Ożeniony ze szlachcianką (80)9 min czytania

02.08.2022

Nie jestem alpinistką — mówi w pociągu Grażyna — nie rozumiem, po co mnie ciągniesz w te hiszpańskie Pireneje, do tego malarza, który ma B&B w Barcelonie, nie lubię podróżować z plecakami i minimalną ilością ubrań udając podlotka.

Obudzona w mieszkaniu umeblowanym antykami („dlaczego ta nasza antyczna szafa posztukowana jest ordynarną sklejką?”) patrzy w okno wychodzące na podwórko barcelońskie („dlaczego nie na ulicę?”) i mówi: — Czuję się osaczona, jak ja tu wytrzymam trzy dni?

— Spróbuj pobyć trochę alpinistką — apeluje, mocując się z jej udami, („jest coraz gorzej z tobą, Maryś”), ale ona wyrywa się z łóżka, idzie do łazienki i wraca narzekając na zły zapach, brak sposobu na zawieszenie prysznica, przeciekającą kurtynę i wodę na podłodze po ostatnim użytkowniku, co przypomniało mi jej słynne credo: po co przemierzać tysiące kilometrów, aby trafić do gorszej łazienki?

Wchodzimy do kuchni, żeby zrobić sobie śniadanie, a tam Polacy: Adam i Agata. Są tu już dziesięć dni („cudowna Barcelona”). Ona – dwudziestoletnia ekonomistka z państwowego ośrodka wdrażania czegoś tam, na unijnym szkoleniu o tym, jak stworzyć to w Polsce, („no wie pan, te doliny krzemowe”). Patrzymy z zachwytem i zazdrością na młodych Polaków, jakimi sami byliśmy pół wieku temu, nasze doliny inaczej się nazywały, ale tak jak oni, byliśmy alpinistami.

Rano rzucamy się w ludzki potok na bulwarze Rambla, oczy wytrzeszczając raz na sprzedawców ptaszków i innych zwierzątek w klatkach, raz na koronkowe fasady domów wykreowane przez zwariowanego architekta Gaudiego, to na uliczne lekcje tanga, a nosy nasze wabią zapachy na rynku pod arkadami, gdzie siedzą wzdłuż Rambli, na zafundowanych im przez miasto ławkach, weseli barcelońscy emeryci. Gdy przyjdzie noc, na ulice wysypią się rodziny z dziećmi obsiadając restauracje, jeść zacznie się o dziesiątej, a skończy o północy, a wtedy na scenę wkroczy armia nocnych sprzątaczy: najpierw pojawią się samochodziki – odkurzacze zamiatające chodniki, potem inne zmotoryzowane śmietniki przesypujące uliczne śmiecie do kontenerów, a na koniec tej symfonii sprzątania, wielkości czołgów śmieciarki, wchłoną to wszystko w siebie i odjadą w czarną noc.

Picasso i Miro, dwaj wielcy Katalończycy, każdy z nich ma własne muzeum. Picasso – półnagi miłośnik kobiet, Miro o twarzy i ubiorze urzędnika bankowego, obaj malowali lekko i uwodząco, szkicowali na karteluszkach, pudelkach od papierosów, a potem jednym zamaszystym ruchem tworzyli magię kreski, ruchu i koloru. Wychodząc od Miro postanawiamy zaczekać na zmierzch, a z nim wytrysk kolorowej fontanny, wokół której zbierają się tłumy Barcelończyków. Chińczycy kaligrafują imiona turystów, przed oczami wyrasta nam polska wycieczka, a w niej kilku podchmielonych, którzy wrócili z corridy.

— Jak się wam podobało? — pyta Grażyna.

— No co ja Pani powiem — odpowiada jeden — byk nie miał szansy.

W pociągu do Madrytu mijamy Burgos leżące nad rzeką Ebro. Czy to tutaj republikanie wygrali bitwę, po której mój ojciec – socjalista, chciał mnie nazwać Victor? Musiało to być w 1937 roku, bo urodziłem się 12 kwietnia; sięgam do książki o wojnie domowej w Hiszpanii: tak, 8–11 marca 1937 odbyła się bitwa pod Guadalajarą.

Magiczna Hiszpania, niepoprawne królestwo, skompromitowane wojnami, grabieżą, inkwizycją, a potem dyktatura Franco. Stoimy przed pałacem Juana Carlos i królowej Zosi, miłośniczki teatru. Dlaczego po obaleniu Franco Hiszpanie wrócili do monarchii? A co mieli zrobić z pałacami? Pałacu królewskiego nikt nie strzeże, nic z brytyjskiej szwancparady, futrzanych czap i koni. Jak na tych dwoje mają dobre warunki mieszkaniowe: pięćset pokoi, a okno ich sypialni wychodzi na okno sypialni arcybiskupa, przed którą stoi pomnik Świętego Piotra z pękiem kluczy. Biskup czuwał kiedyś nad królem, dziś czuwa nad nim demokratyczny parlament.

