18.12.2022

Przebiega mi po synapsach archiwalny obrazek z lat sześćdziesiątych, kiedym to uczęszczał na drugoligowe mecze w nogę. Nie będę się wymądrzał, gdy powiem, że atmosfera na stadionach była nieporównanie mniej bandycka. Można było na nich siedzieć z rodziną: bez obawy oberwania butelką po piwie lub dziabnięcia kozikiem. Piłkarz był wtedy faktycznym amatorem, ale w miarę upływu merkantylnych lat, amatorstwo było coraz dotkliwiej widoczną fikcją.
O tym, że nią się stało, zadecydował postęp w sporcie. Zaczęto podnosić poprzeczkę. Wyniki były tak wyśrubowane, że aby je osiągać, należało więcej czasu poświęcić na treningi. Więcej czasu, a zatem nie starczało ćwiczyć po pracy. Toteż trzeba było z niej zrezygnować. Skutkiem tego, przejść na zawodowstwo.
Minęły czasy sielankowych stadionów i nad światem zawisła gradowa chmura komercji. Boiska do gry stały się reklamowymi wystawami, telewizja zawładnęła coraz doskonalszym widowiskiem, lecz wierni (choć zmienni) kibice, nadal zagrzewają swoje drużyny do boju.

Grający w gałę kopacze z pierwszoklaśnych lig, są „na dzień dzisiejszy” złotodajnymi kurami dla macierzystych klubów i dopóki nie powinie się im utalentowana nóżka, zarabiają astronomiczne sumy. Są dopieszczani, a nawet przepieszczani. Mówi się na ich temat, czci jak bogów, zatrudnia lekarzy, psychologów i masażystów, nie wspominając o trenerze. Lecz jeśli zaczynają popełniać błędy i opuszczają ich oklaskiwane umiejętności, tracą na znaczeniu i odchodzą do Krainy Wiecznych Klęsk. A jeżeli niesława dotyczy Narodowej Kadry, razem z upadłą gwiazdą odchodzi selekcjoner. I też wiesza się na nim psy i też nie omija go hejt (jak z powyższych elukubracji wynika, łaska pańska jeździ na pstrym ośle).
źródła obrazu
- jastrzab: BM
