10.02.2023
Przyjąć można do wiadomości, że nie będzie wspólnej listy opozycji w wyborach parlamentarnych. Partyjny egoizm okazał się materią odporną na racjonalną argumentację. Przyjdzie nam obserwować konsekwencje tego stanu rzeczy.

Nie można zakładać optymistycznie, że podział opozycji, zwiększając paletę propozycji programowych, pozwoli przyciągnąć wyborców niezdecydowanych lub zniechęconych do PiS. Swoje już zrobiła propaganda PiS wyostrzając podziały „my – oni”, obciążając cała opozycję zarzutami „totalnej antypaństwowości”, „wojującego antyklerykalizmu”, „niewiarygodności”, „chodzenia na pasku zagranicy”, „braku wrażliwości społecznej”.
Można sobie wyobrazić, że blok wyborczy PSL-Hołownia zyska gdzieś poparcie kilku proboszczów; ale w skali kraju nie zmyje to z nich przylepionej etykietki „tęczowych polityków”. Może Lewica głosem Razem gwarantować rozszerzenie pomocy społecznej, obniżenie cen biletów na Pendolino i obietnicę rozwoju programu „Mieszkanie prawem nie towarem”; ale jej wypomną Millera, bary mleczne i antyrodzinną oszczędność na zasiłkach na dzieci. KO może mówić o demonopolizacji, odpartyjnieniu obsady państwowych spółek, przywróceniu samorządności; przypomną jej ogromne zasługi w budowaniu „państwa partyjnego”. Zniechęcony wyborca PiS raczej nie pójdzie do wyborów, zwłaszcza, iż podzielona opozycja ugruntuje jego przekonanie, że nie chodzi jej o dobro ogólne, lecz o interes grupy.
Wybory to ostra gra. Najostrzejsza toczyć się będzie, nie o zwycięstwo, lecz o 2, 3, 4 i 5 miejsce. Sztaby wyborcze wyliczą, że PiS ma swoje 30%, z tego się nic nie wyszarpnie. O pozycji KO, PSL, Hołowni, Lewicy decydować będą przepływy elektoratu opozycyjnego. Ruch Hołowni powstał jako alternatywa wobec KO, proponuje podobny „platformiasty” program, budowany jest przez działaczy, którzy odeszli lub zostali odrzuceni przez PO. Tu z natury rzeczy musi dojść do ostrej konfrontacji wyborczej obu partii. Nie ma także wyjścia Lewica: albo będzie się biernie przyglądać odpływowi elektoratu do „większej” konkurencji, albo musi atakować, by uwypuklić swoją niezależność. PSL miał inny niż wymienione partie elektorat; chcąc go odzyskać musi „odciąć się” i zaatakować pozostałe ugrupowania opozycyjne.
Tak to wygląda, a problem pogłębia wrodzona arogancja wodzowska i uzależnienie od partyjnego aparatu. Dobrym tego przykładem jest nominowanie przez Tuska pana Nitrasa na szefa ruchu kontroli wyborów. Zastrzegam tu: nie znam i nic nie mam przeciw panu N., a na pana T. pewnie będę musiał głosować; chodzi o styl, nie personalia. Ruch kontroli wyborów pewnie jest potrzebny, choć rozproszenie i masowość liczenia głosów uniemożliwiają dokonanie fałszerstw przez kogokolwiek w takim stopniu, by wpłynąć na ostateczny wynik. Kontrola wyborów powinna być realizowana przez ludzi i ich stowarzyszenia niezainteresowane biernym prawem wyborczym. Ktoś, kto ogranicza swoje aspiracje do wybrania upatrzonego kandydata, jest zainteresowany, by było to głosowanie uczciwe. Ktoś, kto kandyduje i chce być wybranym, chce by głosowanie przebiegało tak, by sprawiedliwość była po jego stronie. Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, a kontrola wyborów to czynność sędziowska. W poprzednich wyborach kontrolę organizował „neutralny” KOD i Akcja Demokratyczna; jest gotowy robić to w kolejnych. Dostał na to aprobatę pana Tuska oraz pana Nitrasa za szefa.
Skąd pewność szeregowego aktywisty KOD, że jego praca nie zostanie wykorzystana przez jedną stronę politycznego sporu? Skąd pewność kandydatów z Lewicy, z ruchu Hołowni i z PSL, że dowodzeni przez KO kontrolerzy nie będą wyników podkręcać na korzyść swojej partii? W atmosferze „ostrej gry” wyborczej zaufanie to wartość deficytowa.
Deficyt zaufania ujawni się także przy tworzeniu listy kandydatów do Senatu. Zasada wspólnego kandydata ma sens, gdy stoi za tym szersze i trwałe porozumienie opozycji, oraz znane i przejrzyste są zasady wyłaniania owego kandydata. Trudno sobie wyobrazić, że dziś KO, ruch samorządowy, ruch Hołowni i Lewica ustalą wspólnego kandydata na senatora reprezentującego Częstochowę, a jednocześnie zaczyna się ostry spór tych ugrupowań o stanowisko Prezydenta Miasta. Emocje społeczne nie są tak elastyczne, by ze stoickim spokojem znosić przeskoki od zgody do niezgody. Trudno też uznać mieszkańców Częstochowy za bierną masę, która z pokorą przyjmie, że o tym, kto i z jakiej partii będzie „wspólnym” kandydatem, zadecydują w sposób absolutnie nieprzejrzysty „aparatczycy” z warszawskich centrali partyjnych. Ot tak wyszło, że KO dostało Słupsk, to Częstochowę musi dostać Lewica, a Katowice – Hołownia. Kogo w Słupsku, Częstochowie, Katowicach tego typu kombinacje interesują?
Nie jest więc oczywiste, że ten partyjny kompromis zostanie zaakceptowany przez wyborców i czy nie pojawią się inni, niezależni, opozycyjni wobec PiS kandydaci. Nie chcę wytykać „błędów młodości”, ale to PO w 2011 r. wprowadziła „propartyjną” ordynację wyborczą do Senatu, w której do zwycięstwa wystarczy 30% oddanych głosów, jeśli pozostałe 70% oddane będzie na kilku innych kandydatów. PiS może stracić większość w Sejmie, ale wygrać większość w Senacie. Bezskuteczne będzie wtedy użalanie się, że to wina TVP, pieniędzy z Orlenu czy agitacji biskupów.
„Ostra gra” o 2, 3 i 4 miejsce pogłębić musi podziały między partiami. Lewica, by budować tożsamość, będzie zmuszona atakować Balcerowicza bardziej niż Kaczyńskiego. Hołownia też – bardziej KO, niż PiS oskarżać będzie musiał o łapówkarstwo; a Kosiniak-Kamysz odcinać się od posądzenia o liberalizm względem LGBT. Radykalizm wyborczy utrudni późniejsze porozumienie, liderzy partyjni staną się zakładnikami rozpalonych głów swych partyjnych szeregów. W negocjowanym porozumieniu o ewentualnym wspólnym rządzie pojawią się bariery nie do przeskoczenia. Najłatwiej ustalić, że ten rząd nic nie będzie robił, ograniczy się do rozdziału „konfitur” między swoich.
Każda forma działań, np. na rzecz zduszenia inflacji, wymaga podejmowania decyzji niepopularnych. Czy pan Zandberg, pan Kosiniak-Kamysz, pan Hołownia mają odwagę zderzyć się z zarzutem, że zdradzili swój elektorat?
Mleko się rozlało, już się samo do butelki nie wleje. Nie wiem, czy partyjni liderzy wyobrazili sobie wszelkie konsekwencje swych działań, lub braku działań. Pewne jest, że ja, jako zwykły obywatel, dam sobie radę w kolejnym czteroleciu rządów pana Kaczyńskiego; jeśli nie dam, przeprowadzę się do Czech. Ale partie opozycyjne nie przeżyją kolejnej wyborczej porażki.
