03.09.2022
…ziarna katastrofy zostały zasiane na samym początku. W ruch został puszczony piekielny mechanizm, który musiał doprowadzić do twardej konfrontacji. Mechanizm polegał na tym, że misją „S” była rewindykacja. Każdy związek zawodowy tak ma, ale w normalnym zachodnim kraju konflikty związków zawodowych z pracodawcami mają charakter lokalny, a nie ogólnokrajowy.
Typowy zachodni związek zawodowy konfrontuje się z konkretnym pracodawcą, a nie z całym organizmem państwa. W nowoczesnych zachodnich krajach pracodawca od dawna nie dysponuje siłą militarną, więc nie może jej użyć w konflikcie z pracownikami. (W wieku XIX i początkach XX pracodawcy mieli dostęp do przemocy, co opisał Reymont w „Ziemi Obiecanej”. Ale od dłuższego czasu już tak nie jest.) Nowoczesne zachodnie państwo ma siłę militarną, ale państwo pozostaje arbitrem, a nie stroną konfliktu. Natomiast w PRL–u państwo było jednym wielkim ogólnopolskim przedsiębiorcą, naprzeciw którego stanął ogólnopolski związek zawodowy. Konflikt był jeden–na–jednego na poziomie ogólnokrajowym. Państwo mogło użyć siły militarnej, zaś związek zawodowy nie. Tylko jedna strona miała tę opcję. To był pierwszy piekielny element tego mechanizmu.
Drugim elementem była samonapędzająca się eskalacja kadrowa w „S”. Na początku przeważali bohaterowie i ludzie ogólnie bardzo uczciwi. Głównie tacy podejmowali ogromne ryzyko, jakim były strajki. Jednak po stworzeniu ogólnopolskiej organizacji, „S” stworzyła okazje do spektakularnych karier. Oczywiście znaleźli się chętni, który byli znacznie mniej kryształowi. Główną drogą do zrobienia szybkiej kariery było przebicie poprzedników radykalizmem, który wydawał się bezpieczny, skuteczny, i tani. Każdy następny rzut karierowiczów musiał się przebić przy pomocy jeszcze większego radykalizmu, który stawał się wręcz karykaturalny. Przysłowiowym przykładem głupiego radykalizmu stało się tupnięcie, od którego zagrają kuranty na Kremlu.
Trzecim piekielnym elementem był brak hamulców mogących spowolnić eskalację. Czwartym elementem był brak dyscypliny. „S” była pospolitym ruszeniem pozbawionym efektywnego przywództwa zdolnego wymusić dyscyplinę na członkach. Każdy przywódca „S” ryzykował natychmiastowe odstawienie na boczny tor przez niezadowolonych podwładnych, którzy mogli sobie wybrać kogoś bardziej radykalnego. Radykalizm był mylony ze skutecznością, więc był najwyżej ceniony w „S”. Te wszystkie mechanizmy były wbudowane w samą istotę związku. One spowodowały, że jedynym akceptowanym kierunkiem było „naprzód” w kierunku zmiecenia komuny z powierzchni kraju, co przy braku rozeznania wydawało się realne.
Piątym piekielnym elementem były silne akcenty antyrosyjskie i narodowowyzwoleńcze, bo mit założycielski Polaka to jest krzywda zawiniona przez Rosjan. To się natychmiast dołączyło, czy właściwie wylazło na wierzch. Resentymenty antyrosyjskie prowadziły do realnych błędów politycznych, których niestety nie można było uniknąć, skoro w „S” każdy robił z grubsza to, co chciał. Ruch społeczny ani niewyposażony w żadną siłę militarną, ani w realne przedstawicielstwa dyplomatyczne mądrze by zrobił, gdyby nie wysyłał przesłania do narodów Europy Wschodniej. Niestety, pokusa drażnienia niedźwiedzia okazała się nie do odparcia. Akcenty antyrosyjskie przypominały niedźwiedziowi, że tolerowanie takich wyskoków pokaże Zachodowi, że niedźwiedź się cofnął przed tupaniem nieuzbrojonego tłumu. To byłby realny koniec potęgi niedźwiedzia i niedźwiedź o tym wiedział.
