Ożeniony ze szlachcianką (86)23 min czytania

()

22.10.2022

Moją ucieczkę z getta warszawskiego zorganizowali przyjaciele ojca, socjaliści z aryjskiej strony. W lecie 1942 roku przyszła do nas do getta, kobieta, której nazwiska nigdy nie poznaliśmy. Mogłaby to być jedna z pielęgniarek Ireny Sendlerowej, która wykorzystywała swoje stanowisko kierowniczki opieki socjalnej w magistracie, do ratowania żydowskie dzieci. Ojciec dał jej odziedziczone po swoich rodzicach trzy złote zegarki, aby, w razie potrzeby, przeznaczyła je na łapówki: jeden dla żydowskiego policjanta, drugi dla niemieckiego żandarma, trzeci dla polskiego, granatowego policjanta po stronie aryjskiej.

Gdy po przekroczeniu bramy muru, zatrzymują nas szmalcownicy, moja przewodniczka zwraca się o pomoc do polskiego policjanta, prosząc go, żeby nas zaaresztował i konną dorożką zawiózł do komisariatu. Knebluje mi usta, gdy krzyczę: „Ja chcę do getta, ja chcę do mamy!”, W komisariacie dają mi przekrojoną na połowę bułkę, obsypaną cukrem. Zegarek dostaje komisarz policji, który wypuszcza nas tuż przed godziną policyjną. Jesteśmy po stronie aryjskiej. Przewodniczka zostawia mnie u cioci Franuchny i jej aryjskiego męża, Aleksandra.

Ojciec ze swoim „żydowskim wyglądem” postanawia zostać w getcie. Mama przechodzi przez budynek sądów, do którego można było wejść od strony żydowskiej, a wyjść na stronę aryjską. Nasz kuzyn, żydowski policjant, wprowadza ją do sądu, udając, że otrzymała wezwanie. Jej szwagier Aleksander czeka na nią w środku, aby przeprowadzić ją na drugą stronę. Po wyjściu zatrzymują ich szmalcownicy. Mój wujek udaje niemieckiego agenta gestapo, mówiąc im, że moja matka nie jest Żydówką, a jeżeli mu nie wierzą, to niech pójdą z nim do budynku gestapo. Dochodząc tam, szmalcownicy-kryminaliści ze strachu uciekają.

Matka znajduje pracę służącej u pary emerytowanych nauczycieli-alkoholików, dla których musi zdobywać środki do życia, sprzedając na targu pieczywo. Nie mogę z nią mieszkać. Ona jest blondynką o niebieskich oczach, mój wygląd jest niebezpieczny dla nas obojga. Matka umieszcza mnie przy rodzinach, którym za każdy dzień mojego pobytu trzeba płacić. Ma trochę złota i platyny, po moim teściu -dentyście. Wystarcza tego na ukrycie mnie w kilkunastu różnych miejscach, w żadnym z nich nie udaje mi się być dłużej niż tydzień. Gdy bawiąc się na podwórku z innymi dziećmi, jakiś sąsiad zauważa: „Nie znam nikogo z ich rodziny, z takim wyglądem”, muszę znikać.

Kończą się pieniądze, zostajemy z matką bezdomni. Dnie spędzamy w warszawskich kościołach, a noce na podłogach różnych sklepów po ich zamknięciu. Gdy zatrzaskują się ostatnie drzwi, matka jedzie windą na ostatnie piętro jednej z eleganckich warszawskich kamienic. Otwiera okno z zamiarem, że zabierze mnie ze sobą. Nie starcza jej odwagi.

Teraz jedynym rozwiązaniem jest porzucenie mnie na ulicy, abym stracił tożsamość. Swoim wyglądem mógłbym przypominać cygańskie dziecko. Ktoś poleca znajomego z opieki społecznej, który umieszcza bezdomne dzieci w sierocińcach. Matka przyprowadza mnie do bramy biura Rady Głównej Opiekuńczej. Daje mi moją ulubioną bułkę posypaną cukrem i obserwuje, jak wchodzę na podwórko. Pewien człowiek ma mnie rozpoznać po tabliczce, którą matka powiesiła mi na szyi: „Nazywam się Maryś, moi rodzice nie żyją”. Boi się, że wrócę. Stoję jednak spokojnie i czekam. Podchodzi do mnie pijany mężczyzna i zabiera do swojej piwnicy. Jest to dozorca tej kamienicy, mieszkający w biedzie z piątką dzieci. Mnie upatrzył sobie na swoje szóste. Człowiek z opieki społecznej dzwoni do matki i mówi, że na podwórku mnie nie znalazł. Jej plan się nie powiódł. Straciła mnie.

Gdy dozorca po pijanemu rzuca się z siekierą na swoją żonę, ja jestem jedynym, który potrafi go rozbroić. Po paru tygodniach dozorca zaczyna zadawać mi pytania, na które nie powinienem odpowiadać: Kim jestem? Gdzie są moi krewni? Podaję mu parę adresów, pod którymi ukrywałem się wcześniej w Warszawie, i tam mnie zaprowadza. Wystraszeni ludzie mówią, że mnie nie znają. Ale pewna kobieta wpuszcza mnie do swojego mieszkania i dzwoni do matki, która w ten sposób dowiaduje się, że żyję. Nazywa się Krysia Baranowa. Przed wojną pracowała z moim ojcem w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Obiecała ojcu, że zrobi wszystko, aby uratować życie jego jedynego syna.

Ostatni raz widziałem ją 30 lat temu, w 1981 roku.

— Maryś! Ty jesteś… to spojrzenie, budowa, oczy, wszystko jak ojciec.

Pamiętam ten balkon. Stałem tu kiedyś, gdy ktoś przechodzący ulicą, nazwał mnie Żydem. „Tak”, odpowiedziałem, „Jestem Żydem, zabierzcie mnie z powrotem do getta”.

Matka Krysi sprowadziła księdza, który w tym pokoju ochrzcił mnie i moją matkę. Otrzymaliśmy dwie fałszywe metryki: nazywaliśmy się Marian Koczyrski i Zofia Marianna Różańska. Po chrzcie matka Krysi objęła moją matkę i powiedziała: „Bronko, strasznie się cieszę, że już nie śmierdzisz Żydem”. Po latach próbowałem tłumaczyć matce, że były to słowa sympatii i otuchy, ale dla niej było to bolesne i takie pozostało do końca jej życia.

— Powiedz mi, czy ty kochasz trochę tę Polskę, czy zapomniałeś już ją? — pytam Krysię.

— Bardzo. A dlaczego mam nie kochać? Dlaczego każdy jest ciągle podejrzewany, że nie kocha Polski?

— Głuptasie…

— Dlaczego ciągle to nierozsądne pytanie: czy kochasz Polskę? Wiesz, kogo się kocha? Krysię, Basię, Zosię, matkę, kocha się ludzi. Powiedz mi, co to jest Polska? Bo ja nie wiem. Wiesz, kto najwięcej mówi o Polsce? Nacjonaliści, rządy, które chcą utrzymywać ludzi w dyscyplinie. Ja kocham ludzi. Powiedz mi, dlaczego wyście to wszystko robili?

— A gdybym ja się znalazła w takiej sytuacji? To jest ludzki obowiązek i nie róbmy z obowiązku cnoty, synu kochany, czy gdy giną ludzie, nie jest obowiązkiem drugiego człowieka wyciągnąć rękę i podać mu?

Krysia przyprowadziła mnie do domu, w którym mieszkał ksiądz Józef Kamiński. Jego gosposia, Antonina Kaczorowska, chciała zaopiekować się wojenną sierotą. Miałem nią być ja. Kościelna metryka miała świadczyć o tym, że nie jestem Żydem. Niedługo potem, ksiądz i jego gospodyni, odkryli prawdę, ale postanowili zrobić ze mnie chrześcijańskie dziecko. Ksiądz był moim pierwszym nauczycielem religii, a ja jego dobrym uczniem. Zza firanki obserwowałem niemieckich oficerów spacerujących pod jego oknami. Podnosząc rękę, robiłem znak krzyża świętego, błogosławiąc zło. Pięcioletni orędownik pokoju czyniący cuda.

Gospodyni księdza, pani Antosia, stała się moją ciocią. Po raz ostatni widziałem się z nią, gdy odwiedzałem Polskę w 1981 roku. Opowiedziała mi, że kiedyś w kościele św. Marcina w Warszawie miała widzenie. Najświętsza Maria Panna poleciła jej zaopiekować się małym chłopcem.

— Tak powiedziała. Dobrze, ja się zaopiekuję.

— Mną?

— Tak.

— I uważała pani, że to chodzi o mnie?

— Tak, bardzo się modliłam.

Po wojnie ksiądz Kamiński był kapelanem zakonu na Nowym Mieście w Warszawie. Gdy wyjeżdżałem z Polski w 1969 roku, jeszcze żył. Spotkałem się z nim, żeby mu podziękować. Przechowuję list, który on, w marcu 1945 roku, napisał do mojej matki, w odpowiedzi na jej podziękowania.

Droga Pani, Pani wdzięczność za opiekę nad Marysiem jest źle skierowana. Winna być ona zwrócona pod adresem pani Antoniny Kaczorowskiej, tej prostej, niewykształconej kobiety, która wypełniała swój chrześcijański obowiązek, ofiarowując dziecku swoją czystą miłość, którą Maryś odwzajemnił. Pani Kaczorowska bez ustanku narażała dla niego swoje życie. Teraz kiedy wojna się skończyła i może Pani zająć się sama wychowaniem dziecka, mam nadzieję, że nie zmarnuje on tej siejby w swoim sercu i wyrośnie na dobrego człowieka.

Zaoferowałem jej pisemne świadectwo, aby mogła otrzymać medal sprawiedliwych wśród narodów świata. Odmówiła jednak, mówiąc, że była to sprawa osobista, między nią a Bogiem.

Ksiądz zorganizował dla mnie kryjówkę do końca wojny w sierocińcu prowadzonym przez Braci Orionistów, 20 kilometrów od Warszawy. Było tu nas 45 sierot. Ja byłem najmłodszy. Tylko ksiądz dyrektor wiedział o moim pochodzeniu. Kiedy Niemcy odwiedzali sierociniec, ukrywał mnie za ołtarzem. W wieku lat 6 otrzymałem komunię świętą i stałem się oddanym ministrantem, ulubieńcem księży. Po wieczornym nabożeństwie zasypiałem często przy ołtarzu, a wtedy ksiądz brał mnie na ręce i zanosił do łóżka.

Gdy filmowałem tu 30 lat temu, żyła jeszcze jedna z zakonnic.

— Pamięta mnie siostra?

— Pamiętam, synku, pamiętam.

— Ja miałem 5 lat, teraz stary byk jestem, mam już dwoje dzieci.

— Ojej, Jezus kochany! Nie można tak mówić.

— Była taka pani Antonina Kaczorowska, gospodyni księdza Kamińskiego, przyjeżdżała tutaj mnie odwiedzać, udawała, że jest moją ciocią.

— Aha, pamiętam.

— Czy siostra wiedziała o tym, że ja byłem żydowskim dzieckiem?

— Coś tam pamiętam. Ktoś tak mówił.

— Księża mi tu uratowali życie.

Wchodzimy do sierocińca.

— Siostro, tutaj było wejście, wchodziło się tędy, to było centralne wejście.

— Tak, tutaj.

— A do naszych sypialni to się wchodziło na górę.

—A to z tamtej strony.

— Myśmy dostawali czarny chleb. A księża dostawali biały. I ja chodziłem do księży i brałem tak… na paznokieć, przylepiałem sobie takie małe kruszynki białego chleba i zjadałem. A potem siostra dawała mi kawałek białego chleba.

— O, Boże kochany.

Dzisiejszą mszę świętą odprawia biskup Bronisław Dąbrowski, który był moim nauczycielem w sierocińcu. Przyjechał z Warszawy, żeby poświęcić nowy budynek. W getcie chciałem zostać strażakiem, kiedy dorosnę. Tutaj moim jedynym celem było zostać księdzem. Imponowałem innym chłopcom, mówiąc po łacinie, w języku mszy. Wdychanie zapachu kadzidła czy dotykanie szat księży, gdy pomagałem im się ubrać, były moimi przyjemnościami. W mojej dziecięcej wyobraźni było dwóch Bogów: żydowski był gigantycznym mężczyzną w ogromnych butach z głową wysoko w chmurach i drugi polski, dużo niższy, taki jak ksiądz.

To był Bóg, któremu służyłem. Czy ta dziecięca filozofia była oznaką dojrzałości w wieku lat siedmiu, gdy zrozumiałem, że kłamstwo jest kluczem do mojego przetrwania?

Biskup Dąbrowski kończy swoje kazanie.

— I tam, gdzie panoszył się grzech, obfituje teraz łaska, za to Panu Bogu dziękujemy, razem nawet z naszym miłym gościem, panem Marzyńskim, który jako mały chłopiec tutaj przebywał i akurat zjawił się w dniu, w którym my taką uroczystość obchodzimy. Czy to nie jest opatrzność? Czy Pan Bóg nie kierował jego krokami, żebyśmy mogli się spotkać i razem Panu Bogu podziękować, bo dobry jest…

Skończyła się wojna. Mieliśmy rekolekcje. Spacerowałem po parku z innymi chłopcami, odmawiając różaniec. Nagle jakaś obca kobieta zaczęła się nam przyglądać. Jeden z braci ją zauważył i przypomniał mi o tym, gdy spotkaliśmy się trzydzieści lat temu.

— Tak, szukała. I potem od razu do pana doskoczyła, a pan był przerażony. Kto pani jest? Ja pani nie znam. Moja mamusia była piękna i młoda. Pani jest starą kobietą. A czy pani będzie miała pieniądze, żeby mnie utrzymać? Mnie tu jest bardzo dobrze, mnie tu księża dają jedzenie, ja tu mam szkołę, ja nie chcę z panią jechać.

Dopiero po tygodniu przekonała mnie, że była moją matką. W Warszawie poprosiłem ją, żeby zabrała mnie do kościoła, abym mógł służyć do mszy. Ołtarz był bardzo wysoki. Gdy podawałem księdzu wodę i wino, upuściłem jedną z ampułek na ziemię i wtedy zrozumiałem: zostałem odkryty, Bóg już mnie nie chce.

W 1981 roku nieżyjący już arcybiskup Bronisław Dąbrowski, szef episkopatu polskiego, zabrał mnie ze sobą na pielgrzymkę do Częstochowy. Zjechało tu pół miliona ludzi, niektórzy przyszli pieszo, żeby dać poparcie ruchowi „Solidarności”. Arcybiskup przedstawił mnie innym dostojnikom Kościoła jako żydowskiego chłopca, uratowanego przez Kościół katolicki, wiadomość ta trafiła do Lecha Wałęsy. Nie mam wątpliwości, że ta teatralna inscenizacja, jaką tworzy Kościół, z jej kostiumami i rekwizytami, wszystko to miało wpływ na moją przyszłość jako filmowca.

O śmierci ojca dowiedziałem się od matki zaraz po wojnie. W getcie wepchnięto go do bydlęcego wagonu odjeżdżającego do obozu śmierci. Udało mu się zabrać ze sobą trochę narzędzi stolarskich. Gdy tylko pociąg ruszył, przystąpił do piłowania dziury w podłodze wagonu. Pociąg zwolnił. Ojciec, wraz z innymi, wyskoczył. Uciekli do lasu.

Mieszkając w Polsce, wiedziałem, gdzie był ten las, ale nigdy nie miałem odwagi, żeby tu wejść. To było prawdopodobnie miejsce, w którym wyskoczyli. Skontaktowali się z dróżnikiem, który wysłał pocztówkę do mojej matki, podając miejsce pobytu ojca w lesie pod Puławami. Matka przyjechała zobaczyć się z nim. Grupa Żydów wędrująca po lesie bez przewodnika skazana byłaby na śmierć. Ojciec i jego towarzysze czekali na przyjście polskich partyzantów, do których chcieli się przyłączyć.

Czy wiedzieli już wtedy, że niektóre z tych oddziałów nie przyjmowały Żydów, a nawet ich rozstrzeliwały?

Matka odwiedziła go jeszcze dwa razy. Wciąż czekali na partyzantów. W czasie ostatniej wizyty ojciec dał matce swój szwajcarski zegarek i powiedział, że będzie dla mnie, jeżeli uda mi się przeżyć. Kiedy matka odjeżdżała pociągiem z pobliskiej stacji, usłyszała w lesie strzały. Jeszcze raz potem wróciła do tego lasu i dowiedziała się od dróżnika, że wszyscy zostali zabici, wśród nich mój ojciec. Nie wiedziano, kto do nich strzelał.

W samochodzie wyjmuję z torebki zegarek. Operator włącza kamerę.

— Mam ten zegarek, pokazuje 11:30. Chciał, żebym go nosił, nigdy go nie nosiłem, po raz pierwszy w życiu pokazuję go komuś, nie chciałem pamiętać, chowam go z powrotem. Nie wiem, co z nim zrobić. Moje dzieci go nie potrzebują. To był ojciec, który mnie nie obrzezał, bo w roku 1937 przeczuwał zagładę. Było nie do pomyślenia wśród Żydów, żeby małego chłopca nie obrzezać, ale on tego nie zrobił, bo nie chciał, żebym nosił znak, że jestem Żydem i dzięki temu żyję. To był jego pomysł, zrealizowany przez matkę. Byłem ich jedynym dzieckiem, on zorganizował moje przeżycie, był mózgiem tej operacji, sam zginął, mną opiekowała się matka po aryjskiej stronie, na przekór wszystkiemu przeżyłem, zostałem sierotą. Mojego ojca zabito w wieku lat 37, tylko dlatego, że był Żydem. Czasami jestem zły na siebie, że nic nie zrobiłem, żeby uchronić mojego ojca od śmierci.

Wracam z lasu pod Puławami do Warszawy i odwiedzam Krystynę Budnicką. Przeżyła getto, uciekając przez kanały. Po wojnie przeszła na katolicyzm. Wciąż mieszka w Polsce. Ma 80 lat, jest niezamężna, przed emeryturą uczyła upośledzone dzieci. Dzisiaj odwiedza szkoły i opowiada dzieciom o Holokauście. W swoim mieszkaniu pokazuje mi fragmenty niemieckiego filmu propagandowego, nakręconego w warszawskim getcie. Ma wątpliwości, czy takie obrazy nadają się dla dzieci, ale uważa, że słowa nie są wystarczające, by opowiedzieć to, co ona i inni Żydzi przeżyli. Wybudowali w getcie bunkier połączony z kanałami. Spędzili ponad rok pod ziemią, a kiedy getto się paliło, ona, jej rodzice i pięciu braci, w ciemnościach szli w kanałach, szukając wyjścia na aryjską stronę.

— Siedzimy w kanale, nie mamy powrotu do bunkra, jesteśmy bez jedzenia, bez niczego i bez powrotu. Jedyne, co może nas uratować, to wyjść na zewnątrz, ale nie wiemy, jak, serce wali mi ze strachu, trzeba było uważać, żeby nie stęknąć, nie zakasłać. Brat mój, Yidele, chciał przejść przez wartką wodę, to był kanał burzowy, ten kanał go porwał. Nie pamiętam, co robiłam, ani czytać, ani bawić się, ani rozmawiać z rówieśnikami, głód powodował, że żyłam na poziomie wegetatywnym. Oddychałam, nie wiem nawet, czy myślałam. Marzyłam. Wyobrażałam sobie, że zatapiam zęby w kawałku chleba, że gryzę ten chleb i go smakuję.

Okazało się, że włazy kanałów zostały zamurowane przez Niemców. Cała rodzina, z wyjątkiem jednego brata i Krystyny, umarła z wycieńczenia.

— Chyba mnie wynieśli, ja nie wchodziłam po tych szczebelkach. Zapakowali nas w te cztery worki, wynieśli, czuję, że jest na zewnątrz światło i słyszę ulicę, przejeżdżające tramwaje… Jest życie, którego nie widziałam ileś tam lat… Bez reakcji, bez czucia, bez bólu, bez płaczu, nawet bez strachu. Zobaczyłam Rafała, on był w rozpaczy. Ja nie płaczę, nawet na pogrzebach, nie umiem płakać, nie mam już łez. To źle. Człowiek powinien płakać, nie? Jak jest coś, co go boli, jak dusza boli. Ale nie płaczę.

— Wiele dzieci po wojnie powiedziało, że więcej Żydami nie chcą być. Ty też tak powiedziałaś?

— Ja nie chciałam być Żydówką, bo wiedziałam, że być Żydem to jest coś bardzo złego, bo za to, że się jest Żydem, jest się mordowanym. Za to, że się jest Żydem, to się traci rodzinę, za to, że ten, to ja jestem bardzo skrzywdzona, a ja żadnej innej winy w sobie nie czułam. Jedyną moją winą było to, że się urodziłam Żydówką i ja dlatego nie chciałam. Chciałam uciekać od żydostwa, powiedzmy. Ja chciałam iść, myślałam „Ja nie chcę być Żydówką za żadne skarby”.

—Jak uciekłaś?

— Z tego strachu, z tego całego mojego poniżenia, u zakonnic znalazłam się jak gdyby w raju, w niebie. Otoczono mnie opieką. Przestałam się bać. Jestem Żydówką wyznania chrześcijańskiego, jestem chrześcijanką.

— Krysiu, tobie się dobrze żyje w Polsce, tak?

— Bardzo dobrze.

— Czy uważasz, że do dobrego życia w Polsce pomogło ci to, że stałaś się religijna, że chodzisz do kościoła?

— Nie, nie, nie. To nie ma żadnego znaczenia. Ja żyję w dużym mieście, kto tam wie, co ja jestem. Ja nie noszę ani krzyża, ani gwiazdy.

— Może się mylę, ale dla mnie sprawa jest bardziej skomplikowana. Tutaj trzeba się „czuć Polakiem”. Ale jak się można „czuć Polakiem”, jak się wychodzi z takiego piekła, które miało miejsce w Polsce, mimo że nie przez Polaków stworzone, ale w Polsce, i być w kraju, w którym się było otoczonym jednak mimo wszystko dużą ilością antysemitów? Nie chcę się kłócić o procenty, ale wystarczająco dużo. Jak tobie się udało?

— Nie wiem. Nie umiem tego ocenić, ja się dobrze czułam w Polsce. Ja nie doświadczyłam osobiście, ja wiedziałam o antysemityzmie, bo ja nie żyłam na Księżycu…

—Ja miałem inne na to spojrzenie: w tym kraju zamordowano mi prawie całą rodzinę, w tym kraju już po wojnie walono mnie po mordzie, pokazywano mi żyletkę, w tym kraju musiałem być cicho na ten temat, choć wiedziałem, że wszyscy w telewizji szeptali „Żyd, Żyd, Żyd, Żyd, Żyd…”.

— Nie zgadzam się z tobą, Ja tutaj 1000 lat byłam, ja nie mam powodu się stąd wynosić. Ja się tu czuję u siebie i nikt mnie nie przekona, że jestem obca i już. Pocałujcie mnie w nos.

