18.10.2022

1.
Po 12 latach marcowej emigracji, 1 maja 1981 roku lecę do Polski, gdzie powstała „Solidarność”. Prosto z lotniska idę z ekipą filmową na pochód pierwszomajowy, który pamiętam jako paradę z wielką pompą. Dziś nie ma trybuny honorowej, dygnitarze partyjni dotarli tu na własnych nogach. Mieszkańcy Warszawy nie mogą uwierzyć własnym oczom.
Spotykam kolegę z czasów, gdy występowałem w swoich programach telewizyjnych w latach 1961-1969: Wszyscy jesteśmy sędziami, a potem Turniej miast.
— Co ty tu robisz?— pyta mnie Sławek, operator filmowy, z którym ostatni raz pracowałem 15 lat temu.
— Film dla telewizji amerykańskiej — odpowiadam.
W części Warszawy gdzie kiedyś było żydowskie getto, zatrzymuję dorożkarza i pytam go, czy pamięta wojnę. Tak, szmuglował towar do getta i z powrotem. Mówię mu, że w 1942 roku, jako pięcioletni chłopiec, jechałem taką dorożką po ucieczce z getta na aryjską stronę miasta. Gdy opowiadam o tym przed kamerą, załamuje mi się głos.

2.
Dopiero 30 lat później decyduję się na ten film. Zaczynam go w Krakowie. To, co tu zastaję, byłoby nie do pomyślenia, gdy emigrowałem w 1969 roku. Słowo „Żyd” było wtedy stygmatem, brzydkim wyrazem. W demokratycznej Polsce młodych ludzi intryguje żydowska kultura. Chcieliby ją traktować jak utraconą część własnej. Dlatego tańczą w rytm żydowskich melodii na ulicach, na których przez stulecia mieszkali krakowscy Żydzi. Getto było tuż obok, po drugiej stronie Wisły. Tańczą w transie, jakby odprawiali pokutę.
3.
Zostawiam ich w Krakowie i przyjeżdżam do Warszawy, żeby szukać śladów dzieciństwa. Prawie pół miliona Żydów mieszkało w przedwojennej Warszawie, najwyżej 28 tysięcy przeżyło warszawskie getto, ja wśród nich. Wystawa getta w Żydowskim Instytucie Historycznym. Gdy mieszkałem w Polsce, oglądanie obrazów tego miejskiego obozu koncentracyjnego — w którym Żydzi, odseparowani od chrześcijan, głodzeni i niszczeni chorobami zakaźnymi, przeznaczeni byli na śmierć — było dla tych, co przeżyli, zbyt bolesne. Widzę moich najbliższych na tych ulicach. Moją babcię, przeznaczoną do transportu, odłączają od rodziny. Jej matka, moja prababcia, idzie za nią w szoku, nie chce jej zostawić samej. Na stronę śmierci ciągną również moją ciotkę i jej ośmiomiesięcznego Henrysia w dziecięcym wózku. Matka ukrywa mnie pod swoim płaszczem. Rodzicom i mnie udaje się tym razem pozostać przy życiu.
Spośród adresów, pod którymi mieszkaliśmy w getcie, tylko jeden dom ocalał: Sienna 59, nasze pierwsze mieszkanie, tuż za murem. Nie mieszkaliśmy tam długo. Zarząd miasta upominał się o dobre dzielnice, poprzednio włączone do getta. Niemcy świadomie zmieniali granice tak, aby getto stawało się coraz mniejsze. Żydów stłaczano w kierunku bocznicy kolejowej. Mam jedno wspomnienie z tego mieszkania: bawimy się z Halinką w wojennego chowanego. Na jej okrzyk „Niemcy!” wskakujemy do dużego wiklinowego kosza na bieliznę, zakrywając za sobą wieko. Siedzimy tam cicho. Po jakimś czasie mówię „poszli!”. Wychodzimy z kosza. Wchodzę do mieszkania na parterze, otwiera mi kobieta w moim wieku. Mówię jej, że tu mieszkaliśmy, było nas dwanaście osób, w każdym pokoju inna rodzina, wszyscy spokrewnieni, trzy pokolenia Przedborskich i Kusznerów. Kobieta jest podejrzliwa.
— Ale żadnych śladów matka panu nie zostawiła?
— Nie, nas gnali od domu do domu. Sienna przechodziła w ręce niemieckie, polskie, potem byli Żydzi. Myśmy mieszkali tu może 3 miesiące, wynajmowało się jedno mieszkanie, potem je zajmowali inni…
— No to musieliście państwo mieć jakiś cel w tym…
— W czym?
— No żeście tak uciekali.
— Przed Niemcami uciekaliśmy, żeby nas nie zabili.
— Przecież nie byliście Żydami?
— Jak to nie byliśmy Żydami? Mieszkaliśmy w getcie.

