Marek Jastrząb: Wspólnota pragnień4 min czytania

()


18.03.2024

Wśród mieszkańców powstały nieznane połączenia wzajemnych interesów, rozpleniły się „taktyczne zażyłości”. Skupieni wokół nadrzędnego celu, powiązani chęcią zdobycia dziupli do egzystencji, chodzili z prośbami do A. i przekonywali mu kieszeń, że są wprowadzeni w jego interesy i jak najbardziej nadają się do zasiedlenia jedno osobówek.

Namaszczeni ostracyzmem, zdymisjonowani na zewnątrz, a w środku skazani na życie bez celu, przyzwyczajeni do zmagań z brakiem pamięci, uważali się za arystokrację nieszczęść, sądzili, że są oblatani ze swoją nieporadnością, z jej zagrywkami i już nic ich nie może złamać i zaskoczyć.

Niewidomi na jedno oko czuli się lepsi od niewidomych na oba. Ten, co nie widział od urodzenia, sądził, że jest księciem niedoli, u którego ślepy od roku powinien być lokajem. Głusi na jedno ucho, pogardzali tymi, co nie słyszeli wcale, a cierpiący od dawna, wywyższali się wobec tych, którym cierpienie dopiero się zaczynało, a ich staż w potykaniu się z przypadłościami był absurdalnie krótki.

*

Skupiska wyznawców czy przeciwników domowych rozporządzeń, miały swojego przewodnika, wodzireja, lidera, duchowego pasterza i kapelmistrza, który był ich niekwestionowanym guru.

I za takiego chciał uchodzić A. Klarował, by byli dobrej myśli, by się trzymali, nie ustawali w oczekiwaniach, że ich sprawa jest rozważana i wkrótce znajdzie finał. Wyczulał ich na to, jak mają postępować, by osiągnąć cel, bąkał o cielęciu dojącym dwie matki, mówił o prewencyjnym włażeniu w dupę, instruował, z kim należy kraść kucyki, a kogo warto obsobaczyć, z kim się porozumieć, a kogo wyrzucić ze swojego życiorysu na zbitą mordę. A czynił to po to, by mogli usłyszeć od niego, że w uznaniu za niestrudzoną wiarygodność, a także pioruńsko długie wypatrywanie Godota, niebawem dostaną izolatkę.

Jednak była to zagrywka, kłamstwo i erystyka dla naiwnych, stara śpiewka dedykowana idiotom. Sztuczka, gdyż kogo wcielono do zbioru „oczekujących”, od razu zajmował w nim uprzywilejowane miejsce. Z punktu wślizgiwał się w łaski personelu i pozostawał w nich aż do chwili, gdy został rozszyfrowany pod kątem szerokości pleców. Zanim nie okazało się, że nie stoi za nim żadna gruba ryba.

A kiedy wyszło, że nie, to na dużych kopach wylatywał z przywileju. Lecz dopóki nikt niczego nie wiedział o nim na pewno, utrzymywany był w przekonaniu, że jest niepowtarzalny i znajduje się w czołówce ludzi, którym należą się bezwzględne fawory. Kto zaś wyłamywał się spod nacisku zwartej grupy i nie był godzien zaufania, ten kończył karierę ulubieńca i przystawał do grupy dezerterów z lojalności.

Zdarzało się jednak, że osobnik pozbawiony właściwych pleców, poczynał wierzgać i nie pozwalał na zgwałcenie obietnic. Doprowadzał A. do wykopyrtnięcia na bardziej cwanej przebiegłości. Taki człowiek w żaden sposób nie dawał się wymanewrować z przyrzeczenia. Uważał, że słowo nie dym, co się powiedziało, trzeba dotrzymać.

Przebąkiwano wtedy o kosie i kamieniu. Zacierano ręce, że nareszcie znalazł się ktoś, kto zmusił A. do wybiegów i kładzenia uszu po sobie. Mówiono o pożytkach płynących z pieniactwa w słusznej sprawie, z opłacalności bycia zadziornym. Odważny łobuz, choć wyklęty, napiętnowany, odsądzony od czci i wiary, jakkolwiek nie miał przez to zbyt wesołego życia, to przecież coś tam z tego życia wyciągnął, jakąś swoją minimalną satysfakcję, czyli ociupinkę realniejszą nadzieję na osobną norę do uprawiania rozmyślań.

Lecz przede wszystkim sprawa pochopnej obietnicy miała wydźwięk taki, iż nawet w sytuacjach beznadziejnych, ostatecznych, okazywało się, że gdy nie przydzielić pokoju oznaczało dla A., jak amen w pacierzu – wyjść na zawrotnego osła, a przyznać go – zostać uznanym za bezinteresownego, w sytuacjach takich należało walczyć do upadłego.

Zaś uległemu mieszkańcowi ubiegającemu się o pustelnię. Rezydentowi, nadającemu się do rozmów z ludźmi uważanymi za wykształconych, osobie sprytnie i zręcznie przegrywającej z personelem w szachy, potrafiącej, z uczynnym entuzjazmem, grzebać się w przydomowej szklarni, osobie na zawołanie pielącej, noszącej wodę, pomagającej zataszczyć truposza do magazynu i biegającej na posyłki, wmawiał demencję uniemożliwiającą dostęp do izdebki ze świętym spokojem.

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Niektóre publikacje Autora są do pobrania w Bibliotece Studia Opinii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

źródła obrazu

  • jastrzab: BM