06.04.2023

W czasie, gdy umacniano mnie w przekonaniu, że jestem nominowany na następcę Spielberga, ponoć tkwiły we mnie „niewyczerpane zasoby” czegoś w rodzaju twórczej inwencji. Zamierzałem popieścić kamerą banalną przestrzeń, sfilmować ją w sposób odległy od tradycyjnego, wybitnie awangardowy, a tak przesycony ZNACZENIEM, że nie pozostawało mi nic innego jak bić sobie pokłony i nie wychodzić ze zdumienia, że oto ja, skromny aspirant do filmowego Parnasu, zasiądę wśród luminarzy i że będą słuchać, chłonąć moje słowa i mówić do mnie kolego.
Już na myśl, kim będę, jak zostanę okrzyknięty oczekiwanym Kolumbem kina, ogarniało mnie roztkliwienie. Bo faktycznie: coś we mnie drzemało. Na przykład, kiedy maszerowałem ulicą, to nie patrzyłem na chodnik pod kątem trywialnych wybojów, dziur i łat, tylko widziałem w nim zbiorowisko wszystkich dotychczas przemierzanych dróg, dzielnic napojonych mgłą, uliczek między blokami, bulwarów tchnących morską bryzą. Albo chciałem stworzyć oryginalną kategorię herosa. Nie pojedynczego, zmanierowanego, lub doszczętnie prostolinijnego człowieka, osobnika wpędzonego w galimatiasy przeżyć, lecz bohatera – ulicę, bohatera – trotuar, bohatera – wedutę; pragnąłem obsadzić miejski bruk w roli głównej, przewiercić się przez jego betonową duszę i poddać PSYCHOLOGICZNEJ obróbce.
Ciekawiło mnie, jak radził sobie z chodnikami, dajmy na to, Fellini, lub pozostali wielcy, Antonioni, nieaktualne, lecz jeszcze gigantyczne postaci, na temat których wiodłem niekończące się dyskusje z Rurą, pierwszym gościem, który się na mnie poznał. Jedynym, który krzyknął: diament! Zdarzały mu się porywy, olśnienia i weny. Lubił wówczas myśleć, że jest gigantem, wybitnością z oskarowych półek. Przepadał wtedy za pouczaniem, strofowaniem, belferskim przymuszaniem potencjalnych kandydatów na artystów do pójścia w jego ślady. Z tym zastrzeżeniem, że były to ślady niesprecyzowane i mało wyraziste. Raczej zamglone wizje, ponieważ on sam nie potrafił sprecyzować dokąd zmierza.
Rura wywierał na mnie onieśmielające wrażenie: dwumetrowy blondyn z kręconymi loczkami, masywny facet o powłóczystym wejrzeniu tępaka. Co było wysoce mylące, bo należał do rodziny bystrych. Krążyła o nim krzywdząca fama, jakoby czego nie tknął, we wszystkim był przeciętny. Wprawdzie krążyła, lecz wyłącznie wśród tych, którzy nie zdołali wygramolić się spod ciężaru własnej nijakości. Owszem, co jakiś czas męczyła go prostracja, prześladowały wątpliwości, gniotły psychiczne sinusoidy. Wtedy mógłby odnieść sukces w prowadzeniu sklepu ze skrupułami; porzucał racjonalne myślenie, tracił dystans do siebie, nie przemawiały do niego żadne logiczne argumenty. Ogarniała go rozpacz, ulegał irracjonalnym przygnębieniom, kłębiło się nad nim coś na kształt czarnowidztwa.
W takich chwilach utrzymywał, że jest intelektualnym słabeuszem, niczego nie umie, nic nie potrafi, a co robi, to robi źle i z wolna stacza się w kwas. Gderał, że czuje się izolowany od reszty społeczeństwa i jako odszczepieniec ma przed sobą denny los. Marudził, że tak się porobiło, iż kto wierzy w znaczenie guseł, ten jest cywilizacyjnie do przodu, a komu nie po drodze z bełkotami, temu zewsząd nędza. A gdy zorientował się, że nikomu z nas nie zaimponuje swoimi zgryzami i nikt się nie pali, by mu współczuć na serio, zmienił strategię: zboczył z trajektorii, albo kluczył nieopodal swojej wpadki, by móc udowodnić, że słyszymy to, czego nie słyszymy. Lub obracał zwierzenia w żart, zniekształcał je, umniejszał. Aż mu się znudziło to lawirowanie i któregoś pięknego dnia porzucił nas bez jakiegokolwiek słowa.
Kiedy wczoraj przyszedł, zaskoczył mnie tym, że zjawił się znienacka, po latach, bez uprzedzenia. No i tym, że jeszcze nie zdziadział. Wyprostowany, nad wyraz rześki, świeżutko po kapitalnym remoncie w SPA, ogorzały, tryskał energią i nie miał w sobie ani śladu po onegdajszych zgryzotach. Opuścił go też zmyłkowy, taktyczny wygląd zaspanego durnia. Twarz mu wyszlachetniała, a kręcone włoski przestały falować, spłaszczyły się, przerzedły i wypłowiały.
Zamiast kurtuazyjnego wstępu zapodał, że od kiedy zmienił stan cywilny, z kretesem odżył i już jest nie ten sam. Ma zaległą ochotę na poznawanie świata, podróżowanie, zwiedzanie miejsc, które były dla niego niedostępne, dalekie, zakazane z przyczyn materialnych. Tu od niechcenia łysnął koronkową robotą: złotymi zębami otrzymanymi jako słodkie uzupełnienie intercyzy.
Z dumą też powiedział, że małżonka siedzi w hotelu, nie pozwala mu pracować i w ogóle spoziera na niego krzywo, ilekroć zaczyna coś dłubać na boku. Kazała mnie pozdrowić. Dodał to jednak z takim wyrazem twarzy, jakbym powinien być zaszczycony faktem, iż nieznana kobieta pofatygowała się z uprzejmościami do faceta o słabiutkim znaczeniu.
Od niechcenia strząsnął z garnituru niewidoczny pyłek i oznajmił, że patrzy na świat inaczej, niż ostatnio się widzieliśmy; z dnia na dzień porzucił filmowanie, śmieszą go płytkie dyskusje o metodach reżyserowania, o różnicach widzenia wśród starych i młodych. Poniechał i od razu przestały go interesować dawniejsze cele, pasje i fidrygałki. W dupie ma obecnego ducha czasu i zobojętniał na niegdysiejsze frasunki. Twierdzi, że wyziębło mu całe to śliskie gmeranie w problemach, które nikogo poza nim nie interesują.
Zastanawia się, jakim cudem udawało mu się dotąd istnieć bez dzisiejszego luksusu, uganiać się za bezwartościowymi wartościami, balansować w dyskusyjnym szpagacie, na krawędzi, między przepaściami. Co dziwi go niepomiernie. Mimo to ilekroć napada go nostalgia za przeszłością, za każdym razem maltretuje się wspomnieniami z poprzedniego wcielenia i odwiedza dawnych znajomych, przyjaciół z artystycznej kołyski. Dzisiaj, oznajmił, padło na mnie. A ponieważ nie widzieliśmy się te parę dziesiątków lat, gadaliśmy jak nigdy: popijając pod to były piękne dni, snując rzewne gadki o tym,co było, a nie jest.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