— A no to niech pan od razu tak powie. Ja miałam przyjaciółkę na Ochocie, też Żydówkę. Ja się z nimi zżyłam.
— Ale rozumie pani teraz, dlaczego uciekaliśmy?
— Ja wszystko rozumiem, bo ja patrzyłam, jak płonie i dostałam za to po buzi od ojca, że mogę nie wrócić, wie pan, bo myśmy podchodzili, młodzi, nieświadomi, a Niemcy tylko na to liczyli, że my rzucimy czy chleb, czy ziemniaki, wie pan, strzelali do polskiej młodzieży. Oni się liczyli? Kiedy? Jak mnie w Niemczech chłopiec taki, jak mnie prowadzili przez rynek, ile miał, 6 lat?, podszedł do mnie, plunął w twarz. Oni już od zarania byli tak wychowani. Ja ich głosu nawet nie mogę słuchać, jak mówią po niemiecku. Ja tak ich nienawidzę, a nie powinno się, Bóg tak nie pozwala, ale ja nie mogę.
Spędziłem w getcie okres, gdy tworzy się osobowość dziecka: od trzech do pięciu lat. Wczesna pamięć jest czasem kwestionowana, jako tworzona po faktach. Przebłyski fizycznej pamięci nie podlegają jednak wątpliwości. Na przykład moje obsesyjne trzymanie zimnego ucha matki albo dotyk nieogolonych policzków ojca.
4.
Szukam śladów ojca w archiwum getta, które znalezione zostało pod gruzami w dwóch baniach po mleku i dziesięciu metalowych skrzynkach. „To, czego nie byliśmy w stanie wykrzyczeć światu, zakopaliśmy w ziemi”, głosi testament jednego z archiwistów, znaleziony wśród dokumentów. Mieszkaliśmy w maleńkim pokoju nad warsztatami stolarskimi gminy żydowskiej, którymi kierował mój ojciec, inżynier obróbki drewna. Gdy Niemcy zaczęli separować dzieci od rodziców i wysyłać je na śmierć, ojciec chował mnie w ciągu dnia pod deskami na antresoli, a na noc, śpiącego, zanosił do łóżka.
Archiwistka przynosi wypłowiałe kopie maszynopisu, protokół zebrania rady gminy żydowskiej, gdzie mój ojciec, Borys Kuszner (takie było nasze nazwisko), mówi o remontach domów w getcie: Według możliwości produkcyjnych stolarstwa budowlanego, podanego przez inżyniera Kusznera, do 3000 otworów podwójnych okiennych w ciągu miesiąca znalazłoby zatrudnienie 200 ludzi. Znajduję też inny dokument dotyczący mojej rodziny. Moja ciotka Przedborska, w swoim raporcie, opisuje warunki życia w getcie osieroconych dzieci, dla których organizowała zajęcia świetlicowe: Bród był tak niesamowity, że cuchnęło jak w miejscowym ustępie. Codzienne moje wizyty i obecność nowego kierownika poprawiły nieco stan punktu. Uzyskałam dodatkowe dożywienie dla wszystkich dzieci oraz starszych powyżej lat 14. W tej chwili dożywiam w punkcie 40 dzieci i młodzieży. Stan sanitarny jest w dalszym ciągu zatrważający. Nie zaryzykowałabym usiąść na krześle, odłożyć coś na stół, dzieci się uczyły dwie godziny. Taki stan trwał do września. We wrześniu rozpoczęła się epidemia tyfusu. Znowu od początku. Dzieci trudne.
