Jarosław Kapsa: Samorządność na wiatrakach7 min czytania

()

03.02.2023

Tradycja i zdrowy rozsądek podpowiadają, że o ukształtowaniu przestrzeni publicznej powinna decydować zamieszkała na niej wspólnota. Jest to oczywiste i trudne zarazem. Ludzie zamieszkali w określonej przestrzeni miasta, osiedla, wsi itp., muszą ustalić między sobą zasady współżycia, a sposób korzystania lub zagospodarowania wspólnej przestrzeni należy do najtrudniejszych do uzgodnienia.

Większość konfliktów społecznych ma charakter przestrzenny. Nawet nierówności materialne nie drażnią, gdy nie mają odzwierciedlenia w dominacji nad krajobrazem pałacu lub wieży zamkowej, budowanej ku chwale bogatego. Troska o dobrostan psychiczny wymaga narzucenia pewnych jednolitych zasad estetycznych; z tym zderza się ambicja wybicia swej indywidualności, choćby nawet miała wyrażać się krzykliwą reklamą.

Ogólnie jesteśmy za bezpieczeństwem i czystym środowiskiem, ale musi być miejsce dla naszych samochodów i prawo do jazdy nimi z prędkością, za jaką zapłaciliśmy producentowi. Korzystamy z wywozu śmieci, z kanalizacji, wodociągów itd. – ale nie chcemy, by ta obsługa była pod naszym nosem. Miejsce na nasz samochód musi się znaleźć, ale nie pozwolimy budować ruchliwej drogi pod naszym oknem. Trudności z ustaleniem kompromisu w sprawie zagospodarowania przestrzennego powodują, że władze samorządowe z chęcią pozbywają się problemu. Obywatele gminy, czasami, też wolą, by „góra” rozstrzygnęła spór na ich korzyść, niż mieliby negocjować z upartym i nielubianym sąsiadem.

W teorii wyrazem kompromisu jest sporządzony zgodnie z procedurą miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego (mpzp). Procedura wymusza konsultowanie z wszystkimi zainteresowanymi, mieszkającymi lub prowadzącymi działalność na określonym obszarze. Każdy ma prawo wnieść uwagi; jeżeli jest naruszony jego interes, ma prawo do skargi; gdy na skutek planu traci wartość jego nieruchomość, może domagać się rekompensaty.

Teoria jest teorią, a praktyka władzy polega na jej omijaniu.

„Zapomina” się, że miejscowy plan to umowa społeczna obowiązująca wszystkie strony. Jeśli gmina wpisuje w plan swój obowiązek dokonania wykupu gruntu, budowy infrastruktury podziemnej, dróg, obiektu publicznego, to powinna to zrealizować w zgodzie z ustalonym z mieszkańcami harmonogramem. Przy braku odpowiedzialności planowanie jest fikcją. Chwalenie się przez miejskich włodarzy, że ich miasto objęte jest w 50-60% planami miejscowymi, to denerwujące pustosłowie. Gdyby przyjąć, że zobowiązanie wynikające z planu jest rodzajem zadłużenia miasta, to okazałoby się, że żyjemy wśród samorządowych bankrutów. Właściciel prywatnej posesji musi wypełnić obowiązki wynikające z mpzp, gmina nie musi, może to zrobić w miarę posiadanych środków. W praktyce więc mpzp tracą walor społecznej umowy.

Dalsze praktyki są jeszcze gorsze. Władza może nie tylko bezkarnie nie wypełniać swoich zobowiązań, ale także swobodnie je łamać. Cóż bowiem z tego, że mozolnie wynegocjujemy optymalny przebieg drogi tranzytowej przez osiedle, skoro dyrektor miejskiego zarządu dróg ma lepszy pomysł i poprowadzi drogę gdzie chce. Kto dyrektorowi zabroni skoro – jak małpie brzytwę – dano mu specustawę o budowie dróg. Wymyślano specustawę, by ułatwić budowę autostrad; skorzystali z niej gminni urzędnicy niecierpiący, by społeczeństwo ograniczało ich intelekt.

Urzędnik lokalny nie różni się od centralnego, choćby dumnie określał się jako „samorządowiec”. Nie ma w tradycji i zwyczaju szacunku dla własności prywatnej. Urzędnicy, szermując słowem o „dobru wspólnym” rozszerzają zakres swojej realnej władzy. Owa „wspólność dobra” zaciera rzeczywistą prywatę. Mieszkańcowi wsi można w ten sposób wmówić, że jego „ważniejszym” dobrem, bo „wspólnym” jest rozcięcie przestrzeni życia autostradą lub linią kolei dużych prędkości. Musi to łykać z pokorą, choć wie, że z tego „dobra wspólnego” nigdy w życiu nie skorzysta. Powiedzmy więc otwarcie: gadanie o „dobru ogółu” ma na celu zatarcie postdarwinowskiego przekonania, że interes słabszego musi ustąpić wobec interesu silniejszego.