Lubimy wpadać do kościołów i siadać na zimnych ławkach, wdychać wilgotną starzyznę murów, dla niej najważniejsza jest architektura.

— Co to jest Gagulku, gotyk czy barok?

— Jedno i drugie, najciekawsze są kościoły romańskie, ale mało się ich zachowało. Ja w kościele szukam bezpieczeństwa, bo gdy po ucieczce z getta, matka i ja nie mieliśmy gdzie iść, ukrywaliśmy się w warszawskich kościołach. Tutaj odbywa się ślub: pan młody wygląda na takiego, co wkrótce zacznie bić żonę. Gdy udzielają komunii chcę iść po opłatek, bo ciągnie mnie do księdza, któremu w dzieciństwie do mszy służyłem, ale szlachcianka mówi, że nie mogę, bo noszę krótkie spodnie. Innym razem, w katedrze madryckiej, wyrywam się znowu, bo widzę, że jeden też w krótkich po komunię idzie, ale nie zdążyłem, ministranci odstawili srebrne półmiski, księża poszli odpoczywać na fotelach, a potem mocny akord organów i koniec mszy. Była dziewiąta wieczorem, zamykali katedrę.

W 30-stopniowym lipcowym upale dopiero o tej porze w Madrycie zaczyna się życie. Pary wygrzewają się na trawie w zachodzącym słońcu, na balkonie opery królewskiej ludzie wyszli na przerwę Madame Butterfly, na ulicach – teatr ludowy. Gdy zejdą ze sceny nieruchome rzeźbo-pantomimy: figury górnika, pracownika cementowni, żołnierza (znudzeni postaciami z bajek turyści chcą nowych tematów), na ich miejsca przyjdą Chińczycy i rozłożą płachty z wachlarzami. Obok rozlokują się Murzyni z podróbkami torebek i okularów słonecznych; w płachty wszyte są sznurki, które na widok policjanta ciągnie się jednym ruchem i z płachty robi się torba, z którą łatwo uciekać, ale to był fałszywy alarm.

W kafeterii muzeum Prado, zmęczony lataniem po salach zamawiam łososia.

— Musisz?

— Muszę. Oglądałem obrazy, teraz muszę przełknąć wrażenia, potrzebna mi jest przerwa na refleksje.

Gagulka patrzy na mnie z litością, wyobrażając sobie moją śmierć z przejedzenia, a ja z ustami pełnymi okruchów tak mówię:

— Wrócimy do Muzeum, ale wyeliminujemy wszystkie rzeźby starożytne z obciętymi rękami i ptaszkami różnych rozmiarów, na ogół nieobrzezanymi (co z Żydami — czy już wtedy był antysemityzm?), zlikwidujemy Włochów, bo za bardzo religijni, darujemy sobie Niemców, wrócimy do Boscha, do innych Flamandczyków, malarstwa hiszpańskiego i do Goi.

Po drodze nad głowami znów fruwają nam aniołowie i święci, trójca niebieska według Rafaela („marny malarz”, prowokuję Grażynę), to znów dwóch gołych, Adam i Ewa, trzymają się za przyrodzenia, ale przeważnie rany boskie: Chrystus ukrzyżowany. Czy w tych czasach wystarczyło, żeby obraz był święty, a już mogło się go sprzedać? Za pieniądze kleru albo możnych – religijny socrealizm?

Ale co to? Obrazy z XII wieku: wizerunki zwierząt jakby malowane dzisiaj, więc można było inaczej, jeżeli malowało się nie dla pieniędzy.

U Boscha jest stajenka, w niej dzieciątko Jezus, przed nim trzej królowie, ale naokoło jest świat grzechów z chrześcijańskiej legendy: baba i chłop z wybałuszonymi oczami i wytrzeszczonymi zębami, w tle krwawa wojna, po lewej stronie ojciec z synem popełniający grzech obżarstwa, człowiek z dziurą w spodniach odgania się od hieny, w tle szubienica, mężczyzna ciągnie za rękę kobietę, z którą chce popełnić grzech cudzołóstwa, żołnierz przywiązuje kobietę do drzewa, w tle grajek na kobzie. Patinir. Plan ogólny, a w nim zbliżenie: święty Antoni odrzuca jabłko, który oferuje mu kobieta, diabełek ciągnie go za ogon, a temu przygląda się wiedźma z obnażonym cyckiem i kikutami zębów. Inny Patinir na zamówienie Filipa II: Święty Antoni jako mocarz, który, aby być zbawionym – przenosi dzieci przez wodę. Goya zaczął od portretów Karola IV, potem malował kardynałów i mniejsze klechy, ale skończył na zwykłych ludziach w czarnej serii, w której lud się burzy, głodni pielgrzymi kłębią się na drogach. U El Greco ludzie wyżsi niż u innych, raz szczuplejsi, to znów grubsi. Velazquez odstawia dwór królewski Filipa IV: karzełki otaczają infantkę Margerritę, Filip III, malutki książę Baltazar Carlos, Królowa Izabela francuska, król Filip IV – wszyscy na koniach. Gapimy się na te obrazy i w powodzi tej elegancji i kostiumów chcemy znaleźć zwykły grymas ludzkiej twarzy i porównać go do dzisiejszego. Grażyna mówi, że malarze mieli wielkie talenty, ja bym wolał fotografię, ale jej wtedy jeszcze nie wynaleziono.