Jeśli dziś obawiają się utraty podmiotowości przez udział w porozumieniu „wspólnej listy”, to podejrzewam ich o chęć popełnienia samobójstwa w obawie przed śmiercią.
Jarosław Kapsa

cóż – 4 lata temu mieliśmy porozumienie senecakie wśród opozycyjnych ugrupowań.
I udało się wygrać Senat mimo bardzo dobrych sondaży PiSu (Kaczyński był zasmucony i zaskoczony, że nie ma stabilniejszej większości, a nawet „konstytucyjnej”).
Dziś znów martwimy się o Senat. Oczywiście winni wszyscy, tylko nie „lider opozycycji” rzekomo chcący wspólnej listy.
Wiem, że będą minusy, ale będę raz za razem powtarzał, póki mnie DT w swoim działaniu (nie deklaracjach) nie przekona, że jest inaczej: Donald Tusk jest gwarantem istnienia silnego PiSu.
Bez PiSu Tusk jest w polskiej polityce zupełnie zbędny, a nanwyraźniej zbędny być nie chce.
Ogromne rozczarowanie po tym, co reprezentował w polityce europejskiej/światowej, gdzie potrafił zdeginiować wyzwania i umirścić je w odpowiednim kontekście, a co za tym idzie znaleźć odpowiednie rozwiązania.
Dzis powtarza w zapętleniu – trzeba wygrać z PiS. Jak? Tu już recepty nie ma
Podszeptywana i domniemywana recepta – wspólna lista – jest o wiele, wiele mniej prawdopodobna teraz, na pół roku przed wyborami, niż dwa lata temu, zanim DT wrócil do Polski i PO.
Winni, rzecz jasna, wszyscy wokół Zandberg, Hołownia i Tygrysek, tylko nie sam Tusk…
Autor daje upust swojemu wyraźnemu rozczarowaniu i i rozżaleniu, że opozycja nie stworzyła (jak dotąd) wspólnego bliku wyborczego i jednej listy do Sejmu i Senatu, przewidując tym samym gorszy wynik opozycji w wyborach nadchodzącej jesieni. Rozumiem to rozczarowanie i rozżalenie, ale go nie podzielam. Wspólna lista była i pozostaje nadal postulatem wyborczym głównie PO-KO, oraz części środowisk opiniotwórczych. Obydwa te środowiska są przekonane, że to postulat większości wyborców opozycji. Tymczasem badania sondażowni (ośrodków badania opinii publicznej) wskazują, że najlepsze szanse wyborcze dają dwie listy. W istniejącej sytuacji fakt, że ugrupowania opozycyjne na razie nie dążą do stworzenia wspólnego bloku wyborczego wywołuje we wspomnianych dwóch środowiskach wyraźną skłonność do szukania winnego tej sytuacji. Debatujący dziennikarze (vide np. debata Newsweeka) wprost stwierdzają, że w postulacie wspólnej listy chodzi raczej o znalezienie lub wyznaczenie ugrupowania winnego nie dojścia jej do skutku, niż o zbudowanie takiej listy. Szum i zamieszanie wokól tej sprawy jest przeciwskuteczne wspólnej liście czy wspólnemu blokowi. Środowiska opiniotwórcze zupełnie pomijają tradycje koalicyjne wielu batalii na świecie, począwszy od batalii wojskowych, przez polityczne a skończywszy na bataliach społecznych. Idee tych batalii najlepiej definiują dowódcy wojskowi od wieków, w postaci określeń typu: „maszerujemy osobno – walczymy razem!” Tymczasem ilość powodów tego maszerowania odrębnego, począwszy od różnic ideowych na skuteczności kończąc, jest tak duża, iż na wspólne listy czy blok jest zdecydowanie za wcześnie o ile w ogóle miałyby one decydujące znaczenie dla wyników wyborów. W tym sensie daleki jestem od szukania winnych braku wspólnej listy. Dajmy politykom czas i okazję do znalezienia rozwiązań, które z ich profesjonalnego punktu widzenia będą dla poszczególnych formacji i całej opozycji demokratycznej, najlepsze w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości.
Zgadzam się z opinią @sławek z jednym zastrzeżenjem:
@”Wspólna lista była i pozostaje nadal postulatem wyborczym głównie PO-KO, oraz części środowisk opiniotwórczych”
Nie „wspólba” tylko jedna.
O wspólnej inicjatywie możnaby mówić, gdyby udało się wspólne postulaty wypracować.
Tymczasem PO od czasu powtotu Tuska torpedowało wszelkie próby takich rozmów, próby ustalenia, co wspólne i na czym należy się skupić.
Hasło „odsunąć PiS od władzy” działa tylko dopóki ktoś nie zapyta „po co”?
Czy przykładowo po to, by zagwarantować prawo do aborcji (ja jestem bardzo na tak!)? Taki postulat rzucił Tusk. Wyobrażam sobie, że zaniepokoił tym potencjalnych koalicjantów. Ale dyskutować absolutnie nie chce. Koalicjanci mają w ciemno zadeklarować poparcie dla jednej listy, o której nic nie wiedzą.
@”Debatujący dziennikarze (vide np. debata Newsweeka) wprost stwierdzają, że w postulacie wspólnej listy chodzi raczej o znalezienie lub wyznaczenie ugrupowania winnego nie dojścia jej do skutku, niż o zbudowanie takiej listy.”
Tak – w pełni się z tymi debatującymi dziennikarzami zgadzam. Tu też współkomentatorom pod rozwagę – wypowiedzi Czarzastego – niemal zawsze podkreśla, że opozycja rozmawia i współpracuje, w porównaniu z wypowiedziami polityków KO, co skupiają się na tym, że ktoś jest winny.
Zgadzam się i z dalszą częscią wypowiedzi – dajmy czas politykom.
Tu całkowicie przeciwskuteczny jest bp Tomasz Lis i jego stała, obrzydliwa (w treści) nagonka na Hołownie. Pewnie TL zalicza się do dziennikarzy „opiniotwórczych”, ale mam wrażenie, że dla ludzi w wieku <30 to zwykły dziaders i symetrysta, który z niesmakiem opisywał reakcję wkurwionych (przepraszam, ale słowo jak najbardziej na miejscu) kobiet, zwłaszcza młodych, po wyroku Przyłębskiej.
Prawdę mówiąc nie znam szczegółów rozmów o jednej liście wyborczej opozycji demokratycznej zgłaszanej przez Tuska. Gdyby to rzeczywiście była jedna lista jako dyktat PO-KO to pozostałe partie znalazłyby sposób aby to publicznie poddać krytyce. Tymczasem problem tkwi raczej w samych urupowaniach. Po stronie Lewicy widać największą skłonność do takiej listy. (Wyjątek stanowi Zandberg, mówiący stanowcze nie.) W PSL-u kręcą nosem a Hołownia postawił na solowy występ. Opinia publiczna szybko Hołownię opanowała spadkiem sondaży a posłowie jego koła zapowiadanymi i już dokonanymi odejściami. Solista musiał szybko korygować swoją mitomanię rozmowami z PSL. Tutaj znowu mowa o jednej liście rzeczy do zrobienia, a nie o wspólnej liście wyborczej. Obawiam się, że to ambicje większej liczny polityków niż tylko jednego Tuska stoją na przeszkodzie takiej listy.
Jeżeli chodzi o Tomasza Lisa, to jego „kałownia” jest miarą obniżenia lotów dziennikarskich na tle radykalizmu autora. Dziaders a do tego radykał orientacji paternalistycznej.
@”Prawdę mówiąc nie znam szczegółów rozmów o jednej liście wyborczej opozycji demokratycznej zgłaszanej przez Tuska”
Prawdopodobnie dlatego, że takich nie było.
