Jacek Pałasiński: Drugi obieg (385)12 min czytania

05.08.2022

1.

D.O. zapakował w samochód Rodzinę, pół kilo tytanu, które ma w krzyżu i 40 stopni Celsiusza, które zresztą wcale nie było czterdziestoma, tylko 38,5 i pojechał za miasto. Do Tivoli, podrzymskiego miasteczka, które przez 15 lat było najbliższą jego domu metropolią, ze sklepami, szpitalem, liceami Dzieci i nauką jazdy, w której Żona D.O. dostała uprawnienia kategorii C już po 22 latach namawiania jej na ten krok.

2.

Dziedziniec starego klasztoru, dziś wejście do Villa d’Este w Tivoli pod Rzymem

D.O. jest w rozterce, bowiem był w jednym z tych miejsc, w których można z zamkniętymi oczami skierować obiektyw aparatu w dowolną stronę, a zdjęcie i tak wyjdzie ciekawe: wspaniałą, niepowtarzalną, piękną i fascynującą Villą d’Este. No i tych zdjęć zrobił grubo ponad 100. Oczywiste jest, że wszystkich ich nie zamieści, bo by Czytelnika zniechęcił (jak zdjęciami plaż i pinii), i pożałowaliby mu like’a jeszcze bardziej niż zwykle. A wybrać kilka czy kilkanaście „mówiących” it’s a kind of Sophie’s choice.

3.

Chyba nie trzeba mówić, że renesansowa Villa d’Este błyszczy na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Fragment rzymskiej mozaiki, prawdopodobnie z nieodległego kompleksu fenomenalnej Willi cesarza Hadriana, który z wojskami zwiedził świat i z każdego jego zakątka przywiózł coś pięknego i oryginalnego i odtworzył to wśród basenów i fontann u stóp Tiburu, dzisiejszego Tivoli.

Została zamówiona przez kardynała Ippolita d’Este, syna Alfonsa I i Lukrecji Borgii. Stoi na miejscu Teren ten należał do papieża Juliusza III del Monte, który, chcąc podziękować kardynałowi d’Este za jego kluczowy wkład wniesiony w 1550 roku w jego wybór na tron papieski, mianował go dożywotnim gubernatorem Tivoli okolic. Kardynał przybył triumfalnie do Tivoli, ale spotkało go rozczarowanie: odkrył bowiem, że będzie musiał zamieszkać w starym i niewygodnym klasztorze benedyktyńskim przy kościele Santa Maria Maggiore.

Ippolito – Hipolit – był przyzwyczajony do luksusów i w należącej doń Ferrarze i swoim pałacu w Rzymie. Ale położenie Tivoli go ujęło, a ponadto był wielkim miłośnikiem rzymskich zabytków, których było pełno w okolicy. Postanowił więc przekształcić klasztor w willę. Pod hasłem „villa” kryją się często pałace, choć samo słowo oznacza „wieś”. Dlatego na chama mówiono „willano” – wieśniak, a na dżentelmena – że się zachowuje w sposób „urbano” – czyli miejski.

Ponieważ Hipolity człekiem zamożnym był, budował jednocześnie z willą w Tivoli pałac w Rzymie: rzymski miał służyć do okazji oficjalnych, ten w Tivoli – do spotkań z przyjaciółmi i ludźmi oświeconymi z całej Europy. To nie przypadek, że miejsce, w którym powstała willa, nosiło wcześniej nazwę „Valle Gaudente”, czyli Radosna Dolina.

Prace powierzono architektowi Pirro (Pyrrusowi) Ligorio, któremu towarzyszyła imponująca liczba artystów i rzemieślników. Ale budowa szła topornie, bo w 1555 roku papież Pawła IV odwołał kardynała i dopiero 5 la później został przywrócony na urząd przez papieża Piusa IV. Trzeba było też wykupić ziemię od dwóch kościołów należących do różnych zakonów i to wszystko zajęło kolejnych 6 lat. Ale największe dzieło – zmiana biegu rzeki Aniene nowymi tunelami, które pochodzą z wodospadów trwały nieprzerwanie, choć kardynał nie miał na nie początkowo zezwolenia.

Potężny kardynał załatwił sobie pozwolenie Senatu Rzymskiego, na zerwanie trawertynowej okładziny z grobowca Cecylii Metelli i użycie jej do budowy willi. Pozwolenie zostało jednak cofnięte, ale tymczasem usunięto już całą okładzinę fasady, więc proszę się, szanowna wycieczko, nie dziwić, że mauzoleum świętej pozostaje w obecnym, mało okazałym stanie.

Znajdujemy również naczynia, których zdobienia przyprawiają o zawrót głowy nawet po dwóch tysiącleciach z okładem.

