Jarosław Kapsa: Rozlane mleko6 min czytania

()

10.02.2023

Przyjąć można do wiadomości, że nie będzie wspólnej listy opozycji w wyborach parlamentarnych. Partyjny egoizm okazał się materią odporną na racjonalną argumentację. Przyjdzie nam obserwować konsekwencje tego stanu rzeczy.

Photo by No-longer-here on Pixabay

Nie można zakładać optymistycznie, że podział opozycji, zwiększając paletę propozycji programowych, pozwoli przyciągnąć wyborców niezdecydowanych lub zniechęconych do PiS. Swoje już zrobiła propaganda PiS wyostrzając podziały „my – oni”, obciążając cała opozycję zarzutami „totalnej antypaństwowości”, „wojującego antyklerykalizmu”, „niewiarygodności”, „chodzenia na pasku zagranicy”, „braku wrażliwości społecznej”.

Można sobie wyobrazić, że blok wyborczy PSL-Hołownia zyska gdzieś poparcie kilku proboszczów; ale w skali kraju nie zmyje to z nich przylepionej etykietki „tęczowych polityków”. Może Lewica głosem Razem gwarantować rozszerzenie pomocy społecznej, obniżenie cen biletów na Pendolino i obietnicę rozwoju programu „Mieszkanie prawem nie towarem”; ale jej wypomną Millera, bary mleczne i antyrodzinną oszczędność na zasiłkach na dzieci. KO może mówić o demonopolizacji, odpartyjnieniu obsady państwowych spółek, przywróceniu samorządności; przypomną jej ogromne zasługi w budowaniu „państwa partyjnego”. Zniechęcony wyborca PiS raczej nie pójdzie do wyborów, zwłaszcza, iż podzielona opozycja ugruntuje jego przekonanie, że nie chodzi jej o dobro ogólne, lecz o interes grupy.

Wybory to ostra gra. Najostrzejsza toczyć się będzie, nie o zwycięstwo, lecz o 2, 3, 4 i 5 miejsce. Sztaby wyborcze wyliczą, że PiS ma swoje 30%, z tego się nic nie wyszarpnie. O pozycji KO, PSL, Hołowni, Lewicy decydować będą przepływy elektoratu opozycyjnego. Ruch Hołowni powstał jako alternatywa wobec KO, proponuje podobny „platformiasty” program, budowany jest przez działaczy, którzy odeszli lub zostali odrzuceni przez PO. Tu z natury rzeczy musi dojść do ostrej konfrontacji wyborczej obu partii. Nie ma także wyjścia Lewica: albo będzie się biernie przyglądać odpływowi elektoratu do „większej” konkurencji, albo musi atakować, by uwypuklić swoją niezależność. PSL miał inny niż wymienione partie elektorat; chcąc go odzyskać musi „odciąć się” i zaatakować pozostałe ugrupowania opozycyjne.

Tak to wygląda, a problem pogłębia wrodzona arogancja wodzowska i uzależnienie od partyjnego aparatu. Dobrym tego przykładem jest nominowanie przez Tuska pana Nitrasa na szefa ruchu kontroli wyborów. Zastrzegam tu: nie znam i nic nie mam przeciw panu N., a na pana T. pewnie będę musiał głosować; chodzi o styl, nie personalia. Ruch kontroli wyborów pewnie jest potrzebny, choć rozproszenie i masowość liczenia głosów uniemożliwiają dokonanie fałszerstw przez kogokolwiek w takim stopniu, by wpłynąć na ostateczny wynik. Kontrola wyborów powinna być realizowana przez ludzi i ich stowarzyszenia niezainteresowane biernym prawem wyborczym. Ktoś, kto ogranicza swoje aspiracje do wybrania upatrzonego kandydata, jest zainteresowany, by było to głosowanie uczciwe. Ktoś, kto kandyduje i chce być wybranym, chce by głosowanie przebiegało tak, by sprawiedliwość była po jego stronie. Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, a kontrola wyborów to czynność sędziowska. W poprzednich wyborach kontrolę organizował „neutralny” KOD i Akcja Demokratyczna; jest gotowy robić to w kolejnych. Dostał na to aprobatę pana Tuska oraz pana Nitrasa za szefa.

