwienie” niż zanegowanie zarówno wspomnianej powierzchowności poznania, jak i związanej z nią niemożności przekazania informacji np. o naszych emocjach. Niniejsze usprawiedliwienie co poniektórzy „humaniści” rozszerzają ochoczo na zwykłe „lanie wody” czy górnolotne „swobodne bredzenie”, którym to przypisują rozmaite wzniosłe wartości. I mnóstwo ludzi na te rzekome „wartości” nabiera się zapominając, iż „wartości”, których ze względu np. na ich wewnętrzną sprzeczność zweryfikować (użyć) się nie da, zwyczajnie nimi (wartościami) nie są. Takie „łatwe” studia niewiele więc dają i pożytecznej pracy raczej nie zagwarantują. Jest wszakże pewien wyjątek: jeśli masz „charakter polityka”, potrafisz wszystko „zagadać”, dobrze czujesz się w roli wiecowego mówcy i masz tzw. zdolności przywódcze, są to niewątpliwie studia stworzone wręcz dla Ciebie! W tym wypadku akurat „łatwość studiowania” znakomicie koreluje z szansami na rynku pracy. Wielu polityków w ten sposób właśnie „studiowało” łącząc to zwykle z działalnością w rozmaitych „młodzieżówkach”, na co inni studenci nie mają czasu lub/ani ochoty. Wprawdzie pewien problem może stanowić tu dość ograniczona ilość miejsc pracy dla tak „wykształconych” specjalistów, niemniej mając wspomniany „charakter polityka” dasz sobie radę wszędzie.

Powyższe raczej smętne uwagi to efekt wieloletniej obserwacji zarówno rozmaitych procesów nauczania, jak i ich rezultatów. Moich oczywiście obserwacji. Myślę jednak, że najlepiej byłoby spróbować samodzielnie odpowiedzieć sobie na pytanie o realna wartość tak łatwo dziś dostępnych dyplomów, których mamy już w społeczeństwie sporo. Popytać absolwentów studiów jak oni sami oceniają jakość i przydatność uzyskanej w uczelniach wiedzy, dyplomów (jako „bezkoneksyjnych otwieraczy drzwi do zawodu”) czy ogólnie pojętej satysfakcji z bycia „wyżej” wykształconym. Ja znam kawiarnię, gdzie praktycznie wszystkie kelnerki posiadają dyplomy (najczęściej zarządzania, ekonomii czy politologii) i mnóstwo niemożliwych do spełnienia aspiracji. Kwalifikacji, po które szły na studia — jeśli je kiedykolwiek zdobyły — już pewnie nie mają. Dwie studiują zaocznie jakieś specjalności pedagogiczne, ale nie wydaje mi się by coś na tym zyskały, bo jako kelnerki w kawiarni (nie tylko tej, bo pracę zmieniają) spotykam je już dobre 10 lat. Naprawdę bardzo zdolny magistrant mojego kumpla zrobił doktorat z tzw. nauk humanistycznych i przez kilka lat jeździł jako tzw. kanar, wlepiając mandaty „gapowiczom” w komunikacji miejskiej. To, oczywiście też uczciwa praca i na pewno nie hańbi. Boję się jednak zapytać tych ludzi czy nie czują się oszukani.

Waldemar Korczyński

Print Friendly, PDF & Email