Szóstym elementem była realna groźba ze strony Rosjan. Rosjanie wtedy stanęli przed „być albo nie być” swojego europejskiego imperium i byli zdeterminowani, żeby je utrzymać kosztem kilku tysięcy ofiar. Co ta groźba oznaczała, to wcześniej widzieliśmy w Budapeszcie, a teraz widzimy w Ukrainie. Kto jak kto, ale polscy generałowie znakomicie to wiedzieli, bo przeszli przez swoje przeżycia na nieludzkiej ziemi. Wiedzieli, że jeśli wejdą Rosjanie, to zarówno oni sami, jak i Komisja Krajowa „S” będą razem leżeli w jednym rowie.
Cały ten mechanizm doprowadził „S” do niekontrolowanej eskalacji oraz do ogólnopolskiej konfrontacji z machiną państwa. Kierownictwo kraju zwlekało z użyciem opcji militarnej tak długo, jak się tylko dało. Ale w końcu się nie dało odwlekać, bo już czekały bratnie siły i w perspektywie rów.
No i w końcu opcja militarna została użyta niemalże w ostatniej chwili.
Wojtek Skulski

Jaruzelski przetestował radykalizm Solidarności, prosząc o 90 dni spokoju bez strajków. Nikt go nie posłuchał. Solidarność parła do wojny domowej niestety, która 13.12.1981 stał się faktem i testem, który Solidarność oblała..
Teza, że Solidarność parła do wojny domowej jest absurdalna. Ruch, który w swojej istocie był ruchem „non-violence” dążył do różnych celów metodami pokojowymi. To reżim wywołał „wojnę” wprowadzając stan wojenny 13.12.1981 r. Historycy do dzisiaj sie spierają czy ZSRR interweniował by w Polsce czy nie, gdyby nie zamach stanu Jaruzelskiego.
Broń strajkowa w 1981 roku niestety była używana w sposób niekontrolowany i celowała w destabilizację gospodarki, co miało miejsce i nikt temu nie zaprzeczy. „Kartki na cukier Gierka” były niewinną zajawką późniejszego systemu reglamentacji rozwiniętego w czasie i zaraz po fali strajków. Epitety o moich wpisowych absurdach proszę zamienić na bardziej kulturalne.
Stwierdzenie, że teza jest absurdalna w żanym razie nie jest epitetem a oceną samej tezy. Jak bardzo Pan sie myli w ocenie „broni stajkowej” widać po 13. 12. 1981. Zdławiona „S” nie mogła już stajkować a gospodarka w okresie 1981-1989 popadła w dużo gorszy kryzys niż w 1981 r. Mechanizm systemowy komunizmu w największym stopniu był odpowiedzialny za upadek gospodarczy PRL w okresie 1981 -1989 r. NIe potrzeba było do tego żadnych stajków.
Na prośbę Komentatora, który nie może się zalogować:
Panie Wojtku – to wszystko, co Pan napisał to do pewnego stopnia prawda, ale…
Po pierwsze nie cała, a po drugie bardzo myląca. Artykuł wskazuje oraz interpretuje przesłanki katastrofy tak, jakby można było jej uniknąć. A to jest teza bardzo, ale to bardzo dyskusyjna. Niezależnie od tego, jak potoczyłaby się rewolucja Solidarności konfrontacja była nieunikniona. System sowiecki, czyli w istocie system totalitarny nie był w stanie tolerować niezależnej organizacji, nawet gdyby zachowywała się ona potulnie jak baranek. Po prostu niezależna organizacja, jaką była „S” niszczyła podstawy systemu, ex definitione. Zatem niezależnie od zachowania „S” zostałaby ona zdławiona. Wskazane przez Pana przesłanki nie były ani tak jednoznacznie konfrontacyjne, ani tak destrukcyjne dla „S”.