Skąd pewność szeregowego aktywisty KOD, że jego praca nie zostanie wykorzystana przez jedną stronę politycznego sporu? Skąd pewność kandydatów z Lewicy, z ruchu Hołowni i z PSL, że dowodzeni przez KO kontrolerzy nie będą wyników podkręcać na korzyść swojej partii? W atmosferze „ostrej gry” wyborczej zaufanie to wartość deficytowa.

Deficyt zaufania ujawni się także przy tworzeniu listy kandydatów do Senatu. Zasada wspólnego kandydata ma sens, gdy stoi za tym szersze i trwałe porozumienie opozycji, oraz znane i przejrzyste są zasady wyłaniania owego kandydata. Trudno sobie wyobrazić, że dziś KO, ruch samorządowy, ruch Hołowni i Lewica ustalą wspólnego kandydata na senatora reprezentującego Częstochowę, a jednocześnie zaczyna się ostry spór tych ugrupowań o stanowisko Prezydenta Miasta. Emocje społeczne nie są tak elastyczne, by ze stoickim spokojem znosić przeskoki od zgody do niezgody. Trudno też uznać mieszkańców Częstochowy za bierną masę, która z pokorą przyjmie, że o tym, kto i z jakiej partii będzie „wspólnym” kandydatem, zadecydują w sposób absolutnie nieprzejrzysty „aparatczycy” z warszawskich centrali partyjnych. Ot tak wyszło, że KO dostało Słupsk, to Częstochowę musi dostać Lewica, a Katowice – Hołownia. Kogo w Słupsku, Częstochowie, Katowicach tego typu kombinacje interesują?

Nie jest więc oczywiste, że ten partyjny kompromis zostanie zaakceptowany przez wyborców i czy nie pojawią się inni, niezależni, opozycyjni wobec PiS kandydaci. Nie chcę wytykać „błędów młodości”, ale to PO w 2011 r. wprowadziła „propartyjną” ordynację wyborczą do Senatu, w której do zwycięstwa wystarczy 30% oddanych głosów, jeśli pozostałe 70% oddane będzie na kilku innych kandydatów. PiS może stracić większość w Sejmie, ale wygrać większość w Senacie. Bezskuteczne będzie wtedy użalanie się, że to wina TVP, pieniędzy z Orlenu czy agitacji biskupów.

„Ostra gra” o 2, 3 i 4 miejsce pogłębić musi podziały między partiami. Lewica, by budować tożsamość, będzie zmuszona atakować Balcerowicza bardziej niż Kaczyńskiego. Hołownia też – bardziej KO, niż PiS oskarżać będzie musiał o łapówkarstwo; a Kosiniak-Kamysz odcinać się od posądzenia o liberalizm względem LGBT. Radykalizm wyborczy utrudni późniejsze porozumienie, liderzy partyjni staną się zakładnikami rozpalonych głów swych partyjnych szeregów. W negocjowanym porozumieniu o ewentualnym wspólnym rządzie pojawią się bariery nie do przeskoczenia. Najłatwiej ustalić, że ten rząd nic nie będzie robił, ograniczy się do rozdziału „konfitur” między swoich.

Każda forma działań, np. na rzecz zduszenia inflacji, wymaga podejmowania decyzji niepopularnych. Czy pan Zandberg, pan Kosiniak-Kamysz, pan Hołownia mają odwagę zderzyć się z zarzutem, że zdradzili swój elektorat?

Mleko się rozlało, już się samo do butelki nie wleje. Nie wiem, czy partyjni liderzy wyobrazili sobie wszelkie konsekwencje swych działań, lub braku działań. Pewne jest, że ja, jako zwykły obywatel, dam sobie radę w kolejnym czteroleciu rządów pana Kaczyńskiego; jeśli nie dam, przeprowadzę się do Czech. Ale partie opozycyjne nie przeżyją kolejnej wyborczej porażki.

Jeśli dziś obawiają się utraty podmiotowości przez udział w porozumieniu „wspólnej listy”, to podejrzewam ich o chęć popełnienia samobójstwa w obawie przed śmiercią.

Jarosław Kapsa

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

5 komentarzy

  1. Mr E 11.02.2023
  2. slawek 12.02.2023
  3. Mr E 14.02.2023
    • slawek 14.02.2023
  4. Mr E 15.02.2023