Przecież jak się próby takich rozmów pojawiły, to tenże Tusk twierdził, że nie będzie rozmawiał „o tym, jak przegrać wybory”
Potencjalna jedna lista musiałaby się więc sprowadzić do ustalania li tylko „biorących” miejsc na listach.
Kto, jak kto, ale Hołownia ze swoim 5-osobowym kołem mógłby mieć pewność, że w takim układzie, przy jednej liście, znacząco podniesie stan posiadania a i pewnie zostałby wicepremierem, ba może nawet wspólnym kandydatem na prezydenta – funkcji, na której mu widać zależało, a którą Tusk pogardliwe nazywał „strażnikiem żyrandola”, więc pewnie niespecjalnie szanuje. Chociaż kto wie, bo z DT nigdy nie wiadomo. Sam startował w wyborach prezydenckich, przegrał (mimo nieczystych zagrań) i się na prezydenturę obraził i dlatego deprecjonuje jej wartość?
W każdym razie, jeśli teraz podnosi „listę spraw” – to pewnie w celu propagandowym, żeby odróżnić się od potencjalnej „listy stołków” – tak mi się wydaje.
Nie wiem jakie ambicje kierują Hołownią, co chce ugrać, a czego nie mógłby łatwiej zdobyć godząc się na stowarzyszenie z Tuskiem.
Wciąż też nie mogę wyjść ze zdumienia, że tyle mowy o zjednoczenju opozycji, a jednak jakoś nie dochodzi do skutku. Niby chce Czarzasty, podobno chce Tusk, a jakoś nie wydarza się nic, co by pozwoliło pójść krok do przodu. PO podobno woli Hołownię, który nie woli Platformy. I wydaje się, że ta demonstrowana niechęć ma być alibi dla PO, do nie zabiegania dalej o jakieś zjednoczenie. PO, która ostatnio podkreśla, że przecież nie jest PO tylko KO, że to już teraz jest koalicja.
.
Byłbym spokojny o losy wspólnej listy, gdyby na czele najsilniejszej partii stał Czarzasty, który potrafił zjednoczyć szalenie zwaśnioną Lewicę i nie widać, żeby próbował się odgrywać nawet na małej partii Razem, której liderka Marcelina Zawisza nie szczędziła mu osobistych afrontów. Ba, to często Razem jest twarzą Lewicy (a na pewno – sumieniem).
.
W USA mówią, że warto zastanowić się, czy kupiłoby się używane auto od danego kandydata. Trochę bez sensu – wtedy wybiera się najlepszego sprzedawcę, a nie do takiej roli wybieramy polityków. A już jak bym chciał np. kupować samochód od Zandberga, to ten by mnie pewnie kijem pogonił i kazał sie przesiąść na tramwaj…. Ale można się zastanowić, czy zaufałoby się któremuś na tyle, że pożyczyłoby się większą sumę pieniędzy (ważne – pożyczyło, z nadzieją na zwrot, a nie po prostu dało).
No i jakoś nie ufam żadnemu z wymienionych polityków na tyle, by pożyczyć pieniądze. Ani Tuskowi, ani Hołowni. Ani nawet Czarzastemu (czy Zandbergowi). Nie znam ich intencji – nie wiem, co chcą osiągnąć.
Po dotychczasowych efektach działań sądząc, można dojść do wniosku, że:
Tuskowi nie chodzi o wspólną listę.
Hołowni nie chodzi o stołki (a przynajmniej nie o miejsca w Sejmie w najbliższej kadencji).
Ale o co? Ja na pewno nie wiem.
Pozostaje mieć nadzieję, że będzie tak, jak Pan pisał w pierwszym komentarzu pod tym artykułem – że maszerujemy osobno, a działamy razem i że koniec końców jednak do wspólnego działania celem jak największego osłavienia PiSu dojdzie.
A może teraz, jak już zdaje się, temat jednej listy jest medialnie pogrzebany i nie będzie już grzał, jak się okaże, że na oskarżeniach o jej sabotowanie już więcej głosów się nie podbierze, to paradoksalnie łatwiej będzie o tę współpracę?