Dworzec w Madrycie. Kilka lat temu terroryści wysadzili tu w powietrze trzy wagony kolejowe. Od tamtego czasu przed peronem, z którego odchodzą pociągi do Toledo, ustawiono maszyny prześwietlające, jak na lotnisku. Grażyna uważa, że jest to sytuacja niebezpieczna (co było – się powtórzy) i proponuje, żeby z podróży zrezygnować. A jednak jedziemy.

W Toledo, a to wspinamy się w górę, a to schodzimy; wieża katedry raz się pojawia, raz ginie nam z oczu, a nogi już bolą. Na wrotach katedry napis: 6 euro, a w naszej rodzinie panuje zasada, że do kościoła wchodzi się za darmo, więc katedra nie. Obok kościół „z panoramicznym widokiem na Toledo” – 3 euro. Sami zrobimy sobie widok. Z tablicy w murze kościoła dowiadujemy się, że było dwóch Alfonsów: jeden, Alfons IX, przyjął Żydów do Toledo, nazywano go Alfonsem Dobrym, drugi, Alfons X o przydomku Głupi, wyrzucił ich z miasta. Wdrapujemy się na najwyższy taras miasta, skąd widok na dolinę Toledo. Tam spotykamy młodą kobietę, która z zapałem fotografuje. Skąd przyjechała? Z Włoch. „Włoszka w Toledo”, czy to nie tytuł opery? Nie, to była „Włoszka w Algierze”, książka Feuchtwangera nazywała się „Żydówka z Toledo”.

Idziemy na piwo. Grażyna w kapeluszu w prążki niebiesko-brązowo-białe kupionym w Barcelonie. Zrobiła sobie hennę na rzęsach. W słońcu znikły jej zmarszczki, ziewnęła, pokazuje śnieżne ząbki, ja wpatrzony w nią. Górną wargę pociera o dolną, znów uśmiech. Czy powie coś na widok mojego notatnika wypełniającego się wrażeniami z Toledo?

— Obsmarowujesz mnie znowu?

— Ale skąd, piszę o tym moim fiole na twoim punkcie, czy nie jest to rzecz pozytywna?

— Ogólnie tak.

— A jak wygląda twój fioł na moim tle?

— Cicho i spokojnie, nie rozgłaszam, w sobie trzymam.

DCN

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Więcej w Wikipedii

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Ożeniony ze szlachcianką (84)

23.09.2022

Patrzę na mapę „kresów wschodnich”, carskiej guberni mińskiej w XVIII i XIX wieku, gdzie w powiatach bobrujskim, ihumeńskim i nowogrodzkim, pod panowaniem caratu,…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (83)

27.08.2022

W poprzednich dwóch odcinkach pamiętnika Marii Bułhak-Janiszewskiej, stryjecznej prababki mojej szlachcianki, Grażyny Jankowskiej, towarzyszyliśmy rodzinie Bułhaków w Moskwie i Petersburgu lat…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (82)

20.08.2022

Pradziadek mojej szlachcianki, podpułkownik armii carskiej, Bartłomiej Jankowski, zesłaniec na Syberię po Powstaniu Styczniowym roku 1863, ożenił się z Eweliną Okołów,…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (81)

16.08.2022

Nowe odkrycie w historii szlacheckiego rodu Jankowskich. Pisze do mnie Grażyna Smużyńska – Jeśman, architektka z Gdyni: Drogi Marianie, dzięki…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (79)

26.07.2022

W roku 2004 skończyłem film pod tytułem „Anya”, o córce, która przez 30 lat tolerowała kamerę ojca – filmowca. Do lat dziesięciu traktowała…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (75)

26.06.2022

Jesień 1964. Wyruszamy w podróż, którą można by nazwać „poślubną”, gdyby nie to, że są z nami moi rodzice: Daneczek i Broneczka. Po przebyciu kilku tysięcy…
Czytaj dalej

Ożeniony ze szlachcianką (74)

18.06.2022

Szanowny Panie Marianie, znalazłam Pana w „Studio Opinii”. Mieszkam w Lubaczowie, 13 km od ukraińskiej granicy. Nie jestem szlachcianką. Ostatnie szlachcianki…
Czytaj dalej
Print Friendly, PDF & Email
 

One Response

  1. Konrad 03.08.2022 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo