14.04.2023
Politycznie to nam z tym samorządzeniem nie idzie. Do rządzenia nie brak chętnych ambicjonerów, ale im większe ich ambicje, tym mniejsza chęć dzielenia się prawem władania z jakimiś lokalnymi samosiami. Dlatego z niepokojem obserwuję każdą aktywność legislacyjną rządu wkraczającą w materię wspólnot lokalnych. To jakby wpuścić kieszonkowca do domu, by nam w drobnym remoncie pomógł.

Rząd RP przyjął projekt zmiany ustawy o planowaniu przestrzennym. Sprawa ta dla ogółu ma charakter abstrakcyjny, bo tak jak ogół nie wie, że mówi prozą, tak obce mu zrozumienie związku jego życia prywatnego z przestrzenią. Planowanie przestrzenne dostrzega się jako wyraz upierdliwości biurokratów ograniczających wolność Tomka przy budowie jego domku. Umiłowanie wolności jest – podobno – cnotą Polaka; trudno jest ludzi przekonać, że istnieją pewne jej granice, w szczególności wyznaczone tak by wolność jednego nie szkodziła wolności drugiego człowieka. Oczywiste też jest święte prawo własności prywatnej, ale sposób korzystania z tego prawa nie może prowadzić do deprecjonowania cudzej własności. Tego typu oczywistości bywają niewytłumaczalne w sporach przestrzennych.
Tłumacz człowiekowi, że nie możesz mu wydać WZZ, by mógł stawiać na małej działce dom zaopatrywany z własnej studni i odprowadzający ścieki do własnego szamba. Przepisy sanitarne wymagają odpowiedniego odstępu między studnią a szambem; wybudujesz tu szambo, to sąsiad nie będzie miał studni. Od razu słyszymy: a co nas ten sąsiad i jego prawa własności obchodzą. Jak się urzędnik upiera, że budując blok mieszkalny powinniśmy przewidzieć miejsca parkingowe na dwa samochody, to usłyszy wiązankę o psach ogrodnika blokujących prawo do mieszkania. Tak wygląda zwykła reakcja na standardowe ograniczenia, niezbędne dla ochrony wartości prywatnej mieszkańców. A cóż dopiero, gdy miejscowym planem zagospodarowania zwiększamy ograniczenia, narzucając „niezrozumiałe” standardy urbanistyczne. Gwałt to na Tomku, nie dać mu się urządzać we własnym domku.
Powtarzam do znudzenia: MPZP to narzędzie, które należy stosować wybiórczo. Licytacja, czy dane miasto jest pokryte miejscowymi planami w 40, czy 60% do niczego nie prowadzi. Cóż z tego, że macie ładne kwartały wyrysowane na mapce; istotniejsze – czy macie pieniądze, by w przewidywalnym czasie wybudować narysowane w planie kolektory sanitarne, drogi, chodniki, oświetlenie, miejsca usług publicznych. Plan musi być wiarygodną obustronną umową; mieszkaniec zgadza się na ograniczenia w dysponowaniu własnością; samorząd wzajemnie rekompensuje mu to dostępnością do publicznej infrastruktury. Miasto może uznać, że szczegółowe narzędzie planistyczne jest niezbędne tylko dla 10% obszaru; i jeśli tyle w rzeczywistości zrealizuje, będzie lepszym od tych, co mają 60% „na papierze”. O ile w ogóle ma sens dyskusja „o lepszości” w konkurowaniu między miastami…
Projekt zmiany ustawy o planowaniu przestrzennym wynika z rządowych zobowiązań złożonych KE przy uzgadnianiu KPO. Zmiany są potrzebne, znów jednak ta potrzebność zderza się z lekceważącym opóźnieniem naszego rządu. Uzgodnienia były w 2020 r., efekt ich – w planowaniu przestrzennym – ma być widoczny w 2025 r. Trzy lata zmarnowano, pozostały dwa dla samorządów, by wcielić w życie legislacyjne pomysły. A nie są to drobiazgi, ale rewolucja przestawiająca dotychczasowy system programowania rozwoju samorządu.
Do roku 2026 r. każda gmina musi mieć strategię rozwoju, dokument ten powinien konsumować zawartość dotychczas używanego studium zagospodarowania przestrzennego. Studium przestanie obowiązywać, w jego miejsce powinien powstać plan ogólny, akt prawa miejscowego, z którego wynikać powinny miejscowe plany zagospodarowania lub jednostkowo wydawane warunki zabudowy i zagospodarowania terenu. Jeśli w ciągu najbliższych 3 lat gmina nie zdąży przyjąć planu ogólnego, to będzie miała chaos lub marazm. W teorii powinna powstrzymać się wówczas przed wydawaniem WZZ, a tym samym zablokować wszelkie inwestycje. W praktyce wybierze chaos – czyli wynajdowanie wszelkich furtek, by pozwolić ludziom budować, co chcą i gdzie chcą.
Można też przewidzieć praktykę wdrażania ustawy. Istnieje wielu przedsiębiorczych ludzi żyjących z usług intelektualnych dla samorządów. Widziałem miejscowe plany zagospodarowania, widziałem strategie rozwoju, plany rewitalizacji, plany adaptacji miast do zmian klimatu, strategie rozwiązywania problemów społecznych itd. stworzonych przez ludzi, którzy w życiu nie widzieli na własne oczy opisywanych gmin. Specjalista zna się na wszystkim, nie musi widzieć rzeczywistości; najwygodniej metodą kopiuj wklej upowszechnić wszędzie takie same opisy dróg prowadzących do zbiorowego szczęścia. Zatem na takiej monetarystycznej podstawie zbudowane zostaną strategie rozwoju i plany ogólne, jednakowe dla Sanoka i Świnoujścia, dla Ełku i Zgorzelca. Zrealizowana będzie przestrzenna wizja równości. Nikomu to nie przeszkadza, bo władze gminne z reguły takie opracowania chowają do szafy, nie używając, by się nie zniszczyły.
Nie mam złudzeń, że tak będzie. Przy ogólnej „bryndzy” w urzędach gmin nie widzę możliwości tworzenia odpowiedniej jakości komórek zajmujących się programowaniem rozwoju. Niskie płace raczej nie będą wabikiem dla fachowców.
W dodatku przez najbliższy rok myśli miejskich i gminnych włodarzy zajęte będą kampanią wyborczą. Żmudne i niewdzięczne konsultacje miejscy propagandyści zmieniać będą w wiece poparcia. Po wyborach zazwyczaj aktywność gminna zamiera na pół roku, bo trzeba się oswoić z „nową miotłą”. Jak w takie kalendarium demokratyczne wpisać realne prace nad dokumentami, przekładającymi się bezpośrednio na jakość życia każdego mieszkańca? Ułatwimy sobie życie, uszczęśliwiając ogół na siłę…
Można i tak. Tylko nie mieszajcie określenia „gleichschaltung” z „samorządnością”, nie ubogacajcie lokalności budową potiomkinowskich wsi. Nadmiar niesmaczności grozi womitowaniem.
Jarosław Kapsa

>>Planowanie przestrzenne dostrzega się jako wyraz upierdliwości biurokratów<<
Na takie postrzeganie ma wpływ realizacja polityki przestrzennej, w tym dosyć dowolna, obarczona lokalnym zwyczajem, interpretacja prawa.
Ostatnio zasięgnąłem opinii prawnej w sprawie przewidzianych prawem określonych procedur budowlanych. Otrzymałem dość spójną i obszerną odpowiedź, z zastrzeżeniem, że w praktyce to często bywa inaczej. Krótko mówiąc, nic się od lat nie zmieniło.
Innym razem, dużo wcześniej, uczestnicząc w pracach regionalnego związku zawodowego architektów (Kujawsko-Pomorskiej Izby Architektów), zwracaliśmy uwagę lokalnej gminie o sprzeczności jej działań z obowiązującym prawem. W oficjalnej odpowiedzi pisemnej uzyskaliśmy informację że "u nich te przepisy prawa się nie przyjęły".
Pozdrawiam:)))