No i w efekcie wszystkich tych perypetii, kardynał nie zdążył nacieszyć się swoją willą, bo po uroczystej inauguracji willi we wrześniu 1572 r. uświetnionej przez papieża Grzegorza XIII, Hipolit zmarł 2 grudnia tego samego roku.

Budynek pozostawał w rękach spadkobierców Hipolita przez ponad 100 lat i choć nie mieli oni już wpływów u papieży ani w kolegium kardynalskim, to stawali na głowie, żeby willę konserwować i rozbudowywać. Kolejny kardynał w rodzinie – Rinaldo d’Este zlecił Gian Lorenzo Berniniemi budowę fontanny Bicchierone i wodospadu fontanny Organowej w stulecie śmierci Hipolita.

Przy sklepieniach komnat i trompe oeilach D.O. po prostu oszalał.

Niestety: willa i jej instalacje zostały przekazane Habsburgom a ci całe to dobro zaniszczyli. Zbiory antykwaryczne uległy rozproszeniu, aż w połowie XIX wieku kardynał Gustav Adolf von Hohenlohe-Schillingsfürst zakochał się zrujnowanej już willi, odrestaurował ją i aż do jego śmierci w 1896 r. była znów w centrum życia arystokratyczno-artystycznego; jednym z lojalnych gości bywał wtedy Franciszek Liszt, którego willa zainspirowała do napisania kilku utworów: Années de Pèlerinage (Troisième année: Aux cyprès de la Villa d’Este, Thrénodie I – Aux cyprès de la Villa d’Este, Thrénodie II – Les jeux d’eaux à la Villa d’Este).

4.

Ostatnim prywatnym właścicielem willi był arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg- d’Este, następca tronu Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Nie lubił tego miejsca chciał się go pozbyć. Sprzedał je w końcu państwu włoskiemu za olbrzymią wówczas sumę dwóch milionów lirów, co rząd włoski długo ukrywał i zwlekał z zapłatą. Na szczęście zabójstwo arcyksięcia w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku uwolniło Włochy od obowiązku zapłaty.

W 1918 roku, po I wojnie światowej, willa przeszła na własność państwa włoskiego, które rozpoczęło gruntowne prace konserwatorskie, w latach 1920-1930 całkowicie ją odrestaurowując i udostępniając zwiedzającym. Kolejną serię renowacji przeprowadzono po II wojnie światowej w celu naprawienia zniszczeń spowodowanych przez kilka bomb, które spadły na kompleks. No i odkąd D.O. już tam nie mieszka, wzorowo odrestaurowano wiele sal willi. Dzięki czemu D.O., wraz z rodziną, połową kilograma tytanu w plecach i czterdziestoma stopniami ciepła, popadł w nirwanę i szastał elektronami pstrykając jedną fotkę za drugą, jakby był turysta z Japonii.

5.

Ogród, dzieło Pyrrysa Ligorio, rozciąga się od tylnej elewacji willi i podzielony jest na tarasy i skarpy, z centralną osią podłużną i pięcioma głównymi osiami poprzecznymi, umiejętnie pokonującymi różne nachylenia ogrodu. Ligorio dokonał niezliczonych obliczeń, by doprowadzić do każdej z niezliczonych fontann właśnie tyle wody, ile trzeba, by dawała pożądany efekt i nie zalewała skarpy. Zbudował system rur i tunel o długości około sześciuset metrów pod zabudowaniami Tivoli, które doprowadzały wodę bezpośrednio z rzeki Aniene: szybkość przepływu wynosiła kompleksowo aż 300 litrów wody na sekundę.

No a potem było ogród z … Iloma fontannami? Czytaliście uważnie?

Wszystkie fontanny zasilano wówczas bez użycia jakichkolwiek urządzeń mechanicznych, wykorzystując jedynie naturalne ciśnienie i zasadę naczyń połączonych. Efekt jest dziś tylko częściowo widoczny: 35 000 m2 ogrodów, 250 dysz, 60 źródeł wody, 255 wodospadów, 100 basenów, 50 fontann, 20 eksedr i tarasów, 300 bram, 30.000 roślin w rotacji sezonowej, 150 wysokich drzew, 15.000 wieloletnich rośliny i drzew ozdobnych, 9000 m2 alejek, ścieżek i pochylni.

No dobrze, już starczy.

P.T. Czytelnicy, którzy zostaliby zachęceni powyższym opisem i poniższymi zdjęciami, sami mogą sobie to wszystko przeliczyć.

O jednym tylko chciałby D.O. zapewnić: kto raz tam wstąpi, nigdy nie zapomni, reszta świata może wydać mu się szara, nieciekawa, pozbawiona kolorów i fantazji.