Żegnając się z Warszawą w nowo otwartej kawiarni, przy głównej ulicy byłego getta, słuchamy polskich klezmerów, którzy chcą nam przypomnieć stare, dobre żydowskie czasy. Słuchali tej muzyki nasi dziadkowie, ale już naszym rodzicom wydawała się ona staroświecka. Nam nie dano szansy, aby zapoznać się z żydowską kulturą i religią. Wraz ze straconym dzieciństwem, straciliśmy korzenie. Przyjechaliśmy tu, żeby dotknąć reliktów tego zaginionego świata. Przywieźliśmy ze sobą strzępy wspomnień, czasem nieostrych, ale pełnych emocji. Nie chcemy, aby po nas, czas zatarł ich ślady.

Z takimi myślami wracam do domu. Idę na spotkanie z dziewczynką, która straciła oboje rodziców. Felicja Bryn napisała książkę „Nigdy nie zapomnij kłamać”. Zapytałem ją, czy będę mógł tak nazwać swój film. „Z przyjemnością”, odpowiedziała.

Wjeżdżam windą na czwarte piętro kondominium w Miami Beach. Felicja otwiera mi drzwi. Jak ja, ma 74 lata. Z warszawskiego getta uciekła, gdy miała 5 lat. Niewiele wiedziała o swojej żydowskiej przeszłości poza tym, że przeszła na stronę aryjską przez budynek sądów, tańcząc piruety. Na bluzeczce miała wyhaftowany znak rozpoznawczy dla przewodniczki: nazwisko Shirley Temple, dziecka-gwiazdy amerykańskiego kina lat trzydziestych. Dziś wygląda jak dorosła gwiazda tego kina.

— Najważniejsze, że wyszłaś z getta, a teraz nigdy nie zapomnij kłamać i kochaj Jezusa”, to były ostatnie słowa twojego ojca, zanim oddał cię małżeństwu Sroków, ze wsi pod Poznaniem. A potem, już po wojnie, twój przybrany wujek każe ci nie przyznawać się, że jesteś Żydówką, bo cała jego rodzina nie powinna o tym wiedzieć. Wiem z twojej książki, że komunia była twoim największym kłamstwem.

— Tak, bo co będzie ze mną, jak ktoś w kościele zauważy, że jestem Żydówką? Tam było może 500 osób i każdy będzie za mną leciał? Wyciągnęłam język, żeby dostać ten opłatek, oczy miałam zamknięte i zobaczyłam w tym momencie tatusia: „Nie bój się, nie bój się, wszystko będzie dobrze”.

— Sroka mówił, że nie udało im się zrobić z ciebie córki.

—Tak, bo jako czternastolatka uciekałam z domu, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, dlaczego jak miałam być na wsi, u tych polskich chłopów?

Mając dwadzieścia lat, Felicja wyjechała do Izraela, gdzie poznała inne dziecko zagłady, Natana, swojego przyszłego męża. Wyjechali do Stanów. W Miami Beach Natan był rabinem w pobliskiej synagodze.

— Chciałabym, żebyś go poznał”, mówi Felicja i wprowadza mnie do małego pokoju, w którym na szpitalnym łóżku sparaliżowany, od dwóch lat w stanie śpiączki, leży Natan. Felicja całuje męża w oba policzki, zostawiając ślady szminki, które wyciera palcami, a potem tak mu śpiewa:

Ej, przeleciał ptaszek kalinowy lasek, siwe piórka na nim zadrżały. Nie płacz ty, dziewczyno, nie płacz ty jedyna, albo ci to świat mały? Szumi gaj, szumi gałązeczka, żółte listki z drzewa padają. Zabrali mi chłopca, a ja w świecie obca, innego mi rodzice rają.

— Tak, Nateczku? Przyjdzie czas, że ty wyzdrowiejesz i pojedziemy sobie do Polski.

Felicja podnosi głowę i patrzy mi w oczy.

— Skończyły się kłamstwa. Daję sobie bez nich radę. Tak, Natusiu kochany? Za chwilę będzie szabat, koteczku…

Przy szabatowym stole siedzi kilka jej przyjaciółek z kondominium, wszystkie przeżyły zagładę w Polsce. Felicja podnosi kieliszek z winem i mówi: — L’Chaim! Niech żyje życie!

Cdn.

Obejrzyj film „Nigdy nie zapomnij kłamać”

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.