Pan w tym artykule przyjmuje w znacznym zakresie punkt widzenia ówczesnej, oficjalnej propagandy PRL, równie kłamliwej, jak dzisiejsza propaganda PiS. Ważne, że „S” wyrzekła się w punkcie wyjścia przemocy, dzięki czemu rewolucja trwała aż 16 miesięcy,. Dzięki temu szereg lat później był możliwy okrągły stół i jego następstwa. Można także wywodzić, że sam fakt rewolucji „S” wpłynął pośrednio na reformy Gorbaczowa i losy ZSRR Ale to już inna historia….
Sławek
Z tym loginem to rzeczywiście jakiś problem. Nie widzę guzika. Cos się zmieniło w SO. Ad rem. Bardzo dziękuję za komentarze. Pisząc ten tekst oczywiście wiedziałem, ze będą reakcje. Odpowiadając Sławkowi. „interpretuje przesłanki katastrofy tak, jakby można było jej uniknąć”. No przecież nic podobnego. Użyłem słowa „mechanizm” właśnie po to, żeby uzasadnić, ze nadciągające zderzenie było nie do uniknięcia. Dobra wola to wystarczy w małżeństwie, a i to nie zawsze. Natomiast tutaj stanęły naprzeciw siebie dwie wielkie organizacje działające według zupełnie różnych zasad. Chyba najkrócej to ujął Jacek Kuroń, ze wyobraźmy sobie koleje, gdzie niektóre pociągi kursują według rozkładu, a inne wybierają tor i kierunek przez glosowanie pasażerów. Katastrofa byłaby nieunikniona bez względu na to, ze niektórzy pasażerowie byli pełni dobrej woli, odrzucali przemoc, i chcieli uniknąć kolizji.
„przyjmuje w znacznym zakresie punkt widzenia ówczesnej, oficjalnej propagandy PRL, równie kłamliwej”. Ja ani wtedy nie zwracałem uwagi na propagandę, ani teraz jej nie pamiętam. Nie oglądałem wtedy telewizji i teraz tez nie oglądam. Do swoich wniosków doszedłem sam i to dość powoli. Trochę dyskutowałem z Waldemarem Kuczyńskim, który przyjął podobny punkt widzenia. Swoje myśli umocniłem czytając książkę Jaruzelskiego „Ostatnie słowo”. Nie traktuje jej jako objawienie, bo już wcześniej myślałem podobnie. Duży wpływ miała służba w LWP w czasie stanu wojennego. W LWP spotkałem zupełnie normalnych ludzi, bynajmniej nie spragnionych krwi robotników. To mnie nauczyło sceptycyzmu pod adresem solidarnościowej martyrologii, która w miarę upływu czasu rosła, rosła, rosła. Z pewnymi wyjątkami, ludzie najbardziej zasłużeni jednak się nie pchali po zaszczyty, a za to pchał się jakiś kurdupel. To tez miało swoje znaczenie dla moich ocen. Nie widzę w nich wpływu propagandy, której po prostu nie znam i nie pamiętam.
„“S” wyrzekła się w punkcie wyjścia przemocy, dzięki czemu rewolucja trwała aż 16 miesięcy”. Ja temu nie zaprzeczyłem. „S” nie miała siły militarnej, wiec nie miała innego wyjścia. „S” tej siły nie szukała z powodu wartości chrześcijańskich i wspanialej postawy wielu ludzi. Swoje zrobiła pamięć o Powstaniu Warszawskim oraz interwencji Rosji na Węgrzech. To wszystko miało swoje znaczenie i ja to oczywiście przyznaje. Z drugiej strony, skupiłem się na mechanizmach, które musiały doprowadzić do zderzenia nawet w takich warunkach. Starałem się uzasadnić tezę, ze nieuniknione było nieuniknione pomimo programowego wyrzeczenia się przemocy przez „S”.
Panie Wojtku – moja polemika wynika z zupełnie odmiennej optyki widzenia tamtych wydarzeń.
Kilka uwag osobistych. Rewolucję „S” przeżyłem jako aktywny jej uczestnik mając wówczas 28 lat. Byłem w tamtym okresie pracownikiem jednego z polskich uniwersytetów specjalizując się między innymi w problematyce zarządzania oraz socjologii organizacji. Nie byłem działaczem związkowym, chociaż z racji zainteresowań naukowych i otwartego doktoratu zajmowałem się problematyką samorządów pracowniczych. Z tej specjalizacji wynikała moja rola społeczna – byłem jednym z doradców Zarządu Regionu NSZZ Solidarność ds. samorządu pracowniczego. Tę ostatnią funkcję należy czytać jako rola straży pożarnej wysyłanej do gaszenia strajków, bądź zapobiegania spontanicznie wybuchającym akcjom strajkowym. W okresie owych 16 miesięcy interweniowałem osobiście w ponad 100 przypadkach takich sytuacji strajkowych.
Pracownicy naukowi uniwersytetu na którym pracowałem spontanicznie stworzyli zespół badawczy, w którym brałem udział, analizujący na bieżąco wydarzenia od końca sierpnia 1980 do 13 grudnia 1981 r. a potem cały okres aż do okrągłego stołu. Były to analizy zarówno politologiczne, społeczne oraz gospodarcze. Już wówczas wyrobiłem sobie zdanie, które po latach aktualizuję wiedzą wypływającą po czasie. W swojej ocenie ruchu Solidarności byłem i jestem bardzo krytyczny, przy czym krytycyzm nie oznacza potępienia, a raczej próbę opisania i zrozumienia zjawisk i wydarzeń jakie wówczas zachodziły.
Oczywiście Pan nie pisze wprost o możliwości uniknięcia katastrofy. To założenie można odczytać pośrednio z tekstu: „…ziarna katastrofy zostały zasiane na samym początku. W ruch został puszczony piekielny mechanizm, który musiał doprowadzić do twardej konfrontacji.” Późniejszy opis wszystkich jak Pan to nazywa piekielnych elementów wskazuje, że każdy z nich przybliżał bądź przyspieszał twardą konfrontację. Pisząc tak ma Pan rację czy lepiej miałby Pan rację gdyby opisane „piekielne elementy” były jednoznaczne i znajdowały pokrycie w rzeczywistości.
Tymczasem warto im się przyjrzeć :
Po pierwsze – związek zawodowy był jedyną formułą, którą tzw. klasa robotnicza mogła wymusić na komunistach. Świetnie to rozumieli przywódcy strajku i doradcy, stąd nie było innej, możliwej formy organizacji społecznej a tym bardziej politycznej. Mimo tego porównanie do związków zawodowych na Zachodzie jest dość złudne ponieważ od początku „S” pełniła raczej rolę ruchu społecznego w formie związku zawodowego świadomie ograniczając swoje żądania rewindykacyjne. Wiedząc, że reżim jest słaby a gospodarka w kryzysie „S” próbowała pomóc komunistom w reformowaniu gospodarki.
Po drugie „… samonapędzająca się eskalacja kadrowa w „S”” nie była wcale tak jednoznaczna jak Pan opisał. Naturalnej do pewnego stopnia radykalizacji działaczy nowej organizacji towarzyszyły procesy przeciwne. Zarządy regionów starały się tonować nastroje a przywództwo ogólnopolskie panowało nad związkiem mimo różnych radykalnych incydentów. Gdybyśmy teraz, po latach jakie minęły dokładnie przeanalizowali kto radykalizował przywództwo związkowe, okazałoby się że w ponad 80% byli to konfidenci bezpieki, podstawieni prowokatorzy władzy mający uzasadnić radykalizm władzy i późniejszy zamach stanu. Myśmy wówczas podejrzewali kto był agentem SB. Po latach nasze podejrzenia zamieniły się w pewność w ponad 90% przypadków.
Po trzecie „…brak hamulców mogących spowolnić eskalację” nie do końca jest stwierdzeniem prawdziwym. Zarządy Regionów oraz Komisja Krajowa dość skutecznie hamowały eskalację właśnie. Ta skuteczność była osłabiana przez nieustanne prowokacje władzy i propagandy peerelowskiej. Telewizja, radio i gazety oficjalne bez przerwy napadały na NSZZ „Solidarność” podobnie jak dzisiaj kurwizja na opozycję. Wiemy, że robiły to celowo i świadomie wywołując wrażenie, że dobra władza przeciwdziała niszczeniu kraju przez „S”. W sumie ta propaganda doprowadziła do ogromnego zmęczenia psychicznego ogółu społeczeństwa przerażonego wizją upadku państwa i pespektywą wojny domowej wmawianej przez władze.
Po czwarte – „brak dyscypliny” , który Pan podkreślił był częściowo faktem, ale też nie do końca. Okres od sierpnia 1980 r. do 13. 12. 1981 r. był wielki, spontanicznym zrywem wolności, gdzie zniewolone społeczeństwo obudziło się do nieskrępowanej, różnorodnej działalności po kilkudziesięciu latach tłumienia wolności. Trudno od takiej rewolucji wolności oczekiwać karności zachowania i działania jak w wojsku. Warto pamiętać, że ten zryw wolności naładował społeczne akumulatory na późniejsze trudne 8 lat, a nawet na cały okres transformacji. Mimo tej wolności oraz kwitnięcia „tysiąca kwiatów” ruchy antykomunistyczne i dążenie do obalenia komuny były marginalne. Panowało powszechne, złudne i nieprawdziwe, ale powszechne przekonanie, że komunę da się skutecznie zreformować i dostosować do ówczesnego świata i mało kto postulował jej obalenie. Panował mit oraz iluzja trzeciej drogi, której ulegali także ludzie bardzo światli.
Po piąte –„…silne akcenty antyrosyjskie i narodowowyzwoleńcze, bo mit założycielski Polaka to jest krzywda zawiniona przez Rosjan” są moim zdaniem stwierdzeniem najbardziej nietrafnym. Właśnie samoograniczanie się Polaków oraz stonowanie takich postaw i zachowań utrudniło komunistom obalenie Solidarności wcześniej. Jeżeli poczyta Pan ówczesną prasę związkową w tym Tygodnik Solidarność zauważy Pan tam właśnie zupełną nieobecność a w najgorszym razie szczątkowe oraz incydentalne wybryki tego rodzaju. Polacy byli wówczas bardzo powściągliwi wobec Rosjan i komunistów. To sami komuniści fabrykowali podziemną prasę o antyrosyjskim wydźwięku a później „listy proskrypcyjne” chcąc sprowokować Solidarność do wybuchu społecznego. Można oczywiście dyskutować czy Uchwała I Zjazdu Krajowego NSZZ do Narodów Europy Wschodniej była politycznym błędem, „drażnieniem niedźwiedzia”, czy naturalnym odruchem wolności ruchu społecznego, ale jej brak niczego by nie zmienił.
Ja nie twierdzę, że Pan uległ ówczesnej propagandzie PRL. Jednakże cała treść artykułu ma taki wydźwięk. Powołuje się Pan na książkę Jaruzelskiego “Ostatnie słowo”. Generał do końca bronił swojego punktu widzenia powtarzając wszystkie, najgłupsze nawet stwierdzenia ówczesnej propagandy. Nie wiem czy w nie wierzył, czy był tak skrajnym hipokrytą mając swoich czytelników za idiotów. W obydwu przypadkach wystawia mu to nie najlepsze świadectwo dystansu do własnej przeszłości. Jaruzelski, który przy i po okrągłym stole starał się nie przeszkadzać transformacji był katem i grabarzem „S” i aby uniknąć odpowiedzialności za tamten okres bronił swoich racji do końca. Symptomatyczne dla Pańskiej oceny tamtego okresu jest właśnie powołanie się na Jaruzelskiego a nie np. na prace historyków, którzy tamten okres opisywali. Waldemar Kuczyński, którego cenię i lubię historykiem nie jest.
