27.07.2022

ECHA WYDARZEŃ: Zacznę od piłki. I od wytyku. Że trwa kibicowski serial z panem Robertem. Tyle że już w roli boiskowej. Zagrał u nowego pracodawcy i już publicznie jakby znak zapytania. „Dyskretnie”, „bezbarwnie”… A co – miał na dzień dobry dać pokaz strzelecki? Jak w Bayernie, gdzie kilkunastu pracowało na jego pieczęć? Poczekajmy, bądźmy cierpliwi oraz sprawiedliwi, nie recenzujmy z pozycji prowincjuszy…
Minister sportu dał głos. Że podejmuje działania w sprawie obrazu lekkiej atletyki. Będzie lanie oliwy na fale oraz aktywne pośrednictwo w rozwiązywaniu trudnych spraw. Dodał też minister, że:
a) nie jest łatwo, bo związek jest samorządny (nie mówią, że w kwestii udziału w budżetowej kasie oraz w paru innych sprawach – nie do końca);
b) sygnały o zakłóceniach mają nie tylko cechę świeżości.
To – pytam – po co teraz takie oświadczenie publiczne, zamiast wcześniejszego współdziałania naprawczego?
Rozciągnę pytanie na PKOl. Reprezentacja la w nim markowa, szefem komisji sportowej poprzedni prezes PZLA, a taka komisja (wiem, byłem w niej przez kilka kadencji) nie tylko zajmuje się igrzyskami, lecz bez przerwy jest – w założeniu oraz tradycji – społecznym kontrolerem. Więc – powinna zagrzmieć, gdy coś zazgrzytało…
Może i zagrzmiała, ale dyskretnie i nieskutecznie, a może górę wziął czas dostojności jubileuszowej i … jakichś gier przedwyborczych…
A w ogóle czas chyba porządnie pogadać o organizacji sportu. Gdy jest nie samą pasją i ruchem społecznym, ale też zawodem. Praca, pracodawca i pracownik, wzajemne związki i powinności; taki kodeks pracy…
Mistrzostwa świata – za lekką atletyką. Przed nią – mistrzostwa Europy. Z tytułu coś bardzo ważnego, z układu kalendarza – nie bardzo. Pewnie wielu ze sław mistrzostw świata wejdzie w czas wakacji. Jak np. nasz srebrny młociarz…
Oceny? Z powyższego już wynika, że… różne. Są cztery medalowe trofea, ale w porównaniu z tokijskim wyżem olimpijskim – bilans głowy nie urywa. Było gorzej. W sensie wyników i w nastroju – vide – wspomniane i inne oświadczenia oraz sygnały.
Jako zwolennik obiektywizmu – zamiatam chodnik kapeluszem przed medalistami – duetem młociarzy (jedyni, którzy styl i tempo podyktowali, dając łupnia świetnym rywalom próbującym kontratakować) i przed jakże dzielną chodziarką z Mielca.
Klaszczę tym, którzy sięgnęli po rekordy – kraju oraz życiowe, byli blisko podium, albo ciut dalej, lecz w czołówce, ale… Właśnie – ale…
W ogólnym bilansie jakby nam ekstraklasa uciekła. Takie były wyniki. Niektóre poza fantazją. Jeśli np. biegaczka na 400 m przez płotki ma lepszy czas niż nasza finalistka (sukces!) w biegu płaskim… Jeśli w tyczce pada rekord na poziomie pół metra wyżej niż rodzimy start w konkurencji… Zbitka rzeczywistego światowego wyżu z naszym podwórkiem dała, co dała…
Gdyby jeszcze nie „oświadczeniowe” i „okołooświadczeniowe” znaki zapytania, pewnie radość z młota i maszerowania oraz kilkanaście innych aktywów mogły się stać kurtyną dla obrazu. A tu…
A szczegóły? Nie taję – nie wiem. Od kolegów po zawodzie też się – niestety – nie dowiaduję. Owszem, powiedzą i napiszą to oraz owo, ale żeby dojść do tego, co w trawie piszczy, nie ma takiej mody. Bardzo dawnymi czasy, klasycy zawodu – Sieniarski, Głuszek, Skinder, Dobrowolny, Samulski, Dutkowski, Chmielewski, Trojanowski i podobni dawno by wywęszyli, że coś nie pachnie Yardleyem… Ani Chanelem nr 5…
Na tym kończę. Radując się, po jednym zdaniu, że:
- Siatkarze po batach od Amerykanów tak się sportowo zezłościli, że nie dali brązu Włochom;
- Pani Kasia Niewiadoma tak jedzie w damskim Tour de France, że serce rośnie. Kraksy, finisze – wojuje…

Andrzej Lewandowski
Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.
Więcej w Wikipedii