Czytam zebrane po wojnie świadectwa dzieci, które uciekły z getta. Siedmioletnia dziewczynka wędruje po polach i wsiach, błagając o jedzenie i dach nad głową. Wszyscy odpowiadają: „Idź stąd”. Po tygodniu, niewidoma, stara kobieta przygarnia ją jako służącą.
5.
Wracam do ocalałych budynków getta. Jest ze mną Kora, z zawodu psycholog, w wolnym czasie oprowadza po getcie turystów, jest w wieku mojej matki, gdy ja miałem pięć lat. Prowadzi mnie na podwórko domu czekającego na rozbiórkę, wchodzimy do piwnicy, a potem wspinamy się na strych. Wracają obrazy ze wspomnień dzieci, które czytałem w archiwum. Aby uniknąć deportacji, w całkowitej ciszy grupa ludzi ukrywa się w piwnicy. Nagle zaczyna płakać niemowlę. Matka zakrywa mu ręką usta, a potem siada na główce dziecka, aż przestaje płakać. Na ulicy, niemieccy żołnierze czekają na swoje ofiary. Brudną robotę zlecają innym. Od piwnic w górę, żydowska policja opróżnia mieszkania. Dzieci chowają się pod łóżkami, kanapami, w piekarnikach, kominach wentylacyjnych, za sztucznymi ściankami. Strych jest czasem połączony z sąsiednim budynkiem, co umożliwia ucieczkę. 70 lat temu mogła tu być młoda matka, w wieku Kory, ze swoim synkiem, oboje walczący o życie. Schodzimy na podwórko. Kora pokazuje mi album ze zdjęciami z getta i tak mówi:
— Po jednej stronie było getto, po drugiej mogła być aryjska strona. Ludzie przenosili się z całym swoim dobytkiem na takim konnym wozie. A tutaj, ludzie skaczą z okna, takie żywe pochodnie-ludzie. Domy były podpalane, ludzie wyskakiwali przez okno. A jak ty się czułeś? Pamiętasz atmosferę?
— Ja pamiętam przeprowadzki jako zabawę.
— Nie czułeś, że dzieje się coś strasznego?
— Miałem 4 lata. Nawet gdy ojciec chował mnie pod deskami w stolarni, nie pamiętam tego jako strachu, dopiero jak mnie z getta wywieźli, poczułem, że coś mi grozi.
6.
Jadę pustym warszawskim tramwajem i patrzę na miasto, w którym mieszkałem przez pierwsze 32 lata mojego życia. Większość uratowanych dzieci mieszkała wtedy poza Polską, zakładając swoje rodziny z dala od koszmaru, który przeżyły. Kilkuset z nich wróciło dziś do Warszawy. Siedzą przy okrągłych stołach sali balowej Hotelu Marriott, gdzie odbywa się światowa konferencja dzieci Holokaustu. Uratowani przez rodziców, którzy często oddawali za nas własne życie, i w wielu przypadkach przez nieznanych nam Polaków, zostaniemy niedługo ostatnimi naocznym świadkami zagłady. W starych ciałach nosimy pamięć dzieci, wciąż wypełnioną bólem. Czy czas zabliźnił nasze rany? A jeżeli tak, to dlaczego wracamy do miejsc, które tak nas prześladowały? Czy po to, żeby ukoić ten ból?
Mówi kobieta w czerwonej sukience:
— Ojciec usiadł ze mną, pokazał, jak robić znak krzyża i powiedział: od teraz nazywasz się Marysia Kowalska, nie przyznawaj się, że jesteś Żydówką, na każdego mów ”mama”, ”tata” – i jeszcze jedno: po wojnie czytaj gazety, może ktoś cię będzie szukał.