6.

I po co malować obrazy? Nb., kiedy będziecie, P.T. Czytelnicy, oglądać malarstwo barokowe, czy to weneckie, czy do flamandzkie, znajdziecie dużo pejzaży. Sporo z nich to krajobrazy z okolic Tivoli, czasami idealizowane.
Niestety starożytny Tibur (stąd Via Tiburtina), przekształciwszy się w Tivoli, stał się dość wstrętną dziurą z niezbyt sympatycznymi mieszkańcami.

Najmłodsza część Rodziny chodziła jednak po ogrodach z kwaśną miną, bo: było za ciepło, było za nudno, a na dodatek minęła Święta Godzina Obiadu i kiszki marsza grały (zamiast organów wodnych; tak, tak, jest taka fontanna, która do wydawania dźwięków, zamiast powietrza, napędzała piszczałki wodą!).

Poszliśmy więc do restauracji Sibilla, która bierze swoją nazwę od znajdującej się tuż obok stolików świątyni Sybilli, choć jeszcze bliżej konsument pasty ma to cudownej rotundy w opus reticolatum, poświęconej Weście bogini ogniska domowego, rzymskiej odpowiedniczce bogini Hestii.

D.O. nie jest pewien, czy wmurują także tabliczkę z jego nazwiskiem, a powinni, bo królom D.O. równy, co najmniej, jak pewien lokator krypt wawelskich. Tych tabliczek jest znacznie, znacznie więcej, pierwsze w restauracji Sibilla wmurowano na początku XIX wieku, od cesarza Franza Josefa do imperatora Naruhito.

Zbudowana pod koniec II wieku p.n.e. przez Lucio Gellio, do początku XX wieku zachowała ślady malarstwa wczesnochrześcijańskiego. Jest na planie koła, typu monopter o średnicy 14,25 metra, na betonowym podium o wysokości 2,39 metra, pierwotnie otoczona 18 kolumnami korynckimi z trawertynu z drobno rzeźbionymi i żłobkowanymi. Pozostało tylko 10 kolumn podtrzymujących belkowanie, którego fryz ozdobiony jest bukranami i festonami.

Nieco z tyłu, na sztucznej podbudowie przedłużającej posadzkę akropolu stoi świątynia Sybilli Kumańskiej, również wzniesiona w II wieku p.n.e. Świątynia była tetrastylowym pseudoperypterem. Z czterech kolumn na frontonie zachowały się dwie kolumny bez kapitelu w porządku korynckim. Ściana wejściowa celi z pronaosem upadła, a jej resztki zaginęły. Przed 978 rokiem wewnątrz świątyni powstał kościół pod wezwaniem św. Jerzego. Wnętrze ozdobiono stiukami i malowidłami, które zaginęły. Zniknęły nawet malowidła kościoła, widoczne jeszcze na początku XXI wieku.

Szkoda, nie?

7.

A co poza tym?

Nic, wszystko po staremu.

Chińczycy trzymają się mocno partii komunistycznej, a komuniści, by w ogóle istnieć, muszą być agresywni. Podobnie zresztą jak faszyści, to jedna swołocz. D.O. na starość coraz bardziej jest przekonany, że państwom-kanaliom (a raczej ich przywódcom) powinno się ucierać nosa, zanim zaczną być naprawdę groźni. Taka była idea przyświecająca powołaniu ONZ-u. Międzynarodowe siły miały interweniować wszędzie tam, gdzie istniało zagrożenie pokoju. I rzeczywiście: siły ONZ-u interweniowały w Korei, by bronić jej przed agresywnymi komunistami. Niestety, poniosły porażkę przy pomocy sowieckiej V Kolumny, panoszącej się w Europie i za oceanem.

ONZ straciło od tego czasu wszelką wiarygodność, choć jej oddziały zapobiegły lub zapobiegły rozszerzeniu około 80 konfliktów zbrojnych.

Co ważniejsze, to aż do 1979 roku Chiny w ONZ reprezentował Tajwan. Ileż złego narobił Nixon w kraju i za granicą: tu Watergate, tam dopuszczenie drugiego państwa komunistycznego do Rady Bezpieczeństwa. Kto rozsądny mógł myśleć, że to się może powieść, że Demokracja z Antydemokracją znajdą kiedykolwiek wspólny język?

No i teraz mamy to, co mamy.

Czyli wszystko po staremu.

Jacek Pałasiński

“Drugi obieg” jest publikowany pierwotnie przez Autora na Facebooku. “Studio” publikuje te materiały za zgodą Autora, czasem z niewielkimi skrótami.

Print Friendly, PDF & Email
 

One Response

  1. wandeczka9 06.08.2022 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo