O. Ludwik Wiśniewski: Horst Koehler pokazuje nam sens polsko-niemieckiego pojednania.

01.12.2022
.
Znany z silnej kontestacji obecnej władzy polski duchowny, dominikanin Ludwik Wiśniewski, od lat siedemdziesiątych zaangażowany w demokratyczną opozycję, obecny przy narodzinach Solidarności i III RP zabiera głos w ważnych momentach naszej rzeczywistości. Tym razem z okazji 80. rocznicy hitlerowskiej akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie, której sam wraz z rodzicami i siostrą padł ofiarą w rodzinnym Skierbieszowie. Na uroczyste obchody w tym miejscu tamtych tragicznych wydarzeń z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy i byłego prezydenta Niemiec, urodzonego w Skierbieszowie, Horsta Koehlera – ojcu Ludwikowi Wiśniewskiemu starostwo zamojskie zaproszenia nie wysłało.
Nie zamierza tego komentować. Jak twierdzi, co innego jest ważniejsze i wymaga wypozycjonowania. Przede wszystkim to, co były prezydent Niemiec powiedział. Nazwał on mianowicie zamojską akcję wysiedleniową jedną z największych zbrodni popełnionych przez niemieckiego okupanta w Polsce zdecydowanie za mało znaną w jego kraju. Przypomniał, że polski dramat powiązany był z jego osobistym losem.
Sam urodził się w lutym 1943 roku w Skierbieszowie, dokąd z Glueckstal (Hlinoie) w rumuńskiej Besarabii przesiedleni zostali mieszkający tam osadnicy niemieccy, w tym jego rodzice Eduard i Elisabeth z szóstką dzieci. Stało się tak na podstawie porozumienia Ribbentrop-Mołotow, które zezwalało Sowietom także na zagarnięcie części Rumunii, a hitlerowskie Niemcy obligowało do przesiedlenia stamtąd ludności niemieckiej, której oczywiście nikt o nic nie pytał. Wysiedleni ze swych domostw i gospodarstw teraz mieli zająć polskie, z których siłą wyrzucano właścicieli. Stali się naturalnymi wrogami na terenie aktywnie działającej polskiej partyzantki chcącej jak najszybciej pozbyć się najeźdźców. Matka rodziny żyła w ciągłym strachu o dzieci. Koehlerowie zostali zapamiętani jako nieprześladujący i niewynoszący się ponad polskich sąsiadów. Stamtąd przeniesiono ich z początkiem 1944 roku do Łodzi. W styczniu kolejnego roku rodzina uciekła przed Armią Czerwoną. W okolicach Lipska prowadzili małe gospodarstwo, które stracili w wyniku przymusowej kolektywizacji. W 1953 roku uciekli z NRD przedostając się do Berlina Zachodniego. Kolejne cztery lata spędzili w obozach dla uchodźców, by wreszcie osiedlić się na stałe w Ludwigsburgu w Badenii-Wirtemberdze.
To z pewnością nie jest życiorys rodziny funkcjonariusza III Rzeszy. Tylko podczas wojny Koehlerowi trzykrotnie tracili wszystko. Jak wspominał prezydent, jego matka zawsze uważała, że padli ofiarą zbrodni. Zbrodni Hitlera. Zawsze zaznaczał, że nie chodzi tu żadne relatywizowanie i czynienie porównania ze zbrodniami dokonywanymi na narodach okupowanych przez reżim hitlerowski, a dostrzeżenie jaki los gotował on także swoim obywatelom.
Horst Koehler dwukrotnie wybierany był prezydentem Niemiec. Niezmiennie konsekwentnie głosząc, że Niemcy ponoszą całkowitą odpowiedzialność za rozpętanie II wojny oraz za śmierć sześciu milionów obywateli polskich. Uważał, że przypominanie o tym jest wyrazem uczciwego traktowania historii. Po pierwszym wyborze 2004 roku pierwszą wizytę zagraniczną złożył w Warszawie, uważając to za podkreślenie roli, jaką Niemcy odegrały w otwarciu drzwi Unii Europejskiej dla Polski. Uważał, że Niemcy nigdy nie mogą ustawać w dialogu na najtrudniejsze nawet tematy z polskimi, czeskimi, słowackimi, węgierskimi sąsiadami, innymi krajami sąsiedzkimi i przyjaciółmi w imię wspólnej przyszłości i uczciwości wobec przeszłości. Tylko na tym można budować prawdziwe pojednanie. W 2010 roku zrezygnował z urzędu po krytyce, jaką wywołało jego przemówienie, w którym nie wykluczał militarnego zaangażowania Niemiec w Iraku i Afganistanie, czego formalnie zabraniała konstytucja.
W Skierbieszowie przypominał, że jakkolwiek nie był sprawcą żadnych zbrodni hitlerowskich, jest świadom niemieckiej winy oraz wynikającej z niej odpowiedzialności, jaką Niemcy ponoszą po dziś dzień. Wyrazem tego jest uchwała Bundestagu o stworzeniu w sercu Berlina specjalnego miejsca „przypominającego o bezmiarze przemocy i zniszczeń, jakich Polska doznała w czasie II wojny światowej”.
Mówił też, że o wspólnym polsko-niemieckim wyzwaniu, jakim jest wojna w Ukrainie oraz obowiązku pomocy dzielnemu narodowi ukraińskiemu.
Horst Koehler jest człowiekiem prawdy, dobrej woli i pojednania. Łączy nas wspólne miejsce urodzenia oraz zapewne niemało wspólnych wartości. Przede wszystkim kreśli jasną perspektywę przyszłości Niemiec i Polski wobec której anachroniczne fobie i stereotypy muszą pozostać bezsilne. Tak jak bezsilne musiały pozostać wobec dzieła pojednania zakreślonego pamiętnym listem Biskupów Polski do Biskupów Niemieckich – podsumowuje Ludwik Wiśniewski.
Do spotkania Horsta Koehlera i Ludwika Wiśniewskiego, które miałoby wymiar symbolu, w Skierbieszowie nie doszło. Prawdopodobnie było dla kogoś bardzo niewygodne. Być może okaże się to niebawem możliwe w innym miejscu i czasie oraz z innej okazji.
Waldemar Piasecki
Nowy Jork