Co do hagiografii styropianowców, czy podłączania się do tamtej Solidarności pewnego kurdupla, który żadnym działaczem tejże nie był nie warto nawet strzępić sobie języka. Takie rzeczy towarzyszą każdym wielkim wydarzeniom historycznym. Zazwyczaj pewna miękka acz nieprzyjemnie pachnąca substancja przykleja się do okrętu…
Reasumując – NSZZ Solidarność od początku swojego powstania skazana była na porażkę. Gdyby zachowywała się tak jak Pan to opisał zostałaby zlikwidowana po najwyżej kilku tygodniach lub miesiącach. Mądrości przywództwa „S” oraz Polaków zawdzięczamy, że festiwal wolności trwał aż 16 miesięcy i przygotował Polaków na późniejsze zwycięstwa począwszy od 1989 roku. Oczywiście wiele rzeczy można było zrobić lepiej i mądrzej … z dzisiejszej perspektywy. Jednak wówczas nie dysponowaliśmy dzisiejszą wiedzą ani doświadczeniem.
Panie Sławku: bardzo dziękuję za wyczerpującą odpowiedz. Marzyłoby mi się zobaczyć moja notkę i Pańskie odpowiedzi w jakimś ogólnopolskim periodyku. Ja mam wrażenie, ze my się w zasadzie zgadzamy w sprawie faktów, ale oceniamy je w nieco różny sposób. Młodsze pokolenie mogłoby skorzystać na takich dyskusjach prowadzonych bez zacietrzewienia i z wzajemnym szacunkiem.
Chciałbym się odnieść do jednego stwierdzenia. „Generał do końca bronił swojego punktu widzenia powtarzając wszystkie, najgłupsze nawet stwierdzenia ówczesnej propagandy.” Ja to oceniam inaczej. Książka „Ostatnie słowo” to był zapis jego mowy obrończej przed sądem. Ja te mowę oglądałem w telewizji. Nie całą, ale pokaźne fragmenty. Potem rozpoznawałem w książce poszczególne sformułowania. O ile wiem, był to bardzo wierny zapis. No i tutaj mam dwie uwagi. Po pierwsze, byłoby dziwne, gdyby Jaruzelski się nie bronił, ale raczej sam siebie oskarżał. A po drugie, jego argumenty miały bardzo surowych krytyków, a mianowicie prokuraturę i sędzinę. (O ile pamiętam, to była młoda sędzina, co moim zdaniem było kpina z powagi procesu. Jaruzelskiego powinien osądzać ktoś o nieposzlakowanej reputacji i powadze. Ta akurat sędzina była po prostu zbyt młoda.) O ile pamiętam, żadne z twierdzeń Jaruzelskiego nie zostało obalone. Jego obrona została po prostu zignorowana. Moim zdaniem, to było niepoważne. Jeśli nie było przekonującej odpowiedzi, to należy przyznać racje oskarżonemu. Czy się to nam podoba, czy tez nie, on się po prostu obronił przed przed historią i tą częścią opinii publiczną, która posługuje się starą zasadą, ze oskarżony jest niewinny, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona ponad wszelką wątpliwość. Po to, żeby tak było, jego argumenty należałoby obalić i przedstawić inne, przekonujące wytłumaczenia. W tym przypadku jego obrona nie została podważona. Zakładam, ze gdyby prokuratura mogla to zrobić, to by zrobiła. Przecież taki był cel tego procesu. Sprawiedliwość dziejowa, a nie po prostu sprawiedliwość. I to się oskarżycielom nie udało. Dlatego ja uważam „Ostatnie słowo” za wiarygodną prezentacje argumentów.