Widoczne jest to w rozszerzaniu specustaw. Prawo o planowaniu przestrzennym przewiduje i umożliwia w bardzo szerokim zakresie wpisywanie do mpzp przestrzennych możliwości realizacji zadań o charakterze ponadlokalnym. Wystarczy z tego chcieć skorzystać, zamiast skarżyć się, że wiejski egoizm blokuje budowę dróg, sieci przesyłowych, koszar wojskowych lub nowego muzeum narodowego. Ale chcąc to robić zgodnie z porządkiem prawnym, urzędnik z centrum, zamiast wydawać rozkaz, musiałby pochylić się i negocjować z „wiejską ciemnotą”; a co gorsze: uznać, że własność prywatna zasługuje na taką samą ochronę, jak własność państwa.

Tymi ogólnikami poprzedzam swoje zdanie na temat ustawy „wiatrakowej”, zarówno tej starej, „blokującej”, jak i nowej, otwierającej ponoć szanse na rozwój energetyki z oze i pozyskanie środków z KPO. Otóż moim zdaniem, obie wersje ustawy nadają się do kosza na śmieci, bo bezczelnie wkraczają w zakres spraw, które powinny być w gestii samorządów.

Photo by jwvein on Pixabay

Mamy do czynienia z arogancją decydenta z centrum, który Ziemię widzi płaską i sobie podległą. W doktrynie płaskoziemców wystarczy cyrklem nakreślić kółko, dyskutując jedynie, czy, dla poddanych zdrowy jest maszt z wiatrakiem w odległości kilometra czy pół kilometra. Tak się, niestety, składa, że każde miejsce jest inne, każdy człowiek inny, każdy dzik i każda wiewiórka… Jako jedna z tych różnorodnych istot mogę być zwolennikiem energii z oze, nie widzieć nic szkodliwego, gdyby taki wiatrak powstał 200 m od mojego okna; ale gdyby ktoś chciał umieścić taką instalację na wzgórzach jurajskich, np. na Górach Towarnich pod Olsztynem, to bym go dynamitem przegonił. Z Warszawy owych gór nie widać, ale dla „tutejszych” są znakiem ich tożsamości. Nie musimy zrozumieć, dlaczego ludzie w miejscowości X, Y lub Z, cenią sobie szczególnie jakieś miejsce, naszym zdaniem pozbawione wartości przyrodniczych i kulturowych. Chcąc jednak, by nasze państwo funkcjonowało zgodnie z konstytucyjnymi zasadami, musimy takie „dziwactwa” „tubylców” uszanować. Tożsamość, godność, poczucie lokalnego patriotyzmu to są wartości niewymierne, subiektywne, ale stanowią o istocie człowieczeństwa.

Nie demonizujmy, że „ciemnota” prowincjonalna ograniczy postęp, zakaże rozwoju energetyki wiatrowej. Z pomocą mpzp nie narzucimy obowiązku stawiania wiatraków na każdym polu, możemy jedynie wskazać z uzasadnieniem obszary, gdzie takie instalacje są wykluczone. Towarzyszące planowaniu konsultacje mogą być wykorzystane do obniżenia lęku „przed nowym”; można też przekonać mieszkańców korzyściami materialnymi zyskanymi w zamian za zgodę (tańszy prąd itp.).

Rozwój energetyki wiatrowej nie jest jedyną drogą „do zbawienia”. W niewielkim stopniu wykorzystane są inne zasoby energetyczne, ale to nie wiejskie społeczności, ale państwowi monopoliści blokują możliwości budowy instalacji wykorzystującej np. biogazy.

Dla władz gminnych ograniczenia, a nawet likwidacja samorządności lokalnej nie jest wielkim problemem. Przyzwyczaili się już do pozbawienia fundamentu, jakim jest niezależność finansowa, zdolność realizacji zadań własnych na własny koszt i na własną odpowiedzialność. Z chęcią pozbędą się odpowiedzialności za kształtowanie przestrzeni. Bez odpowiedzialności rządzi się wygodniej, za dobrą pensję można się pogodzić z byciem demokratycznie wybieranym przedstawicielem rządu w terenie. O stosunku władz centralnych i centralistycznych partii do samorządności nie ma nawet co mówić; jest jak jest.

Jeżeli zależy nam na trwałym rozwoju, na przestrzeganiu zasad konstytucyjnych, na szacunku do wolności każdej jednostki, to musimy bronić samorządności. A, przynajmniej nie niszczyć jej w imię wydumanych wizji, nawet brzmiących postępowo i europejsko. Zwłaszcza „europejsko”, bo Europa stała się tym, czym jest nie przez centralne planowanie oświeconych, ale dzięki samorządności lokalnej, zwiększającej gwarancję nienaruszalności podstawowych wolności indywidualnych i indywidualnej własności.

Zacni politycy, niech rząd się martwi jak wypełnić swoje zobowiązania wobec KE. Wszelkie niekonstytucyjne rozwiązania, w tym projekt ustawy „wiatrakowej”, wysyłajcie ekspresem do Koszalina, albo listem poleconym do kosza.

Jarosław Kapsa

PP Komentatorów prosimy, by uwzględnili fakt, że wszystkie komentarze są czytane przez moderatora. Niektóre są publikowane natychmiast, inne nie; reguluje to system automatycznie zgodnie ze swoimi regułami. Wielokrotne wpisanie tego samego komentarza nic nie daje: musi on tak czy tak poczekać na zatwierdzenie. Może to oznaczać oczekiwanie na efekt nawet 24 godziny.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.