Z Nowego Jorku przyjechała Janette. Spotykam ją w barze, skąd okna wychodzą na Dworzec Centralny. Janette nie pamięta już polskiego.
— I remember boots. Pamiętam buty z cholewami. Clean, beautiful, awesome, shiny boots. Czyste, piękne, błyszczące buty. For some reason I was afraid of those boots. Z jakiegoś powodu bałam się tych butów. They were, bang bang, noisy. Były głośne. I was a little girl, so at my eye level, what I see first, it’s the boots. Byłam małą dziewczynką, więc pierwsze, co widziałam na wysokości moich oczu, to były te buty.
— You are two years younger than I, we were both in the Warsaw Ghetto. Jesteś dwa lata młodsza ode mnie, oboje byliśmy w getcie warszawskim. Is it true that for fifty years you were in the closet abut surviving? Czy to prawda, że przez pierwsze pięćdziesiąt lat ukrywałaś to, że przeżyłaś? — Yes.
— Why?
— Because the feelings were too painful and I didn’t want to think about it, let alone talk about it. Bo było to zbyt bolesne, nie chciałam o tym myśleć, a co dopiero mówić.

— And why are you talking now? A dlaczego teraz mówisz?
— Because in a couple of years I have become a little freer of the fear. Bo od kilku lat czuję, że wyzwalam się z tego strachu.
7.
Dzieci, które przeżyły, wracają do warszawskiego getta. Ojciec Zosi Szulman szył oficerki niemieckim żołnierzom. Przez jakiś czas mógł odwiedzać swoich klientów po stronie aryjskiej i przynosić stamtąd jedzenie swojej rodzinie w getcie. Później trafił do obozu śmierci. Matkę zabrał tyfus.
Zosia wchodzi na swoje dawne podwórko.
— Co ci się przypomina? — pyta ją przewodniczka.
— Że ktoś wkłada w chusteczkę trochę drobnych i z okna rzuca na ziemię żebrakowi. Tutaj wciąż jest śmierć. Widzę moich ludzi w oknach. Głodnych ludzi, którzy śmierć mają w oczach… Spójrz na te okna, zaraz ktoś zejdzie. Alle runta… alle juden runta, alle raus… Ale niektórzy ludzie nie mogli zejść, bo nie było windy. Leżeli chorzy w łóżkach. Niemcy wchodzili schodami i strzelali do tych ludzi w łóżkach, ja to widziałam

8.
Lilian Boraks-Nemetz miała w getcie 9 lat. Była córką warszawskiego adwokata. Jej młodszą siostrę zastrzelono. Rodzice przeżyli. Stoimy w miejscu, gdzie kiedyś przebiegała granica getta.
— Patrząc na ten mur, czułam, że za murem było życie, po mojej stronie była śmierć. Niemcy wypędzają nas z mieszkań na ulice. Stoimy i czekamy. Wbijam paznokcie w ciało matki. „Dokąd idziemy?”, pytam matkę. „Nie martw się, nie zostawię cię samej”. Zaczynamy maszerować, idziemy i idziemy, płaczę i pytam: „Dokąd idziemy?”. Jacyś ludzie, coś mówią, nie mogę ich znieść, śmierdzą, widzę opaski z gwiazdą Dawida. Niemcy nas gnają. Ktoś krzyczy. Ktoś strzela. Matka i ja padamy na ziemię, wciskam się w jej ciało. Ktoś nas obejmuje i wciąga do bramy. Każe nam leżeć i być cicho. Reszta ludzi idzie dalej. My zostajemy. To był mój ojciec, zawsze nas ratował. Dowiedziałam się później, że w tym chaosie wykorzystał okazję, objął mnie i matkę, która niosła moją siostrę, i wepchnął nas w bramę. Był żydowskim policjantem. Pomagał przy deportacjach. Nienawidził tego, ale musiał to robić. Powiedział mi później, że żeby przeżyć w tej dżungli, trzeba było samemu być zwierzęciem.

9.
Wiktoria Śliwowska pochodzi z rodziny warszawskich antykwariuszy. Ich dom wypełniony był książkami. W getcie, przenosząc się z miejsca na miejsce, ciągnęli za sobą dziecięcy wózek wypełniony książkami. Gdy zabito jej matkę, miała 10 lat.
— Blokada zaczyna się od krzyku „Raus, raus!”, wszyscy schodzić, kto nie zejdzie, tego zastrzelą. Rodzice nie schodzą, ale w pewnym momencie słychać kroki, wchodzą po schodach. W tym momencie matka mnie wpycha pod łóżko, a za mną walizkę. Jestem zasłonięta walizką, ale słyszę, że wchodzą, wrzeszczą i na końcu jest strzał. I upadek. Skąd ja mogłam wiedzieć, że to była matka, tego nie wiem. Ale wiedziałam, że to była mama. Zrobiła się zupełna cisza.
10.
Maja Hrabowska była wychowana w rodzinie naukowców. Po tym, jak zamordowano jej ojca, z wywózki do obozu śmierci ocalił ją krewny, żydowski policjant. Mieszka w Nowym Jorku. Przeżyła atak terrorystyczny na World Trade Center.
— Pytałam mamę, po co się urodziłam, dlaczego muszę to przeżywać, czemu mnie urodziła, to było bardzo głupie, ale pamiętam, że tak ją pytałam, obwiniałam ją, że żyję, przytulała mnie, brała mnie w ramiona i mówiła: „Wszystko będzie dobrze”.
11.
Rodzice Celiny Jaffe byli warszawskimi kupcami. Miała 11 lat, gdy przeżyła coś, co zdarza się dzieciom tylko w koszmarnych snach. Przeżyła jako jedyna z rodziny, zabrana z getta na aryjską stronę przez kobietę szmuglującą towary do getta.

— Wokoło biegają ludzie i żołnierze z karabinami, krzyczą i strzelają, chowam się za domem, podchodzi żołnierz, rzuca mną o ścianę, jestem przerażona, wyciąga pistolet, celuje we mnie, „Ręce do góry!”, co on chce ze mną zrobić?, „Ręce do góry!,” ale dlaczego ten pistolet?, „Jestem małą dziewczynką, czego ode mnie chcesz? Nie zabijaj mnie, ja chcę żyć, zlituj się nade mną!
Nie zapomnisz mojej twarzy, zawsze będziesz pamiętał, że zabiłeś niewinną dziewczynkę”, „Zamknij się i uciekaj, nic nie mów, uciekaj!”
12.
Halina i Ed Hermanowie są moim dalekimi kuzynami. To od nich dowiedziałem się o tej konferencji. Dzieci Holokaustu. Ed był profesorem ekonomii, Halina dentystką, oboje na emeryturze, mieszkają na Florydzie. W czasie wojny jako dzieci ukrywali się w Krakowie i okolicach. Zaraz po wojnie ich rodzice wyemigrowali do Kanady i zabrali ich ze sobą. Tam się poznali. Są małżeństwem od pięćdziesięciu lat. Będę im towarzyszył w ich powrocie do dzieciństwa, po 65 latach nieobecności.

Ed urodził się w Katowicach. Gdy miał osiem lat, wybuchła wojna. Katowice włączono do Rzeszy. Żydzi musieli stąd uciekać. Zaraz po wyjściu z hotelu, Ed wybucha płaczem. Jest zdezorientowany, nie wie, jak znaleźć miejsce, w którym mieszkał. Idziemy ulicą, która jest teraz deptakiem dla pieszych, Ed zauważa znajomą bramę. Jest zamknięta. Pokazuje mi zdjęcia z dzieciństwa.
— To są zdjęcia z wakacji w 1939 roku. A to nasz samochód. Niewielu ludzi miało wtedy samochód, przed samochodem stoją moja mama i mój tata, mieliśmy kierowcę. W oknie jestem ja.
— Wyglądasz jak mały książę Edward, a to twój ojciec-król i twoja matka.
— Była piękna, mężczyźni lecieli do niej jak muchy, ojciec był zazdrosny i straszył ją, że jak za niego nie wyjdzie, to popełni samobójstwo.
— Królowa-matka.
— Tak, była prawdziwą bohaterką w czasie wojny.

Ojciec Eda uciekł na wschód. Matka ukrywała się z Edem w Krakowie. Wychodząc do pracy i obawiając się, że do mieszkania przyjdzie policja, kazała mu jeździć tramwajami od rana do wieczora i tylko na noc wracać do domu. Wsiadamy do jednego z krakowskich tramwajów. Ed opowiada:
— Dawała mi salami i trochę drobnych. Jeździłem tramwajami tak długo, aż ona wieczorem wracała do mieszkania. Większość polskich chłopców w tramwajach to byli blondyni o niebieskich oczach, ja miałem ciemne oczy i ciemne włosy. Raz poszedłem do fryzjera, żeby obciął mi te włosy, ale, niestety, ostrzyżony na krótko wyglądałem jeszcze bardziej na Żyda. Byłem obrzezany, a to działałoby na moją niekorzyść, w wypadku, gdyby ktoś wydal mnie Niemcom. Wciąż myślałem o matce, martwiłem się, co będzie, gdy jej nie zastanę w domu, co się ze mną stanie?
W pociągu do Nowego Sącza Ed opowiada mi o trudnej decyzji, jaką podjęła jego matka. Znalazła przewodnika, który miał przeprowadzić dziesięcioletniego chłopca przez granicę polsko-słowacką. Potem inni przewodnicy doprowadzają go na Węgry, kraju, w którym deportacje Żydów jeszcze się nie zaczęły. W Budapeszcie przyłączy się do gromady bezdomnych dzieci, aż trafi do polskiego sierocińca, gdzie przeżyje wojnę.
Po wyjściu z pociągu idziemy pod górę, w stronę granicy słowackiej. Ed znów nie potrafi powstrzymać łez:

— Gdy się rozstawaliśmy, nie wiedziałem, czy ją jeszcze zobaczę. Dla niej musiało to być straszne. Jak matka Mojżesza, kazała mu iść, żeby ratować mu życie, ja musiałem uciekać od niebezpieczeństwa, które mi zagrażało. Jedyne, co miałem, nosiłem na sobie. Tak mnie zostawiła, nie miałem nic, nie znałem języka, nie znałem nikogo.
13.
Zona Eda, Halina jest od niego 8 lat młodsza. Urodziła się w roku 1939, w Starachowicach, w rodzinie żydowskiego lekarza. Gdy w Starachowicach utworzono getto, Halina z matką uciekły do Krakowa, aby ukrywać się wśród nieżydowskiej ludności. Ojciec został w mieście, gdzie Niemcy przekształcili hutę stali w obóz pracy, pracował tam jako lekarz. Halina pamięta adres domu, w którym się urodziła: Piłsudskiego 27. W drodze do jej mieszkania, na schodach, Halinie trzęsą się ręce. Osiemdziesięcioletnia kobieta oprowadza nas po swoim mieszkaniu, w którym kiedyś mieszkali rodzice Haliny; wypełnione jest starymi obrazami i szablami polskiej kawalerii. Siadamy przy antycznym stole. Właścicielka zachowała stare książki meldunkowe.

—No to macie państwo tutaj wszystko: Jakub Kramarz, lekarz medycyny, urodzony w 1906 roku, religii żydowskiej, został zabrany z tego mieszkania przez władze niemieckie; tutaj jest niemiecki stempel: 21 kwietnia 1941 roku.
Kobieta nie umie wyrazić współczucia. Opowiada dalej.
— Był przystojny, był zdolny, przychodzili pacjenci do niego, nie miał takich wrogów jakichś, nie. Oni tak spokojnie żyli. A pani była prześliczna, taka ładna czarna, mała dziewczynka. Pamiętam panią, bo mam bratanicę, pani się z nią bawiła. Ona też z 39 roku była.
Ojciec Haliny zmarł w przepełnionym wagonie bydlęcym, w drodze do Auschwitz. Po wyjściu z mieszkania na ulicę Halina głaszcze ręką drzwi wejściowe z numerem 27. Ed trzyma rękę na jej ramieniu.
—- Rodzice byliby ze mnie dumni, z mojej rodziny, z mojego męża. Dobrze, że tu przyjechaliśmy, czułam się jak sierota, a tu są moje korzenie, chciałam to zobaczyć i przekonać się, że istnieje ulica Piłsudskiego 27, tu były pierwsze lata mojego życia.

Halina miała zbyt żydowski wygląd, żeby ukrywać się razem z matką w Krakowie. Jej kryjówka była na wsi, 20 kilometrów od miasta, w domu biednej, rozwiedzionej kobiety, którą utrzymywała Haliny matka. Halina poszła do kościoła, gdy miała dwa lata. Dla wielu z nas, ukrywających się dzieci żydowskich, religia katolicka była przekleństwem: jeżeli ten nasz nowy Bóg i jego wierni, są przepełnieni taką miłością i współczuciem dla bliźnich, dlaczego nie pomogli ratować naszych rodzin? W tym wieku nie mieliśmy nawet pojęcia, że Pan Jezus sam był Żydem. 14.
Znów w Krakowie, gdzie po wojnie Halina mieszkała z matką. Pytam ją, dlaczego przyjechali do Polski dopiero po 65 latach. „Bo w Polsce czuliśmy się obcy i upokorzeni”, odpowiada mi, „mieliśmy fałszywe nazwiska, żyliśmy sztucznym życiem”. Oboje starali się wymazać z pamięci wspomnienia z dzieciństwa. Siedzimy na ławce na krakowskim rynku. Halina pokazuje mi swoje zdjęcie z matką, zrobione na tym rynku w 1945 roku, a potem zdjęcie grupy przedszkolaków z dwiema zakonnicami.
— Mama powiedziała któregoś dnia: Nie idziesz dziś do kościoła.
— Co? Nie idę do kościoła? To będzie grzech!
— Ty jesteś Żydówką , jutro wyjeżdżamy z Polski.
— No i co jej odpowiedziałaś?

— Wiedziałam, co to znaczy Żyd, bo w Czernichowie, gdy byłam mała, słyszałam o starych Żydach, co mają pejsy i się kiwają, wiedziałam, kim byli Żydzi, i że to nic dobrego, tego byłam pewna
— Więc to była dla ciebie zła wiadomość?
— Bardzo zła. Powiedziałam jej: „Nie mogę być Żydówką, bo ty nie jesteś”. A ona, że też jest Żydówką. „Niemożliwe! A może twoja mama nie była?” „Ona też!”. Byłam oszołomiona. Powiedziałam matce, że nie mam nic przeciw Żydom, ale nie chcę być jedną z nich.
Cdn

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
