Jerzy Łukaszewski: Najlepszy śnieg — krajowy …10 min czytania

22.11.2022

Bardzo ciekawym wynalazkiem ostatnich lat są miejsca, w których każdy może położyć książki zbywające mu w domu, a z drugiej strony może wziąć sobie z nich te, które tam leżą. Ma to tę zaletę, że książki nabywane są bezkosztowo (co dla niektórych ma znaczenie), ale przede wszystkim dlatego, że trafiają się tam pozycje, które trudno byłoby upolować w księgarniach, a nawet antykwariatach.

Jakiś czas temu musiałem na kilka dni zaprzyjaźnić się ze szpitalem. Przyjaźń to trudna, nie ukrywam, ale przecież zaowocowała wzbogaceniem mnie o coś, czego nigdy na oczy nie widziałem. W kąciku korytarza, na ławeczce zorganizowano miejsce wymiany książek. Pierwszy rzut oka i … zrobiło mi się ciepło.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że książkę Jeremiego Przybory wydaną w 1957 roku pt. „Spacerek przez eterek” przytuliłem natychmiast ze stanowczym postanowieniem ucieczki ze szpitala, gdyby warunkiem dalszych zabiegów miał być zwrot owej pozycji.

Udało się, wróciłem do domu bogatszy.

Pozycja jest cenna choćby z jednego względu. Zawiera teksty, które później pojawiły się w „Kabarecie Starszych Panów” czasami w zmienionej formie, czasami w innym kontekście. Wczesna wersja radiowa kabaretu z konieczności różniła się od późniejszych, telewizyjnych.

A „Kabaret Starszych Panów” to rzecz w naszej powojennej kulturze, mówiąc współczesnym medialnym bełkotkiem – kultowa.

Oglądam namiętnie zachowane w archiwach i wydane na płytach spektakle Kabaretu Starszych Panów Divertimenta co chwila odnajdując w nich coś nowego. Po tylu latach to możliwe? Zaręczam, że jak najbardziej.

Pamiętać wszakże należy, że spektakle owe są bardzo ważnym elementem naszej kultury (chciałoby się napisać „masowej”, ale mam wątpliwości) z okresu PRL i jako takie sporo mówią o tamtych czasach, jeśli ktoś oczywiście chce to widzieć.

A warto, ponieważ tamten czas był szczególny tak, jeśli chodzi o polską kulturę, jak i kulturę w ogóle zawsze przecież związaną z konkretnym okresem historycznym.

Słowo kultura jest dość wieloznaczne i używane w różnych kontekstach może oznaczać nawet odległe od siebie rzeczy.

Najczęściej rozumiane jest jako oznaczające całokształt dorobku ludzkości, tak materialnego, jak i duchowego, któremu towarzyszyła jakaś myśl wskazująca pożądany kierunek i budująca wzorce oczekiwanych zachowań.

Tyle, co do definicji, w największym możliwym skrócie.

Od epoki kamiennej, co łatwo zauważyć na odkrytych zabytkach, kultura stanowiła z jednej strony wizytówkę społeczeństwa, a z drugiej jego drogowskaz.

Oba znaczenia miały zawsze swoich zwolenników i swoich przeciwników, ale nawet w przypadku tych drugich kultura była istotnym punktem odniesienia.

Dla tzw. zwykłego człowieka była ramami obrazu jego życia, wewnątrz których poruszał się bezpiecznie będąc zrozumiany przez zdecydowaną większość mu podobnych. Była przewodnikiem, który wiódł społeczności po niełatwych często drogach historii używając przy tym różnych środków — od sławienia „tu i teraz” po prowokację mającą spowodować zwiększenie wysiłku mózgu odbiorcy w celu właściwej oceny bądź zrozumienia istoty otaczającej rzeczywistości.

Nic dziwnego, że sfery rządzące społeczeństwami od zawsze interesowały się kulturą, widząc w niej narzędzie mogące pomóc im sprawować władzę nad ludźmi poprzez kierowanie ich myśli w pożądanych kierunkach.

Niejeden czytelnik może się zdziwić, kiedy się dowie, że najwspanialsze dzieła starożytnej sztuki greckiej powstawały częstokroć pod rządami największych tyranów, nie zaś w czasie panowania demokracji.

Kultura była też najczęściej tym, co zostawało ludziom w czasach historycznych dramatów, klęsk wojennych czy innych nieszczęść. Tracąc cały nieraz dobytek zachowywali to, co niematerialne, to co było wewnątrz nich, wpojone przez wieki. Nie zawsze świadomie, ale to na niej opierali swą wolę powrotu do normalnego życia i to ona stanowiła wzorzec, według którego budowali to życie od nowa.

Pod tym względem wyjątkowa była II wojna światowa, szczególnie dla społeczeństwa polskiego. Oprócz śmierci milionów osób, zniszczeń materialnych i utraty pokoleniami często budowanego dorobku, miały tu miejsce ogromne ruchy przesiedleńcze na niespotykaną dotychczas wewnątrz zorganizowanych państw skalę.

Nakreślono nowe granice Polski nie licząc się z faktem zamieszkiwania poszczególnych terenów przez osoby określonej narodowości i to od wieków. Tułaczką objęta została ok. 1/3 dawnej populacji Polski.

Ci ludzie tracili w jednej chwili kontakt z kulturą, wśród której wyrośli, z zabytkami architektury, na które spoglądali co dzień, z bibliotekami, z których korzystali, a które teraz wywieziono, spalono, lub przekazano obcym władzom.

Na nowe miejsce zamieszkania przybywali jedynie z tym, co pozostało w nich samych.

Kulturalnie okaleczeni, osadzeni obok ludzi pochodzących z innych stron, różniących się niemal pod każdym względem, musieli jednak żyć. A żyć to znaczy także mieć przed sobą owego przewodnika, o którym była mowa wyżej.

Rządzący zrobili to, co robiono już wiele razy w dziejach. Postanowili dać tym ludziom coś, co byłoby ich wspólne i w ten sposób skleić z rozbitków zupełnie nową społeczność. Uznali, że jest to idealny moment, by narzucić wszystkim jeden, tak samo obcy dla wszystkich model kultury przepojony ideologią, której w normalnych warunkach zasiedziałe społeczeństwo by nie przyjęło.

To był ten wyjątkowy moment, w którym mogło się to udać.

Powstał jednak problem: kto miał tego wszystkiego dokonać?

Decydenci nie dysponowali wystarczającą liczbą wykonawców na wystarczającym poziomie, by można było marzyć o jakimś spektakularnym sukcesie. Mówiąc wprost — zajęli się tą dziedziną ludzie ślepo zapatrzeni we wzory radzieckie, bez pogłębionej samodzielnie wiedzy tematycznej.

Co najciekawsze — wzory radzieckie przyjmowano bez refleksji nad różnicami kulturowymi narodów, a co więcej — bez znajomości podstaw ideologicznych, na które mimo to chętnie się powoływano, nie tylko w dziedzinie kultury zresztą.

Marks i Engels, pisząc o kulturze i sztuce, wyraźnie przestrzegali przed tendencyjnym i nieprawdziwym przedstawianiem rzeczywistości w sztuce.

Tymczasem komunistyczni decydenci, najpierw w ZSRR, a później w innych państwach bloku postępowali wręcz przeciwnie, wciąż jednak powołując się na wspomnianych wyżej klasyków.

Można więc śmiało powiedzieć, że u źródeł „nowej kultury” leżało kłamstwo i fałsz, którym karmiono nawet wyznawców nowej idei.

Zgodnie z obowiązującą zasadą centralizacji wszystkiego postanowiono o zarządzaniu kulturą „od góry” i wg jednego wzorca.

W 1949 roku odbyła się seria zebrań, na których informowano artystów co do treści i ideowego wydźwięku dzieł, jakie odtąd mieli tworzyć. Dziś brzmi to nieco surrealistycznie, ale takie były założenia tej polityki.

20 – 23 stycznia 1949 odbył się zjazd literatów w Szczecinie, na którym przestawiono główne wymogi, jakie władza stawiała przed kulturą.

Aby nie przedłużać – wszystko to łudziło władzę raptem 4-5 lat. Wprawdzie w 1953 roku J. Putrament napisał tekst obwiniający krytyków krakowskich widząc w ich felietonach „… poważne niebezpieczeństwo przenikania obcej nam ideologii…”, wsparł go w „Życiu Literackim” H. Markiewicz (22 II 1953) argumentując „… publicystyka ta bowiem w wielu owych pozycjach ambitna, żywa i słuszna, jest jeszcze za mało upartyjniona, ale w tym samym już roku zaczęły ukazywać się teksty łagodzące trend. W grudniu 1954 roku ukazał się w „Głosie Wybrzeża”, było nie było — organie KW PZPR, artykuł S. Siereckiego „Kultura pilnie poszukiwana”, w którym autor zawarł twierdzenia i opisy zjawisk dotąd niewzmiankowane publicznie. A chodziło o rzeczy tak ważne, jak np. nieprawdopodobne wprost dyletanctwo lokalnych bonzów partyjnych mających zarządzać dziedziną z gruntu im obcą — kulturą.

Krótki cytat – „są u nas jeszcze dość licznie reprezentowani tacy aktywiści partyjni odpowiedzialni w radach, komisjach i instytucjach, którzy traktują artystów malarzy, literatów, muzyków i innych pracowników kultury jako nierobów”.

Istota prymitywnego pojmowaniu pojęcia pracy, co już zahaczało o kiepskie rozumienie wyznawanej (przynajmniej oficjalnie) doktryny.

Jedno z doniesień dziś brzmi wręcz humorystycznie, choć wówczas, jak sądzę, nikomu do śmiechu nie było. Chodziło mianowicie o to, że zreferowanie sytuacji w Wojewódzkim Komitecie Kultury Fizycznej zlecono … prorektorowi Wyższej Szkoły Muzycznej prof. Heisingowi! Kultura to kultura, kto by się tam zagłębiał w szczegóły.

Nie do uwierzenia, ale wszystko skończyło się w ciągu kilku lat i to nie śmierć Stalina była decydującym momentem dla odwrócenia zaplanowanej akcji. Wszystko było tak sztuczne, że musiało okazać się nietrwałe. Można dyskutować, czy to kultura jest na tyle bogata, że nie mieści się w ideologicznych ramach czy też ramy tej ideologii okazały się za ciasne i wykonane prymitywnie. Najważniejsze, że z początkiem ery gomułkowskiej zmieniło się spojrzenie na kulturę.

Niewątpliwym czynnikiem o wielkim wpływie na ten proces miała rozwijająca się telewizja. Mamy wiele świadectw osób ówcześnie zaangażowanych w ten środek przekazu, które pokazują jak nowe środki techniczne działały szczególnie na nieprzygotowane kręgi decydenckie. Stąd dzisiejsze niejednokrotne „zdziwienia” tym, co puszczano w „reżimowej” telewizji.

Nie inaczej rzecz miała się z „Kabaretem Starszych Panów”. Rzecz absolutnie z innego świata, niedająca się w żaden sposób powiązać z „walką” o lepszy świat i jeszcze lepszego człowieka. Zarówno treść, jak i forma kompletnie nieprzystająca do czasu i miejsca, w którym się narodziła. A jednak szybko zyskała na popularności, choć może nie we wszystkich środowiskach.

Opowieści o Gomułce rzucającym kapciem w telewizor można raczej zaliczyć do urban legends, ale już słowa G. Morcinka nie – zostały uwiecznione w recenzji, która zaangażowany pisarz, twórca Łyska rzucał gromy na kabaret.

„Nie rozumiem, kogo mogą bawić ci dwaj mizdrzący się, autentycznie podstarzali faceci”.

Fakt, nie rozumiał. Może to i lepiej, bo mogłoby mu to zaszkodzić na żołądek. Tym bardziej że pomimo całej swej delikatności i finezji języka (o czym kiedyś wspomnę osobno) teksty kabaretu skrzyły się perełkami humoru wbijającymi się jak szpilki w sempiternę socjalistycznego bytu. Wystarczyło użycie dowolnego słowa czy zwrotu z tzw. nowomowy, by na twarzy widza/słuchacza pojawiał się uśmiech.

Z jedną różnicą w stosunku do czasów dzisiejszych — od widza wymagano minimum inteligencji tak, by sam umiał odszukać zabawne momenty bez wskazywania mu ich przez aktorów, co dziś jest zjawiskiem „normalnym”.

Przykłady — w piosence „Piosenka jest dobra na wszystko” mamy „braczek rzucony na rynek” w sposób niemal niezauważalny, poeta Boncz miota się po zamku — ośrodku pracy twórczej szukając miejsc ciasnych, do których jest przyzwyczajony (6 m kw. na osobę w domu) i ciągłe przeciwstawianie importu wyrobom krajowym.

Jakże zabawnie brzmi w tym kontekście słowo „krajowy” dodane do piosenki o padającym śniegu. „Najlepszy śnieg — krajowy …” – i tyle. Ironia zawarta w tym zwrocie wystarcza za tuzin dzisiejszych skeczy.

Plus ostatnie słowa „… i ty, i ty bałwanie z niego się lepisz rad”.

I jak tu się dziwić Morcinkowi?

Cdn.

Jerzy Łukaszewski 

Print Friendly, PDF & Email
 

3 komentarze

  1. slawek 23.11.2022 Odpowiedz
  2. Mr E 23.11.2022 Odpowiedz
  3. j.Luk 24.11.2022 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo